Drogi KOD-owcu

To, że Twoje składki szły na lipne faktury, jeszcze tak nie boli. To że świecisz oczami przed rodziną i znajomymi – znacznie bardziej. Ale to też nie najbardziej. Najbardziej – to że chciałeś bronić demokracji, a wyszło zupełnie co innego.

Oczywiście, mówiłem, ale nie słuchałeś. To był od początku komitet obrony przywilejów grupowych. Sądziłeś, że elita, która bardziej Ci odpowiada kulturowo, będzie lepsza od elity trochę od Ciebie dalszej. Można się było poczuć jak w „Kwestii smaku” Herberta. Cóż, mówiłem Ci wtedy, że elita po prostu nie może być dobra. Ale nie robię Ci wyrzutów, przyjmij wyrazy szacunku, że w ogóle zacząłeś partycypować w polityce. Że w spektakularnej – cóż, nie wiedziałeś jeszcze, że to aż tak.

To teraz patrz: „Obrońcy demokracji” idealnie zgrali się z PiS. Jedni i drudzy grali na to, by jak najdłużej trwało całe Twoje – i milionów innych – wzmożenie. Teraz, gdy uczestnicy manifestacji KOD już nie będą tacy chętni do wychodzenia na ulicę, w zasadzie przyda się i PiS-owi i „ładnym” opozycjonistom jeszcze jedna intensywna napinka – pretekst do przyspieszonych wyborów. Dzięki nim (teraz uważaj) PiS może zyskać większość konstytucyjną, a kierownictwo KOD – upragnione 3% głosów, które pozwolą spłacić kredyty i w końcu trochę pożyć. Sytuacja win-win. Tak to robią nowocześni biznesmeni.

„A dobro Polski? Jaki Dobropolski?”dobropolski

Ja wiem, że Tobie naprawdę zależy. Wyciągnij wnioski. Prawdziwa polityka to nie show w telewizji. Prawdziwy ruch społeczny to nie hierarchiczna parapartia. To Ty i ludzie wokół Ciebie. Zainteresuj się oddolną działalnością polityczną w Twoim środowisku. Bez elit.

 

Burłacy na Wołdze Ilii Repina

Starość instant

Zbliżam się do czterdziestki. Wzrok nie ten, umysł już nie najbystrzejszy, męczę się szybko. Gdy wracam z pracy, chcę poświęcić czas najbliższym, albo jakimś sensownym zajęciom. Ale nie mam siły. Oddałem je „pracodawcy” (ach, cóż nam daje ten „dawca”?).

Patrzę na innych, takich jak ja i starszych. Przygarbieni, roztyli, o twarzach bez wyrazu. Stracili zdrowie, energię i radość. Zostawili je w pracy. Gdzie trzeba przez minimum 8 godzin dziennie robić to samo – żadne ciało i żaden mózg tego nie wytrzymają. Nie taka jest nasza natura. Przez 8 godzin wyglądać na co najmniej zadowolonego. Najlepiej tryskać entuzjazmem i kreatywnością. Tego nie wytrzyma żadna dusza.

Patrzę też na dużo młodszych, zaczynających „kariery”. Ze mną pracuje sporo dwudziestokilkulatków – telefoniczna obsługa klienta. „Dzień dobry – dziękuję za kontakt – dzwonię w sprawie” – i tak w kółko. W pogodny dzień kiedy powinni robić to co naprawdę umieją. Wieczorami (pracują na zmiany), kiedy powinni bawić się lub kochać. Jest wśród nich artysta rysownik, gitarzysta, fotomodelka, bibliofil. Zawiesili swoje pasje na kołku, zamiast tego sprzedają usługi finansowe. Bo muszą.

Zaprawdę, nawet kiepskie rysunki, słabe riffy, takie sobie zdjęcia byłyby bardziej pożyteczne niż to co teraz robią. Jaką wartość społeczną ma ich „produkt”? Przelewanie z pustego w próżne, na czym bogaci się właściciel firmy. Nie ma z tego chleba, dróg, mostów, idei. Nawet jeśli nie byłyby to „usługi finansowe”, ale właśnie jakaś pożyteczna działalność – wciąż 5 z 8 godzin trawiliby tylko na kapitalistów i chroniące ich państwo.

Jedyny produkt tego wysiadywania to niechybne skarlenie tych pięknych – wciąż jeszcze – ludzi.

Tekst ukazał się w 4 numerze A-Taku.

Wróg ludu w Starym Teatrze

Wróg taki jak ja

Na „Wroga ludu” Henrika Ibsena/Jana Klaty w Starym Teatrze w Krakowie warto wysłać każdego kto koleguje się z anarchistami.

Historia jest o lekarzu w małym uzdrowiskowym miasteczku. Doktor Tomasz Stockman stwierdza i ogłasza publicznie, że zdrowotne kąpielisko, które jest głównym źródłem rozkwitu miasteczka, pełne jest mikrobów i w zasadzie truje a nie leczy. A żeby miasteczko było rzeczywiście uzdrowiskiem, potrzebna jest długa i kosztowna przebudowa kanalizacji. Wystąpienie doktora sprowadza poważne problemy na jego i jego rodzinę.

Spektakl jest świetnie zrobiony. Mamy fajną (to naprawdę najlepsze określenie) scenografię, piosenki, tańce, niemało śmiechu. Sporo gorzkiej ironii, także wobec głównego bohatera, który wcale nie jest taki świetlany. I doskonałą obsadę. Aktorzy pokazują to, co najistotniejsze w tekście Ibsena, a może i interpretacji Jana Klaty:

Świetny Radosław Krzyżowski w roli burmistrza i brata doktora, idealnie pokazuje zawodowego polityka, który, jak u Machiavellego, bywa „lisem i lwem”. Równie dobrze w tej roli można by obsadzić Donalda Tuska. No ale Krzyżowski jest przystojniejszy i bardziej sympatyczny.

Zbigniew Kosowski, niezwykle trafnie przedstawiający liberalnego tchórza z klasy średniej, z tej materii, która zawsze pływa po wierzchu, ze swoim „umiarkowaniem jako najważniejszą cnotą obywatela”.

Michał Majnicz jako lewicujący redaktor, który, gdy przychodzi co do czego, stara się przede wszystkim wpasować w system i Bogdan Brzyski jako lokalny karierowicz.

Monika Frajczyk jako córka doktora kreuje rolę, w której jak w krzywym zwierciadle powinni się przeglądać wszyscy młodzi aktywiści.

No i oczywiście Juliusz Chrząstowski w roli doktora Stockmana, miotający się między obowiązkiem moralnym, chętką na wielkość, a rezygnacją.

Wróg ludu, Michał Majczyk, Monika Frajczyk

Michał Majnicz i Monika Frajczyk we „Wrogu ludu” Jana Klaty. Fot. Magda Hueckel

Te, i inne postaci (naprawdę każdy z aktorów zasługuje na pochwałę) tworzą sytuacje dobrze znane z lokalnej i krajowej polityki, a także z naszego aktywistycznego doświadczenia. Manipulacje władzy, gra interesów i wicie się mięciutkich kręgosłupów – wszystko to zobaczycie w końcu na scenie, a nie w „realu”. Doświadczenie trochę oczyszczające.

Dla mnie najmocniejsze było to, co działo się między doktorem a jego żoną (nieco tajemnicza Małgorzata Zawadzka), bo jako żywo przypominało moje własne „sceny małżeńskie”, gdy popadłem w przejściowe kłopoty z władzą ze względu na poglądy. Skąd oni wiedzieli jak to wygląda? Zespół Starego bardzo dobrze zrozumiał postaci i procesy dziejące się między postaciami.

Kluczowym momentem sztuki jest monolog doktora. Pominięto tutaj tekst Ibsena, a Juliusz Chrząstowski, w imieniu tyleż Stockmana, co swoim, mówi o bieżących problemach miasta (historia smogu w Krakowie toczka w toczkę przypomina historię zanieczyszczonego kąpieliska) i kraju. Jedzie po obecnym rządzie, uwypukla narastającą ksenofobię i nietolerancję. I bardzo słusznie, ale… mam wrażenie, że spłaszcza w ten sposób wydźwięk sztuki, rozmienia na drobne dokonanie całego zespołu tworzącego spektakl. Dodatkowym zgrzytem w monologu jest inteligenckie uniesienie i nieco klasistowski foch na Czerń, co to nie czyta książek.

Bo istotne jest to, że sztuka napisana 140 lat temu jest aktualna dziś, ale była aktualna i 5, i 20, i 60 lat temu. Bo „Wróg ludu” Ibsena – ale i Klaty, choć może on sam o tym nie wie – jest o uniwersalnej prawdzie: Władza – każda – trwa dzięki złu, a jednocześnie to zło hoduje.

Zdjęcia autorstwa Magdy Hueckel, dzięki uprzejmości p. Barbary Kwiatkowskiej z biura promocji Starego Teatru.

Tekst ukazał się w czwartym numerze „A-Taku”. Zachęcam do lektury, pismo z numeru na numer jest coraz lepsze.

Garnitur

W tym garniturze poszedłem
Na obronę i do ślubu
W tym garniturze wierzyłem
W demokrację, dobrobyt,
Naprawdę pierwszy garnitur
Rzeczy
Do wierzenia
Jest z niego świetny strój
Klauna
Dla mojej córki

pieter_bruegel_the_elder_-_the_massacre_of_the_innocents_-_wga3479

Struktura grzechu

Jest w teologii pojęcie struktury grzechu, czy grzechu strukturalnego. Czasem taka struktura przybiera postać konkretnej instytucji. Dziś opowiem Wam o spotkaniu z policją.

Struktura grzechu to katedra zła w społeczeństwie, zbudowana z drobnych podłości jednostek. Jej strukturalność oznacza, że ludzie w niej uczestniczący są z góry uwikłani i w pewnym stopniu skazani na doświadczanie i popełnianie zła.

Stało się tak, że w Warszawie ponoć trójka anarchistów próbowała podpalić radiowóz przy pomocy konstrukcji z kartonu i plastikowych butelek. Rewelacja ta, wraz ze zdjęciem konstrukcji, obiegła wszystkie media (ja jednak nie opublikuję już tego zdjęcia, o czym za chwilę). Rewelacja ze zdjęciem miała też komentarz naczelnych policjantów – że wiedzieli o wszystkim od dłuższego czasu i tylko czekali na „gorący uczynek”. I obiegła właśnie w chwili, kiedy sejm „debatował” nad ustawą przewrotnie zwaną antyterrorystyczną. Szefowie policji sami stwierdzili, że zamiast zapobiegać przestępstwu, „szli na wynik”. Nie trzeba też zaliczenia z logiki, żeby domyślać się, że trójka przetrzymywanych blisko cztery miesiące w radomskim areszcie zrobiła dobrze tejże policji i wszystkim zwolennikom nowej, groźnej ustawy.

Już samo to każe doszukiwać się w policji struktury grzechu. Jeśli nie podpuszczeni, to żałośnie niemądrzy „gangsterzy Olsena” posłużyli do bezlitosnej politycznej gry (jak pisał Jan Paweł II, „wśród „struktur” [grzechu], najbardziej charakterystyczne zdają się dzisiaj być dwie: z jednej strony wyłączna żądza zysku, a z drugiej pragnienie władzy z zamiarem narzucenia innym własnej woli”). Chcę to powiedzieć jasno: niezależnie od intencji każdego z tej trójki, uważam, że są oni ofiarami żądzy władzy rządu i policji. Samo to wystarczy, by wskazać palcem ogrom zła za fasadą tych instytucji. Dla mnie jednak był to – jak się później okazało – początek osobistego spotkania ze strukturą grzechu.

Postanowiłem wyśmiać „bombę”, podzielić się z ludźmi opinią nt. tego co myślę o całej sprawie, i zwrócić uwagę na „mankamenty” nowej ustawy. Po prostu skorzystać z podstawowego prawa człowieka – prawa do wypowiedzi. Nie na blogu, dzięki czemu wciąż go czytacie. Zrobiłem to na Facebooku, a tekst okrasiłem zdjęciem tzw. bomby, opublikowanym przez policję. Pod koniec tygodnia.

W sobotę rano 4 tajniaków (!) przyszło do mojego domu. Jak przystało na „synów ciemności”, nie chcieli rozmawiać w ogrodzie, skąd byliby słyszani przez sąsiadów. Przeszukali mieszkanie, zabrali komputer i telefon (ten ostatni teraz szwankuje). Wezwali na przesłuchanie. Zostałem „osobą podejrzewaną” o sianie terroryzmu (!).

Możecie sobie wyobrazić wrażenie, jakie zrobili na mojej rodzinie. Tym bardziej, że kilka dni wcześniej we Wrocławiu ktoś zatrzymany na komisariacie przypadkiem spadł z krzesła i umarł.

W poniedziałek mnie przesłuchali. Przepraszali, mówili, że ktoś im kazał, że oni to woleliby robić bardziej rozsądne rzeczy. I to jest właśnie ta drobna cegiełka indywidualnego tchórzostwa z jakich zbudowane jest gmaszysko grzechu strukturalnego. Skoroście uważali, że sprawa jest nierozsądna, czemu nie powiedzieliście tego swoim tajemniczym „onym”?

Co dalej? Kunktatorskie pismo z prokuratury, napisane tak, że zostawia pełną dowolność interpretacji. Przerzucanie sprawy między instytucjami. I ten poczciwina z policji który nic nie mógł i nic nie wiedział.

No dobrze, powie ktoś. Jawnie fałszywe oskarżenie, niedorzeczne szykany (zabrali mi sprzęt do pracy, zawarte w nim osobiste pamiątki i dokumenty), to jeszcze nie karcer i tortury. Jasne, dobry pan, przecież mógł zabić. Ale opowiem Wam jeszcze jak struktura zła przełożyła się na moje życie.

„Przełożyła się” to dobre słowo. Bo to taka maszyna w której drobne zło zamienia się w duże – jak w przekładni.

Moja rodzina została zastraszona (kto tu jest terrorystą?). Moim związkiem targnął kryzys. Zostałem obciążony moralną odpowiedzialnością za całą sytuację (tak! mały fałsz –> duży fałsz). Moja i tak marginalna działalność społeczna została bezterminowo zawieszona. Porzucić tożsamość, porzucić etykę – nie łatwo.

Panie oficerze, możesz zameldować wykonanie zadania – Belzebubowi.

Artykuł w nieco zmienionej wersji ukazał się w czwartym numerze A-Taku.

Bronisław Linke, Kanapka z człowiekiem

Kapitalizm zabija. Ciebie też może

Ponieważ nie miałem czasu w normalnych godzinach, zamiast zmienić opony w spółdzielni Gromada, pojechałem do całodobowego zakładu prywatnego. Skończyło się na drobnej przykrości, ale mogło znacznie gorzej.

W warsztacie kolejka, pracuje dwóch chłopaków. Wyraźnie zmęczeni. Jeden wręcz słania się na nogach, zatrzymuje się, zapomina co właśnie chciał zrobić.

– Przepraszam pana, pracuję czternastą godzinę. Głowa już nie działa.
– Rozumiem, znam to.

14 godzin. Ciężkiej fizycznej pracy w hałasie, brudzie, w zimnie jak w psiarni. Drugi trochę żwawszy. Pomaga mu doświadczenie, jedzie na autopilocie. To też znam.

Płacę, odjeżdżam. Na światłach dogania mnie inne auto: – Kołpak pan zgubił.

Kołpak połamany, trudno. Dobrze, że nie koło.

Dobrze, że nie koło.

Kapitalizm zabija. Nie tylko pracowników, ale i konsumentów. I nie ma znaczenia, czy chłopak sam się zgłosił po te 14 godzin zamiast 8 czy 10. Bo 20-latkowie w sobotni wieczór z własnej woli robią inne rzeczy niż wymienianie opon w cudzych samochodach. I nie mówcie, że skoro nie czuł się na siłach to mógł odmówić. Bo wiecie doskonale, że nie mógł. I nie mówcie, że feler to osobista odpowiedzialność pracownika. To nie on zorganizował sobie pracę.

A kiedy będziecie sarkać na stary plakat z koktajlem Mołotowa, w którym mieszanka wybuchowa składa się z niskich płac i wysokich czynszów, pomyślcie o wszystkich wybuchach, pożarach, kraksach spowodowanych stosunkami kapitalistycznymi.

molotow

vaneigem604-tt-width-604-height-401-crop-0-bgcolor-000000-nozoom_default-1-lazyload-0

Życie ucieka, życie mknie

Piosenka „La vie s’écoule, la vie s’enfuit” Raoula Vaneigema chodziła mi po głowie, odkąd ją poznałem. Smutek, bezbrzeżny smutek codzienności i wyłażący zeń gniew  – zapisane w tej piosence – są mi niekiedy tak bliskie. Poza tym, „La vie s’écoule” to także dokument historii. Bywa, że bawię się w tłumacza. Jakiś czas temu przetłumaczyłem ją na polski. Tekst poniżej, ale najpierw oryginał, w interpretacji Jacquesa Marchaisa:

Życie ucieka, życie mknie

Życie ucieka, życie mknie
Dni defilada nudzi cię
Partie, wybory – pusty gest
Rewolucja zdradzona jest

Praca zabija, daje hajs
W supermarkecie kupisz czas
Kupiona chwila jest na raz
Młodzież umiera – zabija czas

Choć do miłości jest twój wzrok
Odbija martwych rzeczy krąg
Bez realności i bez snów
Skazani na świat obrazów

Padli od pracy, głodu, kul
Dołączcie do nas teraz tu
W drogi początku trwamy wciąż
I dojrzewamy by wziąć broń

Zapłońcie nory klechów, glin,
Geszefty kupców, biznes-świń
Siejący burzę wzbiera wiatr
I nam do tańca niesie takt

Broń która mierzy w naszą pierś
Przeciwko szefom zwróci się
Dość kierowników, koniec państw
Co ciągną zyski z naszych walk

Przywileje

Zbieram materiały do artykułów (w końcu będą dwa) o sytuacji osób transpłciowych. I myślę sobie, kurczę, ja to jestem uprzywilejowany. No bo tak: w pracy z grubsza nikt mnie nie ocenia po wyglądzie, nie muszę codziennie wysłuchiwać impertynencji od obcych ludzi, nie potrzebuję wyroku sądowego by uznawano moją tożsamość, itp., itd. Jak w piosence Janusza Reichela:

Ale zaraz potem ugryzłem się w język: jakie to, cholera, przywileje? To się należy każdemu jak psu buda. Nie ma czegoś takiego jak przywileje białych cisheterosamców. Jest krzywda wszystkich pozostałych.

Wytęż wzrok i znajdź różnice.

Kuriozum .Nowoczesnej

W związku z kuriozalnymi planami partii „Nowoczesna”, dążącej od wczoraj do delegalizacji ugrupowań anarchistycznych, chciałbym zaznaczyć kilka kwestii:

1.

Liberałowie najbardziej się boją tego, że ktoś wytknie im fałsz ich pojęcia „wolności”. Właśnie dlatego zdecydowali się na ten dziwaczny krok. Współczesny liberalizm oznacza wszak wolność jedynie do produkcji i konsumpcji. Nieskrępowany rozwój ludzi i społeczeństw owszem, ale tylko o tyle, o ile wspiera i odzwierciedla mechanizmy rynkowe. To jasne, że inne, szersze pojęcia wolności odsłaniają mizerię neoliberalnej mistyfikacji wolności. Mizerię tę znają dobrze lokatorzy “reprywatyzowanych” kamienic, wyzyskiwani pracownicy, i pomału dojrzewają do jej zrozumienia milionowe masy jednego z najbardziej zapracowanych społeczeństw w świecie. Nic więc dziwnego, że właśnie z tej strony liberałowie spodziewają się – i słusznie – najostrzejszego ataku. I stąd ich histeria.

2.

Bardzo ciekawe, że w swoim umiłowaniu swobody politycznej, czym tak mocno chcą się odróżnić od zamordysty Kaczyńskiego (nie, nie Theodore’a), idą drogą Erdogana, talibów i innych azjatyckich władców, jak chociażby króla Tajlandii. To pół monarchia – pół soldateska, gdzie zakaz działalności anarchistycznej koreluje z jednym z najwyższych w świecie wskaźnikiem nierówności społecznej. Maluczko, a pan Petru uczył będzie pana Putina, jak stabilizować system. Może w tę stronę idą właśnie marzenia pierwszego z partyjnych szermierzy “wolności”.

3.

Gdy anarchiści dojdą do władzy, zniosą działalność partii politycznych, poczynając od tych najbardziej szkodliwych. Tak, oczywiście że chcemy znieść państwo i partie polityczne. Oczywiście że demokracja przedstawicielska do demokracji ma się jak krzesło elektryczne do krzesła. Owszem, posiedzieć można, ale nie do tego służy. Tak, chcemy prawdziwej demokracji służącej prawdziwej wolności jednostek. Likwidacja państwa jest kolejnym – odległym – krokiem na tej drodze, po zniesieniu teokracji, niewolnictwa czy ograniczenia politycznych praw kobiet. Wszystkie te rzeczy kiedyś były nie do pomyślenia, ale ktoś je pomyślał i przeprowadził. Nazywamy to postępem. Postęp miewa ślepe uliczki. Jeśli koncepcje anarchistyczne okażą się jego ślepą uliczką – trudno.

Nowoczesna chce jednak postępu zakazać ustawą. Tak nowocześnie, tak liberalnie. Petru go home, you’re drunk.

Lektura uzupełniająca:

Dyl Sowizdrzał

Epitafium dla Sowizdrzała

Uwaga na niedosłowności na Facebooku. Władzę przejęły boty i wsłuchują się w sieciowy głos ludu. Sztuczna inteligencja jeszcze nie nauczyła się niuansowania znaczeń, ale już działa. Nie, nie, ona nie jest sztuczna. [Panie władzo – ten wpis wcale nie ma być zabawny.]

Zdarzyło mi się na wiosnę przy pomocy ironii dać wyraz swojej goryczy wobec – jak to oceniam – policyjnej prowokacji, w ramach której podpuszczono i zamknięto 3 ludzi po to, by zdobyć legitymizację dla ustawy terrorystycznej (oni wciąż siedzą!). Nie, to wcale nie było dla śmiechu. Jak śpiewał Kaczmarski:

Judasza spłosz –
A on za grosz
Zmyśli, czego nie widział wprost:
Czego się nie da zniszczyć – z tego trzeba szydzić.

Gotowałem się z wściekłości i w związku z powagą sytuacji podpisałem gorzką ironię nazwiskiem – jak przystało XX-wiecznemu inteligentowi. Skończyło się policyjnymi korowodami i poważnym podejrzeniem o sianie terroryzmu. Zupełnie jak by ktoś albo nie rozumiał, albo celowo zignorował znaczenie dość prostego zabiegu stylistycznego. Nie, nie tępy automat. Człowiek. Człowiek władzy.

Taki jak radny Adam Kalita, który również wsłuchał się w – założeniu – ironiczny głos ludu, domagający się dekomunizacji ulicy Dworcowa (własc. Dworcowej). To nic, że cały „ruch dekomunizacji ul. Dworcowa” jest oczywistą kpiną z takich jak pan radny.

Czy jest tak, że władza otępia? Nie sądzę. Raczej władza atakuje to, co na tyle niuansowe, że może jej się wymknąć. Prosta recepta: potraktować serio i w zależności od rzekomo „wyrażonego wprost”  zdania – przyklasnąć lub poddać represji.

Drogie Sowizdrzały, uważajcie na siebie i na sprawy które wspieracie.