Na kogo pracujesz?

Na kogo pracujesz?

Masz etat, śmieciówkę, czy samozatrudnienie? Piszę ten krótki tekst właśnie dla Ciebie. Żeby Cię wkurzyć. Już w XIX w. pisano, że dzięki maszynom możemy pracować 3–4 godziny dziennie. Dziś tym bardziej to prawda.

Jerzy Duda-Gracz, "Fucha"

Jerzy Duda-Gracz, „Fucha”, reprodukcja ze strony Nowohuckiego Centrum Kultury

Główny Urząd Statystyczny przedstawia co pół roku „Wyniki finansowe podmiotów gospodarczych”. Weźmy jeden z ostatnich, za pierwsze półrocze 2015 r., ołówek i kalkulator. Według oficjalnych wyników wykazywanych przez firmy, koszty pracy, wraz ze składkami na ZUS, to 12,38% obrotów przedsiębiorstw. Jednocześnie rentowność, czyli to co zostaje w kasie naszych pryncypałów to 6,42%. Oznacza to, że cała załoga dostaje brutto dwa razy tyle, co jeden człowiek (albo fundusz inwestycyjny, czy bank), który jest posiadaczem przedsiębiorstwa. Oczywiście oficjalnie. Pracowałem w wielu miejscach i nie dziwi mnie nie tylko, że szefowie prócz zysków kapitałowych wypłacają sobie normalne (wysokie) wynagrodzenie, ale też „wynajmują” firmie własne nieruchomości, a nawet wliczają w koszta firmy służbę domową.

Ale to nie jedyny kapitalista, który korzysta z owoców Twojej pracy. Prócz niego są to banki i instytucje finansowe (1,35%), oraz – co oczywiste – inni kapitaliści sprzedający firmie w której pracujesz towary i usługi, bez których Wasza praca nie byłaby możliwa, a także ich bankierzy (łącznie kolejne 5,72%). Jeśli kupowane przez firmę towary i usługi są wysoko przetworzone, należałoby doliczyć jeszcze ze 2–3%. W sumie, ludzie których jedyną zasługą jest to, że posiadają dużo więcej od innych, zgarniają więcej, niż wszyscy pracownicy łącznie (min. 13,49% obrotu przedsiębiorstw wobec 12,38%). Oznacza to, że połowa naszej pracy służy wyłącznie temu, by działał system wyzysku a nasi szefowie byli jeszcze bogatsi.

Czy tylko połowa? Skądże. 5,7% obrotu firm pochłaniają podatki i opłaty – czyli pół godziny z ośmiogodzinnego dnia pracy poświęcasz państwu. Co więcej, Twoja płaca też jest oczywiście opodatkowana – to kolejna godzinka. O ZUS-ie nie piszę, bo w jego ramach kupujesz (przepłacając rzecz jasna haniebnie) ubezpieczenie zdrowotne i emerytalno-rentowe.

Potworne. Wychodzisz z domu na 10 godzin. 4 oddajesz szefom swoim, cudzym i bankierom, 1,5 – państwu. A teraz pomyśl, na co zwykle brakuje Ci czasu. Co można by zrobić z dodatkowymi 5 godzinami? Z energią, której nie oddasz byle komu za bezcen? Przeczytać zaległą książkę? Spotkać się z dawno nie widzianymi przyjaciółmi? Zrobić coś pożytecznego dla innych? Wziąć dziecko na wycieczkę? Uprawiać sztukę? Ogród? Seks?

Żyć. Zamiast tego codziennie pół dnia jesteś martwy.

% obrotu przedsiębiorstw

kto korzysta

renta kapitalisty

6,42%

kapitaliści

płace brutto i ZUS

12,39%

pracownicy, państwo

podatki i opłaty ogółem

5,70%

państwo

koszty finansowe

1,35%

kapitaliści

materiały, maszyny, wartości intelektualne, w tym:

marże dostawców

4,76%

kapitaliści

płace brutto i zusy kolegów z firm partnerskich

9,19%

pracownicy, państwo

podatki i opłaty ogółem

4,22%

państwo

koszty finansowe

1,00%

kapitaliści

materiały, maszyny, wartości intelektualne, amortyzacja

54,97%

Podział obrotów przedsiębiorstw. Opracowanie własne na podstawie „Wyników finansowych podmiotów gospodarczych I–VI 2015”, GUS, 5.10.2015 r.

Tekst został opublikowany w 2 numerze A-Taku, zapraszam do lektury całości.

Nie jesteś lepszy od prostytutki

Do ciebie mówię, twórczy pracowniku najemny, robotniku umysłowy. Pora sobie uświadomić, że praca kreatywna i praca seksualna to w gruncie rzeczy moralnie co najmniej to samo. Różnica tylko w komforcie, przy czym o ten sami dbamy, wytwarzając intelektualne anestetyki.

salò-o-le-120-giornate

Elsa De Giorgi jako Signiora Maggi, kurtyzana-opowiadaczka z „Salo czyli 120 dni Sodomy” P. P. Passoliniego.

Sprzedawanie miłości

Wyraz bliskości i przywiązania. Przejaw wolności w sferze, do której walec społeczeństwa ma ograniczony dostęp. Uwolnienie, dotknięcie absolutu, lub po prostu bezinteresowna zabawa. Taki jest seks nie sprzedawany. Taka jest twórczość nie sprzedawana.

Upust frustrowanym potrzebom. Wentyl bezpieczeństwa społeczeństwa pełnego ograniczeń. Wyraz patriarchalnej władzy i jej wzmocnienie. Akceptacja tego, co musi być. Obowiązek. Przymus ekonomiczny. Taka jest prostytucja. Taka jest najemna praca umysłowa.

Trzeba mieć warunki

Zastanówmy się skąd się bierze twórczość i seks. Jedno i drugie wymaga, by pociągał nas „obiekt” działania. Potrzebna jest też ochota i przynajmniej względna swoboda. Bez tej swobody w obrębie samego działania nie można mówić o tworzeniu.  Pod tym względem praca odtwórcza czy obsługowa wymaga mniej – ponieważ nie musisz czerpać ze swojej osobowości, wystarcza ci zewnętrzna motywacja. W seksie podobnie, działasz całą swoją osobą – nie tylko ciałem. Inaczej będzie to seks zły, nieprzyjemny dla ciebie i partnera.

Dlatego zarówno pracownik seksualny jak i pracownik twórczy muszą mieć ochotę. Ochota z czasem gaśnie. O ile wiem, większość pracowników seksualnych po jakimś czasie nie marzy już o niczym innym jak tylko o zmianie pracy. Pracownicy twórczy mają swoje sposoby na pobudzanie ochoty i redukcję obrzydzenia. W końcu zazwyczaj na tym właśnie, z tym że w odniesieniu do osób trzecich, polega ich praca. Typowe redukcje dysonansu poznawczego to kiedyś sam zostanę burdelmamą lub robię coś fajniejszego niż większość ludzi, ewentualnie jestem fajniejszy niż większość ludzi.

***

I jeszcze jedno podobieństwo. Prostytucja istnieje dlatego, że istnieją mechanizmy ucisku patriarchalnego, władzy i panowania. Jest ich przejawem. Nie byłoby jej gdyby nie one. Jednocześnie jest – w pewnej formie – także ich emblematem i przyczynia się do ich reprodukowania. Czy to trophy wives, czy dziewczyny z „klubu dżentelmena”, ich rolą jest demonstrować wyższość swoich aktualnych „posiadaczy”.

Nie inaczej jest w przypadku zawodów „twórczych”. Niektóre istnieją głównie po to, by zaspokajać próżność panów, inne – głównie po to, by umacniać panowanie. Reklamy, biurowce, systemy IT – są jednocześnie emblematami jak i narzędziami władzy, panowania i patriarchatu.

Oto są zasady, według których będziecie teraz żyli. Punktualnie o 6. rano stawiacie się w Sali Orgii, gdzie nasi narratorzy zabawią nas historiami na zadane tematy. Nasi przyjaciele mają prawo przerwać im w każdej chwili. Celem tych powieści jest wzbudzenie pożądania.

„Salo czyli 120 dni Sodomy”

Różnica jest w rozłożeniu akcentów: o ile „wartość dodana” prostytucji to przede wszystkim prywatna przyjemność pana, a po drugie wzmocnienie panowania, o tyle twórcza praca najemna – odwrotnie. Kto zatem ma większy powód do wstydu?

direct_action_gets_the_goods_by_poasterchild-d6h2exo

Akcja bezpośrednia – polecam z doświadczenia

No i straciłem dziewictwo – z teoretyka stałem się praktykiem czynu związkowego. I bardzo polecam. A było to tak.

direct_action_gets_the_goods_by_poasterchild-d6h2exoPewien pracownik pewnej agencji reklamowej odchodząc z firmy nie dostał tego, co mu się należało na podstawie ustnej klauzuli do umowy (umowa była kombinowana – trochę o pracę, trochę o dzieło, trochę na gębę). Wobec tego że był członkiem krakowskiej Komisji Środowiskowej Inicjatywy Pracowniczej, zwrócił się do niej o pomoc. Niedługo potem 10-osobowa grupa związkowców zawitała w biurze firmy i zażądała wypłaty należności. Przy okazji pozostali pracownicy firmy zostali poinformowani o przyczynie i celach akcji.

Szefowie próbowali nas wyprosić, ale oczywiście bez skutku. Na uwagę o legalności naszego działania stwierdzili tylko, że to komunizm. :) Żądanie przedstawiliśmy na papierze, sygnalizując jednocześnie inne znane nam patologie występujące w tej firmie. Koniec, cała akcja trwała kilka minut.

Nie minął tydzień od tej niespodziewanej wizyty, kiedy nasz związkowiec odzyskał należności.

Akcja bezpośrednia działa. Przyzwyczaili nas do tego budowlańcy czy kierowcy autobusów, ale można było mieć wątpliwości, czy w środowisku, gdzie co drugi wyrobnik to „menadżer” będzie efektywna. Jak widać jest, niezależnie od branży. Dlatego już nie z cudzych, ale z własnych doświadczeń, zachęcam i namawiam:

ZUS, sąd pracy, PIP-a – to może się przydać, ale jest to bufor służący do tego, by zniechęcić „roszczeniowego” pracownika. Kumple i znajomi, a nawet nieznajomi koledzy ze związku – to jest realna siła, która szybko załatwia temat i przy okazji daje fantastyczny zastrzyk energii psychicznej, co ma niebagatelne znaczenie w sytuacji źle traktowanego pracownika.

A tu krótkie wideo hiszpańskiego CNT, pokazuje, co i jak działa:

A skoro już namawiam, to jeszcze kilka porad:

  • W grupie przeprowadzającej akcję nie powinni znajdować się pracownicy zakładu, ze względu na spodziewane konsekwencje. Dlatego też jest to idealne działanie dla komisji środowiskowych. Warto też zapraszać na akcje kolegów z innych branż. Choćby ze względu na różnorodny wygląd, który też będzie robił wrażenie na przeciwniku.
  • Nie dajcie się wyprosić, ani zbić z tropu. Wizyta związkowa w zakładzie jest legalna. Warto przygotować sobie tezy do wygłoszenia prezesom, a ostateczności, przeczytać je z pisma.
  • Nie przedłużajcie wizyty. Musi być szybko i dynamicznie, tak, żeby zostawić drugą stronę z gębami rozdziawionymi ze zdziwienia.
  • Zadbajcie o nagłośnienie sprawy. Ta konkretna sprawa nie zostałaby tak szybko załatwiona gdyby nie rysy na wizerunku firmy – wpis na blogu Komisji, czy posty w różnych miejscach Facebooka. Zaproście media. Weźcie lustrzankę (poważniej wygląda) i róbcie zdjęcia.
  • Należy przygotować materiały: ulotkę dla pracowników, pismo do kierownictwa. W piśmie wyraźnie zaznaczyć, że brak poprawy „pracodawcy” będzie skutkował eskalacją konfliktu.
  • Musicie być gotowi na ww. eskalację.

Ta ostatnia rada może być trudna, ale logika konfliktu ją wymusza. Ostatecznie, jeśli „pracodawca” nie ugnie się pod pierwszym „uderzeniem”, a my nie będziemy mieli woli dalszych działań, cała impreza okaże się bez sensu. Równie dobrze poszkodowany pracownik sam mógłby grzecznie prosić. Formy eskalacji można przyjąć różne, legalne też 😉 – wszystko zależy od tego, co jesteśmy w stanie zrobić dobrze (czyli skutecznie) i szybko.

PRAWDA o porządkach w stadninie w Janowie

Fot. „zaciągnięta” z bloga Negatyw/Pozytyw Magdaleny Wanat. Napis znajduje się w Krakowie przy ul. św. Wawrzyńca.

Od stuleci stadnina w Janowie służyła jednemu celowi: rozpłodowi arabów (celowo piszę małą literą) na polskiej ziemi. Jak wiadomo, „założona w 1817 roku po kongresie wiedeńskim na wniosek Rady Administracyjnej Królestwa Kongresowego Polski za zgodą cara Aleksandra I”. Jej powstanie było więc decyzją polityczną państw zaborczych, a zwłaszcza Rosji. Nie tylko rusyfikacja, ale i arabizacja miała służyć wynaradawianiu Naszego kraju.

Młoda polska demokracja i młody polski autorytaryzm lat międzywojennych nie mogły uporać się z tym problemem. Władze PRL – co oczywiste – nie chciały. Dlaczego po 1989 aż dotąd tolerowaliśmy u siebie raj dla arabów, jest chyba oczywiste: „polskim” rządom nie zależało na zlikwidowaniu zagrożenia obcą rasą.

Aż do dziś w Janowie mieszka sobie ok. 300 arabów. I to jak! Polacy są ich służącymi! Karmią, czyszczą, a nawet dbają o to, by ten obcy rasowo element mógł się do woli wybiegać. Wszystko za nasze podatki.

Dlatego każdy Patriota powinien się cieszyć, że nasz obecny rząd skierował do Janowa kogoś, kto rzeczywiście ma zadatki, żeby rozwalić tę wylęgarnię arabów!

Nie zawsze musi być poważnie.

Fot. za Irish Anarchist Review, 4/2011

Nadzorować i głaskać

Pamiętacie, jak ponad dwa lata temu dwaj chłopcy z Lubonia wystąpili o pozwolenie na postawienie szałasu na nieużytku? Wiadomość o tym, entuzjastycznie przyjęta i podana przez media, pozostawiła mi zadrę. Ostatnio o tej zadrze przypomniała mi pewna firma, promująca się gadżetami kupionymi od dzieci. A dlaczego to nie jest fajne?

Fot. za Irish Anarchist Review, 4/2011

Fot. za Irish Anarchist Review, 4/2011

Nie policzę, ile szałasów i pułapek pobudowałem w dzieciństwie. Samodzielnie, czy w zespole, ale na pewno bez zgody Komitetu Miejskiego PZPR, czy Rady Narodowej. Ci dwaj biedacy ponoć wciąż nie mają swojego szałasu, pomimo zgody burmistrza, zainteresowania telewizji i gazet. A właściwie właśnie ze względu na nie. Mam nadzieję, że fakt ten da im do myślenia.

Przed świętami pewna firma, z której usług korzystam, podarowała mi filcową sówkę. Zabawka została uszyta przez „unschoolerów”, czyli dzieci edukowane metodą „nauczania prowadzonego przez ucznia”. Dzieci uszyły maskotki dla firmy, sprzedały je aby uzyskać pieniądze na budowę domku na drzewie. Akcja zyskała pewien rozgłos w wąskiej branży, sporo pozytywnych komentarzy: Uczą się dzieci inicjatywy, gospodarności itd.

Do jasnej cholery. Uczą się ekonomizacji życia. Uczą się przeliczania twórczości na pieniądze. Unschooling po byku. Pod pozorem operacjonalizacji planów uczą się rozmieniać na drobne. Uczą się też, że praca jest warta tyle, ile ktoś za nią zapłaci – to już jest bardzo wyraźny trening ideologiczny. Rodzą się praktyczne pytania: Jakiż to „budżet” jest potrzebny do domku na drzewie? Osobiście radziłbym zrobić to za zero złotych (jak kiedyś). Jako odpowiedzialny dorosły pomógłbym dzieciakom w pozyskaniu materiałów, zamiast namaścić ich na małych wyrobników. Jeśli więc budżet jest siłą rzeczy skromny, to również nader skromnie wynagrodzono dzieci za pracę szwaczy.

Do jasnej cholery. Dlaczego miałoby nas zachwycać słanie pism urzędowych zamiast budowania? Dlaczego kręci nas że ci dwaj chłopcy zamiast przejawiać inicjatywę i po prostu realizować swój twórczy potencjał, wchodzą w biurokratyczną grę prawa, własności, polityki (siłą rzeczy)? Co jest dobrego w przedwczesnym starzeniu? Cieszymy się widokiem starych malutkich zapominając, że lepiej samemu stawać się „jako dziecię”. Czyli kwestionować, tworzyć i – jeśli to dla tworzenia nieodzowne – burzyć.

W „Tropicielach” do drugiej klasy, nazywanych jednym z najlepszych podręczników w Europie, można przeczytać tekst o dzieciach, które postanawiają prace z warsztatów plastycznych sprzedać na kiermaszu, aby zyskać pieniądze na coś tam. Bohaterowie czytanki są pełni entuzjazmu, mówiąc o tym, jak wiele sprzedadzą i zarobią. Ani słowa o przyjemności z malowania, ani słowa o twórczej ambicji.

Sami staliśmy się funkcjonariuszami aparatury znanej z „Nadzorować i karać”. I bardzo się cieszymy, kiedy kolejni przedstawiciele rodzaju ludzkiego przechodzą z zapomnianej przez nas i trochę groźnej strefy niedokontrolowania, swobody, nieświadomości konieczności, w strefę w której wszystko jest poukładane, a przedmiotem wolnego wyboru jest co najwyżej kolor pluszowej maskotki. Dopóki dziecko nie przejdzie tego progu, jest dla nas obce. Jak zwierzę domowe, które nadzorujemy i głaskamy, ale go nie rozumiemy. Jego twórczość traktujemy jako zabawne ekscesy (jak pies skaczący na 2 łapach albo kot walczący z ogórkiem – patrzcie, jakie słodziaki), którymi można podzielić się w towarzystwie, ale nie daj Boże potraktować jej serio.

g3077

Są wesołe konstytucje

W piątek wdałem się w internetową dyskusję ws. „marszu w obronie demokracji” z samym Jackiem Dehnelem (właściwie to go zaczepiłem, z czego wynikła krótka wymiana zdań – swoją drogą wyrazy uznania za poważne podejście do dyskutantów na fanpejdżu). Pisarz entuzjastycznie nawoływał do udziału w marszu w sprawach ustrojowych.

g3077Zwróciłem uwagę, że są być może ważniejsze sprawy ustrojowe niż to, która partia akurat instaluje swoich popleczników w Trybunale Konstytucyjnym i w jaki sposób, jak prawo do strajku, czy wolność zrzeszania się. Dziś łamie konstytucję chociażby Polski Bus, i niezliczone inne instytucje tego fantastycznego społeczeństwa. Odpowiedź literata była symptomatyczna: „Nie na poziomie konstytucyjnym. To spora różnica.”

Otóż właśnie. Chodziłem na demonstracje, zanim to było modne. I będę chodził, gdy znów modne być przestanie. Na demonstracjach, na które chodzę ja, ale nie p. Dehnel, zasłaniamy twarze przed fotografami. Do mediów wypowiadamy się pod fałszywymi nazwiskami (dedykuję wszystkim bohaterom, którzy z „marszu” wrzucili fotki na Insta i Fejsa). Dlaczego? Bo za udział w takiej demonstracji można wylecieć z roboty. Dokładnie jak w PRL. Gdy w zakładzie, w którym pracowałem powstał związek zawodowy, „prowodyrzy” zostali bez pracy, a rozmaitymi sposobami większość związkowców skłoniono do wystąpienia z organizacji. Co więcej, szef firmy na zebraniu z załogą, nie stroniąc od wulgaryzmów zwyzywał związkowców. Jak wiem od swojej matki, podobną przemowę miał jej szef, gdy w 1980 powstała „Solidarność”. Tak wyglądają wolności obywateli gwarantowane przez systemowe instytucje najnowocześniejszej liberalnej konstytucji w Europie. Jak pisał poeta, „wolność słowa i wyznania jest nasrana na papierze”. Czy rzeczywiście to wszystko dzieje się „nie na poziomie konstytucyjnym”?

Właśnie, na poziomie najbardziej konstytucyjnym z możliwych. Słyszałem dziś jeszcze jeden komentarz po „marszu w obronie demokracji”, w radiu Tok. Człowiek mówił, że ludzie wyszli bronić stabilności systemu. Całkowicie się zgadzam. Właśnie dlatego zabrakło tam tych wszystkich, których stabilność systemu dobija – pracujących od pierwszego do pierwszego, czy od fuchy do fuchy, czy wegetujących bez żadnych perspektyw.

Demokracja wg Mleczki

Stabilne instytucje tegoż systemu trzymają miliony ludzi w biedzie, a dziesiątki milionów – w absolutnej zależności od folwarcznych panów i ekonomów. I te dziesiątki milionów nie uronią łzy po Trybunale Konstytucyjnym, który od swego zarania „przyklepał” wszystkie antyspołeczne, antypracownicze zmiany w prawie – i to niezależnie od tego, która partia w danej chwili wprowadzała do niego „swoich” sędziów. Liberalna demokracja służy faktycznemu i trwałemu apartheidowi na światłych beneficjentów i „czerń”. Nie dziwcie się więc „czerni”.

Przypominam słowa jeszcze jednego poety:

Są wesołe konstytucje
Które mają jeden cel
Chcą oddalać rewolucje
Ale my to mamy gdzieś

Głosowanie jako współuzależnienie

Chodzenie na wybory jest jak współuzależnienie: wierzysz że jak jeszcze raz się pogodzisz z pijakiem to przestanie pić. W rzeczywistości współuzależnienie to dość skomplikowana relacja. Ale jeśli rozłożysz ją na poszczególne elementy, okaże się, że relacja katowanej rodziny do jej pijącej „głowy” jest łudząco podobna do relacji społeczeństwa do jego obieralnych władz.

Każdy, kto umie czytać po polsku, ma w rodzinie pijaka, więc dobrze wiecie, o czym mówię. Problem współuzależnienia zwięźle referuje materiał Fundacji Razem Bezpiecznie:

  • Osoba współuzależniona przejawia silną koncentrację myśli, uczuć i zachowań na zachowaniach alkoholowych osoby pijącej.
  • Stara się znaleźć usprawiedliwienie sytuacji picia, zanegować problem (często konieczność podjęcia terapii odwykowej przez uzależnionego wydaje się jej niepotrzebna),
  • Ukrywa problem picia bliskiej osoby przed innymi (członkowie rodziny starają się „na zewnątrz” zachować pozory normalności, aby prawda dotycząca uzależnienia się nie wydała, aby uchronić rodzinę     i samego uzależnionego przed konsekwencjami jego picia).
  • Próbuje przejąć  kontrolę nad piciem osoby bliskiej (ogranicza sytuacje alkoholowe, wylewa alkohol, odmierza ilości, kupuje alkohol, aby pijący nie wychodził z domu itp.)
  • Przejmuje odpowiedzialność za zachowania osoby pijącej, łagodzi konsekwencje picia: kłamie, płaci długi, dba o higienę pijącego, o jego wizerunek  (np. pomimo częstych przypadków bycia ofiarą przemocy lub wykorzystywania seksualnego wielu członków rodzin nie zmienia swojego zachowania wobec uzależnionego).
  • Przejmuje za osobę pijącą obowiązki domowe, które ta zaniedbuje.

Tak właśnie wyglądają ludzie przejawiający „zainteresowanie polityką”, tą z gazet, telewizji, i internetu, ludzie chodzący na wybory. Wystarczy za „alkohol” podstawić „władza”. Prześledźmy:

 

  • Osoba współuzależniona przejawia silną koncentrację myśli, uczuć i zachowań na telewizyjnych pyskówkach i felietonach w tygodnikach.
  • Stara się znaleźć usprawiedliwienie sytuacji wyalienowanej władzy, zanegować problem (o jakimkolwiek odwyku w ogóle nie ma mowy – przecież „nie ma alternatywy” dla tzw. demokracji przedstawicielskiej, przecież państwo jakoś tam działa).
  • Ukrywa problem władzy przed innymi (macha chorągiewkami od okazji do okazji, dyskutuje o programach wyborczych jak gdyby miały one jakiekolwiek znaczenie – aby uchronić siebie i innych przed postawieniem zasadniczej kwestii wolności, gdyż przeczuwa, że miałaby ona zasadnicze – rewolucyjne – skutki).
  • Próbuje przejąć  kontrolę nad korzystaniem z władzy przez polityków (żąda jawności, organizuje zbiórki podpisów, głosuje na tych uczciwych, jeszcze nie umoczonych, spoza układów).
  • Przejmuje odpowiedzialność za zachowania polityków, łagodzi ich konsekwencje: Twierdzi że to ona sama, względnie społeczeństwo, „ma takich przedstawicieli na jakich zasłużyło”, to nasza wina, że frekwencja była niska, daliśmy się zwieść programom wyborczym (vide dwa punkty wyżej).
  • Przejmuje za polityków obowiązki, które ci zaniedbują. Ponieważ nie ma co liczyć, by rozwiązali problemy ubóstwa, służby zdrowia i in. – daje na Caritas i Owsiaka, popiera „ruchy miejskie”, kupuje do szkoły papier toaletowy i kredę.

 

Dodajmy do tego poczucie wstydu i winy (to nasza młoda demokracja nie dorosła, wszystko przez nas), fale nadziei i zwątpień (zwane kadencjami – czy terapeuci uzależnień też posługują się tym terminem?).

Oczywiście, słyszymy na pozór racjonalne argumenty współuzależnionych: Przecież można jeszcze raz się pogodzić. Można ładnie się uśmiechnąć i przynajmniej przez jakiś czas (zanim nowa, nie umoczona ekipa się wyalienuje) będzie względnie normalnie. Przecież jak się odobrazimy, to on przynajmniej na chwilę złagodnieje, kupi jakiś prezent (np. obniży wiek emerytalny – na jakiś czas). Tak, oczywiście. Lepiej być maltretowanym mniej. Ale jeszcze lepiej jest nie być maltretowanym, a do tego prowadzi terapia współuzależnionych.

Oczywiście, trudno mówić o winie współuzależnionych. Na ich postawy wpływają:

  • nieustanny stres (życie z pracy najemnej w kapitalizmie),
  • poczucie osamotnienia i braku oparcia w więziach z bliźnimi (jesteś kowalem własnego losu),
  • poczucie bezsilności wobec „pijaków” (co można zrobić, poza pójściem na wybory),
  • iluzje stwarzane przez uzależnionych (będzie lepiej, poprawią się).

No cóż, bardzo mi żal członków przemocowej „rodziny rodzin”, tym bardziej że są wśród nich moi najbliżsi i bliscy. Pamiętajcie, że gdybyście chcieli pogadać o waszym problemie, to zawsze postaram się pomóc. Przede wszystkim – nikt z nas nie jest sam.

 

Wierszyk

Od czasów liceum raczej rzadko sięgam do tej formy. Emocjonalnej i ekshibicjonistycznej. Ale co tam, czasem trzeba dać ujście emocjom. Co wy tam wiecie o konflikcie klasowym.

Dzieci

Czwórka dorodnych, szczęśliwych
Pracuję by nic im nie brakowało
I są zadbane, pewnie szczęśliwe
Chodzą z tatą na ryby
Nie muszą się martwić o przyszłość
swoich dzieci

Karmię je jak pelikan
Ciałem i krwią
Godziny wypadają
I siwieją

To nie są moje dzieci
To nie są moje dzieci

Moje dzieci widuję dwie godziny dziennie
Do czasu, kiedy wyemigrują
Karmić cudze dzieci

Świadek obrony, albo o pożytkach z Konkursu Chopinowskiego

Mija właśnie I etap Konkursu Chopinowskiego. Chcę przy tej okazji podzielić się wspomnieniem sprzed 10 lat. I podziękować.

Był to dla mnie czas bezrobocia. Czując ciężar odpowiedzialności za rodzinę, na garnuszku rodziców, jeździłem po całym mieście szukając jakiejkolwiek pracy (jaką znalazłem – opisałem w innym wspominkowym wpisie). Pamiętam jak szedłem na rozmowę do zakładu, który znajdował się poza zasięgiem komunikacji publicznej. Maszerując na „interview” wśród zbronowanych pól natknąłem się na leżącego na drodze buraka. Był to trafny omen. Rozmów z buraczanymi biznesmenami odbyłem wtedy niemało, płaszcząc się przed ich władzą. Oczywiście, rzutowało to na psychikę. Na szczęście, miałem telefon z radyjkiem.

A w radyjku jedyna stacja, której dało się słuchać, to była Dwójka, nadająca właśnie w kółko przesłuchania Konkursu. Żaden ze mnie meloman, i oczywiście różnic w wykonaniach utworów z początku w ogóle nie słyszałem. Ale że niektóre „kawałki” już wcześniej kojarzyłem, że wreszcie lepiej wsłuchać się w muzykę niż myśleć o kłopotach – wsłuchałem się. I rzeczywiście, z czasem zacząłem smakować Chopina, poznawałem jego muzykę i grę poszczególnych pianistów.

To oni dali mi wtedy nieoczekiwane wsparcie. Napełnili urodą przestrzenie które przemierzałem jeżdżąc na te głupie rozmowy z głupimi ludźmi. Wyzwalali z paraliżującego lęku. Uchronili przed depresją. Dziś chciałbym im podziękować – całej osiemdziesiątce. Tak, oczywiście, jestem przeciwnikiem profesjonalizacji sztuki, czyli jej oddzielenia i przekształcenia w narzędzie opresji. Ale gdy trybunał ludowy będzie sądził Konkurs Chopinowski – będę świadkiem obrony.

Złe książki dla dzieci – polecam

Jeśli chcesz, by twoje dziecko stało się w przyszłości nieco bardziej krytyczne i niezależne, jeśli chcesz by było bardziej współczujące, jednym słowem – mądrzejsze i bardziej niezadowolone ze świata – podsuwaj mu odpowiednie książki. Poniżej – kilka propozycji.

pitr_Alice_in_Wonderland_-_42_-_cards_flyingOstatnio znów przypomniałem sobie ulubioną scenę z „Alicji w Krainie Czarów”, kiedy dziewczynka odmawia udziału w procesie Waleta Kier, rozrzuca karty i wraca do swoich normalnych rozmiarów. Obraz ten, i słowa „jesteście zwykłą talią kart, niczym więcej”, towarzyszą mi już blisko 30 lat w sytuacjach konfliktów z grupami i strukturami. Niedawno mówiłem publicznie o tej scenie z książki Carrolla, jako o symbolu emancypacji człowieka – przynajmniej intelektualnej – z chorych struktur społecznych i odzyskiwania swoich virtutes. To drugie znaczenie – fakt, że Alicja rośnie – docierało do mnie całe dekady i pojąłem je ostatecznie już jako dorosły. Ale jako dzieciak przypominałem sobie we właściwych momentach, że nie warto dyskutować z kartami.

Bardzo silne wrażenie wywarły na mnie dwa z trzech  opowiadań Any Marii Matute, wydane w 1977 r. przez Naszą Księgarnię w tomiku „Szalony konik”: „Carnavalito” to trochę oniryczna baśń o sierotach wojennych i, choć dobrze jej nie rozumiałem, dobrze się stało, że sięgnąłem po nią pomiędzy kolejnymi odcinkami „Czterech pancernych i psa”. Z kolei „Szalony konik” to jeden z najsmutniejszych tekstów jakie kiedykolwiek czytałem. Fabuła opowiada o tym, jak dziki źrebak, odtrącony przez stado postanawia zaprzyjaźnić się z odtrąconym przez społeczność chłopcem. Pomimo okrucieństwa, jakim chłopiec darzy zwierzę, ono aż do tragicznego finału (wszystkie opowiadanie w tomiku mówią o śmierci) wierzy w przyjaźń. Mamy tu więc trudne relacje jednostki i zbiorowości, czystą miłość i jej skażenie przez społeczną opresję, utratę niewinności. Gdy przeczytałem „Konika” jako dziecko, umocnił we mnie – jeśli nie zbudował – szacunek dla każdego, bez wyjątku, outsiderstwa i obcości: „Jeśli to co widzę w twoich oczach, jest szaleństwem, w takim razie kocham szaleństwo.”

Fot. OperationPaperStorm  @Flickr, lic. CC BY 2.0

Fot. OperationPaperStorm @Flickr, lic. CC BY 2.0

Skoro o młodocianych outsiderach mowa, dziw aż bierze, że w swoim czasie nie przeczytałem „Pippi Pończoszanki” – była to przecież „pierwsza postać w glanach pokazana przez polską telewizję”. Ostatnio z córką nadrobiłem zaległości  i… aż włos się jeży od interpretacji dzieła Lindgren. Oto sierota społeczna („mój ojciec jest królem murzyńskim, hej ho!”), bimba sobie z instytucji takich jak szkoła, czy policja – a gdy już wchodzi z nimi w bliższy kontakt, ściąga na nie klęskę. A jednak ma wyostrzony zmysł moralny i społeczny, i gdy trzeba – potrafi wykazać się bohaterstwem. Prawdziwy anarchistyczny ideał. I postać-pytanie: Czy świat nie byłby lepszy, gdybyśmy mniej „kształtowali” dzieci?

Wśród książek, które warto przeczytać, lub podsunąć dziecku jest na pewno coraz bardziej aktualna „Momo” Michaela Ende – książka o dziewczynce, która musi uratować siebie – i świat – przed „szarymi panami”, handlującymi ludzkim czasem. Apokaliptyczna wizja rozpędzonego świata dorosłych, którzy nie mają czasu dla siebie i dla dzieci, bo go „zainwestowali” jest tyleż przerażająca, co rzeczywista. Książka mistrzowsko łączy thriller z baśnią i nawet jeśli nie dla treści, to dla przyjemności warto sięgnąć po tę jedną z lepszych książek jednego z najlepszych pisarzy dziecięcych.

Całkiem niedawno dowiedziałem się o bardzo śmiesznej i mądrej książce, która to, co Ende przedstawił w baśniowym dramacie, pokazuje w formie przygodowo-szpiegowskiej komedii z powiastkami filozoficznymi w tle. To „A w Patafii nie bardzo” Jacka Nawrota. Opowiqada o tajnej misji do Patafii – kraju ogarniętego psychozą pogoni za zyskiem. Napisana została w latach 80. ub. w. i ku przestrodze wyśmiewała „niestworzone” i „przerysowane” patologie kapitalizmu. Ale gdy czytamy o celowym skracaniu żywotności produktów, albo o toksycznych nawozach, albo o publiczno-prywatnej praktyce lekarzy („Lekarze teraz, panie, zarabiają… Powie panu w przychodni, że groźna choroba, że on tutaj ma za mało czasu, poda swój adres… I biega pan, i pieniążki lecą…”) okazuje się, że rzeczywistość prześcignęła fikcję już dawno. To zwierciadło wcale nie jest krzywe. Wśród postaci spotkamy m.in. małego insurekcjonistę, a wśród epizodów – przystępny wykład o alienacji. Wszystko wartko i z humorem.

Zestaw__Inny_Mek_547d9ca879d6eWszystko to książki nienowe. Na koniec chciałbym wspomnieć o rzeczy świeżej: „Inny Meksyk. Opowieści zapatystów”. Książka zawiera teksty neozapatystowskie, w tym przemówienia i deklaracje polityczne, oraz… opowiadania dla najmłodszych i nie najmłodszych dzieci, przypisywane Podkomendantowi Marcosowi. Opowiadania są krótkie, kilkuminutowe. Mówią o odwadze, sile, inności. Ale też o „tych sprawach”, kontrabandzie (ulubione opowiadanie A., w którym myszka nękana przez kotka robi użytek z karabinu maszynowego), czy neoliberaliźmie. Ich niezwykły idiom, łączący indiańskie tradycje, elementy realizmu magicznego, i mówienie wprost o problemach społecznych, sprawia, że ta lektura naprawdę wzbogaca. Warto to czytać razem z dzieckiem – i rozmawiać. Czytałem A. w kolejce do lekarza. Podszedł do nas inny ojciec i, wyraźnie będąc pod wrażeniem tekstów, pytał, co to za książka. Przyznacie, rzadko się to zdarza.

Jakimi jeszcze lekturami uczynić życie dziecka bogatszym i trudniejszym? Czekam na propozycje.