Archiwa kategorii: Bez kategorii

Garnitur

W tym garniturze poszedłem
Na obronę i do ślubu
W tym garniturze wierzyłem
W demokrację, dobrobyt,
Naprawdę pierwszy garnitur
Rzeczy
Do wierzenia
Jest z niego świetny strój
Klauna
Dla mojej córki

Wytęż wzrok i znajdź różnice.

Kuriozum .Nowoczesnej

W związku z kuriozalnymi planami partii „Nowoczesna”, dążącej od wczoraj do delegalizacji ugrupowań anarchistycznych, chciałbym zaznaczyć kilka kwestii:

1.

Liberałowie najbardziej się boją tego, że ktoś wytknie im fałsz ich pojęcia „wolności”. Właśnie dlatego zdecydowali się na ten dziwaczny krok. Współczesny liberalizm oznacza wszak wolność jedynie do produkcji i konsumpcji. Nieskrępowany rozwój ludzi i społeczeństw owszem, ale tylko o tyle, o ile wspiera i odzwierciedla mechanizmy rynkowe. To jasne, że inne, szersze pojęcia wolności odsłaniają mizerię neoliberalnej mistyfikacji wolności. Mizerię tę znają dobrze lokatorzy ?reprywatyzowanych? kamienic, wyzyskiwani pracownicy, i pomału dojrzewają do jej zrozumienia milionowe masy jednego z najbardziej zapracowanych społeczeństw w świecie. Nic więc dziwnego, że właśnie z tej strony liberałowie spodziewają się – i słusznie – najostrzejszego ataku. I stąd ich histeria.

2.

Bardzo ciekawe, że w swoim umiłowaniu swobody politycznej, czym tak mocno chcą się odróżnić od zamordysty Kaczyńskiego (nie, nie Theodore’a), idą drogą Erdogana, talibów i innych azjatyckich władców, jak chociażby króla Tajlandii. To pół monarchia – pół soldateska, gdzie zakaz działalności anarchistycznej koreluje z jednym z najwyższych w świecie wskaźnikiem nierówności społecznej. Maluczko, a pan Petru uczył będzie pana Putina, jak stabilizować system. Może w tę stronę idą właśnie marzenia pierwszego z partyjnych szermierzy ?wolności?.

3.

Gdy anarchiści dojdą do władzy, zniosą działalność partii politycznych, poczynając od tych najbardziej szkodliwych. Tak, oczywiście że chcemy znieść państwo i partie polityczne. Oczywiście że demokracja przedstawicielska do demokracji ma się jak krzesło elektryczne do krzesła. Owszem, posiedzieć można, ale nie do tego służy. Tak, chcemy prawdziwej demokracji służącej prawdziwej wolności jednostek. Likwidacja państwa jest kolejnym ? odległym ? krokiem na tej drodze, po zniesieniu teokracji, niewolnictwa czy ograniczenia politycznych praw kobiet. Wszystkie te rzeczy kiedyś były nie do pomyślenia, ale ktoś je pomyślał i przeprowadził. Nazywamy to postępem. Postęp miewa ślepe uliczki. Jeśli koncepcje anarchistyczne okażą się jego ślepą uliczką ? trudno.

Nowoczesna chce jednak postępu zakazać ustawą. Tak nowocześnie, tak liberalnie. Petru go home, you?re drunk.

Lektura uzupełniająca:

Arbeit macht frei

Praca czyni wolnym?

Pewnie wiesz, że hasło ?Praca czyni wolnym? umieszczano na bramach niemieckich obozów koncentracyjnych. Ponury żart faszystów niektórzy więźniowie brali serio. Ale naprawdę smutne jest to, że większość z nas teraz wciąż weń wierzy.

Arbeit macht frei

Arbeit macht frei, brama obozu Sachsenhausen, fot. Adriano Amalfi, lic. CC BY 2.0.

Oczywiście mówię tu o pracy zarobkowej. Dzień w dzień wstajesz rano by spędzić 8 lub więcej godzin przy maszynie, biurku, w biegu. Marzysz o chwili, w której nie będziesz musieć. Myślisz sobie może, że kiedyś do tego dojdziesz. Nie. W każdym razie nie wciąż pracując.

Dlaczego? To proste. W systemie kapitalistycznym albo pracujesz na kogoś, albo ktoś pracuje na ciebie. A więc żeby kiedyś nie musieć pracować, teraz musiał(a)byś ze swoich zarobków odłożyć na inwestycję, pozwalającą zatrudnić tyle osób, by nadwyżka przez nie wypracowana dała Ci utrzymanie. Jak może pamiętasz z poprzedniego wpisu, musiałoby to być 5?6 osób.

Wymagałoby to więc od Ciebie wieloletniej pracy po kilkanaście godzin dziennie. Biologia mówi, że się nie da. Ponoć bogaci mają sposoby na podniesienie wydolności organizmu i wydłużenie życia, ale rozmawiamy cały czas o tym, że nie jesteś bogaty/bogata.

Inna metoda ? mieć nieruchomość. Czynsz za mieszkanie równa się mniej więcej zarobkom jednej osoby pracującej w pełnym wymiarze godzin. W praktyce zakup mieszkania jest równie kosztowny co zorganizowanie kilku miejsc pracy. Tyle, że mniejsze ryzyko. I możesz dostać kredyt. Zakładając nawet, że kredyt dostaniesz, okaże się że jego spłata będzie mniej więcej równa zyskom z wynajmu. A więc jako ?landlord? będziesz gnębić biedaków, sam(a) pozostając równie biedna/biedny.

Ale jak to, przecież niektórym się udaje! Właśnie, tych ?niektórych? jest kilka procent z tych co próbowali. 1 rok na rynku przetrzymuje 15?20% nowo założonych przedsiębiorstw. Długo i szczęśliwie działa znacznie mniej. A o przejściach ludzi, którzy próbowali tanio kupić kredyt, żeby drogo wynajmować mieszkania, już chyba każdy słyszał. Na spekulacji dobrze wychodzą wcale nie spekulanci tylko banki i państwa.

A więc wolnym w kapitalizmie czyni cholerny fuks albo bycie bogatym z domu. Wolność i praca owszem, mogą iść w parze. I tak kiedyś będzie. Jednak pracowanie ciężej, żeby dać jeszcze więcej szefowi nie jest drogą do tego celu. 😉

Tekst ukazał się w 3 numerze A-Taku, wśród wielu bardzo wartościowych materiałów innych autorów.

Nie jesteś lepszy od prostytutki

Do ciebie mówię, twórczy pracowniku najemny, robotniku umysłowy. Pora sobie uświadomić, że praca kreatywna i praca seksualna to w gruncie rzeczy moralnie co najmniej to samo. Różnica tylko w komforcie, przy czym o ten sami dbamy, wytwarzając intelektualne anestetyki.

Elsa De Giorgi jako Signora Maggi – kurtyzana opowiadaczka w „Salo, albo 120 dniach Sodomy” P. P. Pasoliniego

Sprzedawanie miłości

Wyraz bliskości i przywiązania. Przejaw wolności w sferze, do której walec społeczeństwa ma ograniczony dostęp. Uwolnienie, dotknięcie absolutu, lub po prostu bezinteresowna zabawa. Taki jest seks nie sprzedawany. Taka jest twórczość nie sprzedawana.

Upust frustrowanym potrzebom. Wentyl bezpieczeństwa społeczeństwa pełnego ograniczeń. Wyraz patriarchalnej władzy i jej wzmocnienie. Akceptacja tego, co musi być. Obowiązek. Przymus ekonomiczny. Taka jest prostytucja. Taka jest najemna praca umysłowa.

Trzeba mieć warunki

Zastanówmy się skąd się bierze twórczość i seks. Jedno i drugie wymaga, by pociągał nas „obiekt” działania. Potrzebna jest też ochota i przynajmniej względna swoboda. Bez tej swobody w obrębie samego działania nie można mówić o tworzeniu.  Pod tym względem praca odtwórcza czy obsługowa wymaga mniej – ponieważ nie musisz czerpać ze swojej osobowości, wystarcza ci zewnętrzna motywacja. W seksie podobnie, działasz całą swoją osobą – nie tylko ciałem. Inaczej będzie to seks zły, nieprzyjemny dla ciebie i partnera.

Dlatego zarówno pracownik seksualny jak i pracownik twórczy muszą mieć ochotę. Ochota z czasem gaśnie. O ile wiem, większość pracowników seksualnych po jakimś czasie nie marzy już o niczym innym jak tylko o zmianie pracy. Pracownicy twórczy mają swoje sposoby na pobudzanie ochoty i redukcję obrzydzenia. W końcu zazwyczaj na tym właśnie, z tym że w odniesieniu do osób trzecich, polega ich praca. Typowe redukcje dysonansu poznawczego to kiedyś sam zostanę burdelmamą lub robię coś fajniejszego niż większość ludzi, ewentualnie jestem fajniejszy niż większość ludzi.

***

I jeszcze jedno podobieństwo. Prostytucja istnieje dlatego, że istnieją mechanizmy ucisku patriarchalnego, władzy i panowania. Jest ich przejawem. Nie byłoby jej gdyby nie one. Jednocześnie jest – w pewnej formie – także ich emblematem i przyczynia się do ich reprodukowania. Czy to trophy wives, czy dziewczyny z „klubu dżentelmena”, ich rolą jest demonstrować wyższość swoich aktualnych „posiadaczy”.

Nie inaczej jest w przypadku zawodów „twórczych”. Niektóre istnieją głównie po to, by zaspokajać próżność panów, inne – głównie po to, by umacniać panowanie. Reklamy, biurowce, systemy IT – są jednocześnie emblematami jak i narzędziami władzy, panowania i patriarchatu.

Oto są zasady, według których będziecie teraz żyli. Punktualnie o 6. rano stawiacie się w Sali Orgii, gdzie nasi narratorzy zabawią nas historiami na zadane tematy. Nasi przyjaciele mają prawo przerwać im w każdej chwili. Celem tych powieści jest wzbudzenie pożądania.

„Salo czyli 120 dni Sodomy”

Różnica jest w rozłożeniu akcentów: o ile „wartość dodana” prostytucji to przede wszystkim prywatna przyjemność pana, a po drugie wzmocnienie panowania, o tyle twórcza praca najemna – odwrotnie. Kto zatem ma większy powód do wstydu?

direct_action_gets_the_goods_by_poasterchild-d6h2exo

Akcja bezpośrednia – polecam z doświadczenia

No i straciłem dziewictwo – z teoretyka stałem się praktykiem czynu związkowego. I bardzo polecam. A było to tak.

direct_action_gets_the_goods_by_poasterchild-d6h2exoPewien pracownik pewnej agencji reklamowej odchodząc z firmy nie dostał tego, co mu się należało na podstawie ustnej klauzuli do umowy (umowa była kombinowana – trochę o pracę, trochę o dzieło, trochę na gębę). Wobec tego że był członkiem krakowskiej Komisji Środowiskowej Inicjatywy Pracowniczej, zwrócił się do niej o pomoc. Niedługo potem 10-osobowa grupa związkowców zawitała w biurze firmy i zażądała wypłaty należności. Przy okazji pozostali pracownicy firmy zostali poinformowani o przyczynie i celach akcji.

Szefowie próbowali nas wyprosić, ale oczywiście bez skutku. Na uwagę o legalności naszego działania stwierdzili tylko, że to komunizm. 🙂 Żądanie przedstawiliśmy na papierze, sygnalizując jednocześnie inne znane nam patologie występujące w tej firmie. Koniec, cała akcja trwała kilka minut.

Nie minął tydzień od tej niespodziewanej wizyty, kiedy nasz związkowiec odzyskał należności.

Akcja bezpośrednia działa. Przyzwyczaili nas do tego budowlańcy czy kierowcy autobusów, ale można było mieć wątpliwości, czy w środowisku, gdzie co drugi wyrobnik to „menadżer” będzie efektywna. Jak widać jest, niezależnie od branży. Dlatego już nie z cudzych, ale z własnych doświadczeń, zachęcam i namawiam:

ZUS, sąd pracy, PIP-a – to może się przydać, ale jest to bufor służący do tego, by zniechęcić „roszczeniowego” pracownika. Kumple i znajomi, a nawet nieznajomi koledzy ze związku – to jest realna siła, która szybko załatwia temat i przy okazji daje fantastyczny zastrzyk energii psychicznej, co ma niebagatelne znaczenie w sytuacji źle traktowanego pracownika.

A tu krótkie wideo hiszpańskiego CNT, pokazuje, co i jak działa:

A skoro już namawiam, to jeszcze kilka porad:

  • W grupie przeprowadzającej akcję nie powinni znajdować się pracownicy zakładu, ze względu na spodziewane konsekwencje. Dlatego też jest to idealne działanie dla komisji środowiskowych. Warto też zapraszać na akcje kolegów z innych branż. Choćby ze względu na różnorodny wygląd, który też będzie robił wrażenie na przeciwniku.
  • Nie dajcie się wyprosić, ani zbić z tropu. Wizyta związkowa w zakładzie jest legalna. Warto przygotować sobie tezy do wygłoszenia prezesom, a ostateczności, przeczytać je z pisma.
  • Nie przedłużajcie wizyty. Musi być szybko i dynamicznie, tak, żeby zostawić drugą stronę z gębami rozdziawionymi ze zdziwienia.
  • Zadbajcie o nagłośnienie sprawy. Ta konkretna sprawa nie zostałaby tak szybko załatwiona gdyby nie rysy na wizerunku firmy – wpis na blogu Komisji, czy posty w różnych miejscach Facebooka. Zaproście media. Weźcie lustrzankę (poważniej wygląda) i róbcie zdjęcia.
  • Należy przygotować materiały: ulotkę dla pracowników, pismo do kierownictwa. W piśmie wyraźnie zaznaczyć, że brak poprawy „pracodawcy” będzie skutkował eskalacją konfliktu.
  • Musicie być gotowi na ww. eskalację.

Ta ostatnia rada może być trudna, ale logika konfliktu ją wymusza. Ostatecznie, jeśli „pracodawca” nie ugnie się pod pierwszym „uderzeniem”, a my nie będziemy mieli woli dalszych działań, cała impreza okaże się bez sensu. Równie dobrze poszkodowany pracownik sam mógłby grzecznie prosić. Formy eskalacji można przyjąć różne, legalne też 😉 – wszystko zależy od tego, co jesteśmy w stanie zrobić dobrze (czyli skutecznie) i szybko.

PRAWDA o porządkach w stadninie w Janowie

Fot. „zaciągnięta” z bloga Negatyw/Pozytyw Magdaleny Wanat. Napis znajduje się w Krakowie przy ul. św. Wawrzyńca.

Od stuleci stadnina w Janowie służyła jednemu celowi: rozpłodowi arabów (celowo piszę małą literą) na polskiej ziemi. Jak wiadomo, „założona w 1817 roku po kongresie wiedeńskim na wniosek Rady Administracyjnej Królestwa Kongresowego Polski za zgodą cara Aleksandra I”. Jej powstanie było więc decyzją polityczną państw zaborczych, a zwłaszcza Rosji. Nie tylko rusyfikacja, ale i arabizacja miała służyć wynaradawianiu Naszego kraju.

Młoda polska demokracja i młody polski autorytaryzm lat międzywojennych nie mogły uporać się z tym problemem. Władze PRL – co oczywiste – nie chciały. Dlaczego po 1989 aż dotąd tolerowaliśmy u siebie raj dla arabów, jest chyba oczywiste: „polskim” rządom nie zależało na zlikwidowaniu zagrożenia obcą rasą.

Aż do dziś w Janowie mieszka sobie ok. 300 arabów. I to jak! Polacy są ich służącymi! Karmią, czyszczą, a nawet dbają o to, by ten obcy rasowo element mógł się do woli wybiegać. Wszystko za nasze podatki.

Dlatego każdy Patriota powinien się cieszyć, że nasz obecny rząd skierował do Janowa kogoś, kto rzeczywiście ma zadatki, żeby rozwalić tę wylęgarnię arabów!

Nie zawsze musi być poważnie.

Wydaję „Anarchię i chrześcijaństwo” J. Ellula

Tym wpisem pragnę przeprosić za dość długie milczenie ? i wynagrodzić… książką. Milczenie bowiem było wywołane po części tym, że zamiast przykładnie pisać blog ? wydaję książkę.

J. Ellul na zdjęciu Patricka Chasteneta

J. Ellul na zdjęciu Patricka Chasteneta

Nie, to nic wielkiego ? będzie ze 130 stron kieszonkowego formatu B6. „Anarchia i chrześcijaństwo” francuskiego socjologa, teologa i anarchisty, Jacquesa Ellula. Pokazuje ona że można ? choć nie jest to jedyna możliwa droga ? łączyć anarchistyczną praxis z wiarą w Chrystusa. Nie będę jej tu zachwalał, bo robię to gdzie indziej (zapraszam do zamówień i wsparcia), skupię się dzisiaj na swojej czytelniczo-wydawniczej przygodzie.

Mijają 3 lata odkąd książka wpadła mi w ręce. Stało się to we właściwym momencie. Kiedy dojrzałem do politycznego samookreślenia, wśród różnych dylematów miałem i ten: czy można wyznawać chrześcijaństwo i polityczny anarchizm? Podobnie, jak Ellul, zastanawiałem się, ?czy ostatecznie nie zostanę po prostu schizofrenikiem?. Wówczas natrafiłem na angielski przekład (a właściwie parafrazę) ?Anarchii i chrześcijaństwa?. Dowiedziałem się, że nie jestem osamotniony, i nawet jako schizofrenik mogę mieć niezłe towarzystwo. Ellul był bowiem cenionym naukowcem (jakże chętnie sięgnąłbym po jego Propagandę, gdyby ktoś wydał ją po polsku) i reprezentantem wielkiego pokolenia myślicieli-aktywistów. To ważne, jeśli jest się dziwadłem do kwadratu ? wśród anarchistów-materialistów, wśród współwiernych-poddanych, w świecie codziennie pozbawianym wolności i wiary. Dlatego pomyślałem, że warto przybliżyć tę książeczkę innym użytkownikom polszczyzny. Być może jest wśród nich jeszcze trochę takich rarogów jak ja, którym egzystencji również ta lektura nieco ulży. Myśl wydania „Anarchii i chrześcijaństwa” po polsku pojawiła się u mnie niemal od razu po lekturze.

Okladka---Jacques-Ellul---Anarchia-i-chrzescijanstwo-v0.3

Okładka autorstwa Janiny Żylińskiej

Dlaczego akurat Ellul? Czemu nie zacząć chociażby od Dorothy Day, skoro sam za katolika się uważam (Czy słusznie? Wielu będzie odmiennego zdania) i nie pod każdą tezą Ellula mogę się podpisać. Otóż zaletą niniejszej książeczki jest jej objętość. Można ją było wydać pracując w wolnym czasie, w oparciu o dobrą wolę współpracowników-ochotników, i w dużej mierze własnym sumptem. Oczywiście, w kolejce czeka chociażby Vernard Eller i, rzecz jasna, Day, której piśmiennictwo jest tak bogate, że wymaga długotrwałych studiów (plan na emeryturę, jeśli jej dożyję). Dostępny po polsku jest i Lew Tołstoj, choć może warto by się pokusić o zbiór jego tekstów ?anarchochrześcijańskich?. Jeśli po wydaniu Ellula znajdą się chętni do wspólnej pracy ? można by stworzyć nawet serię wydawniczą.

Tu dochodzimy do kwestii przygody. Gdy prof. Antoni Szwed, którego poprosiłem o pomoc w przetłumaczeniu użytych w książce cytatów z Kierkegaarda, poprosił, bym napisał mu coś o sobie, odpowiedziałem: jestem nikim takim. Ludzie się dziwili, i momentami sam się dziwiłem, że tak ni stąd ni zowąd z „nikogo takiego” stałem się „animatorem”, jeśli nie „twórcą” kultury. Po prawdzie, nie powinno to dziwić nikogo: Jestem bowiem obarczony „etosem” i „misją”, ale też obdarzony ? jak każdy, wcale nie tylko inteligent ? popędem kreacji kulturowej, motywowanym „bo tak”.

No i poradziłem sobie, dzięki bardzo wielu osobom. Dziękuję pierwszej z dwóch tłumaczek, Justynie Gru, konsultantom Leszkowi Jańczukowi i Piotrowi Popiołkowi, oraz wymienionemu już prof. A. Szwedowi, Ewie Małopolskiej za korektę i krytyczne spojrzenie na literacką stronę tekstu, i oczywiście Maćkowi Hajokowi z Trojki, który otworzył tekstowi drogę do wydania. Półdarmo pracowały również druga tłumaczka, Aleksandra Dudra i ilustratorka Janina Żylińska. Dziękuję też ponad 60 osobom, które wsparły projekt. Wreszcie dziękuję żonie, Joannie, bez której miłości i wsparcia nie doprowadziłbym książki do wydania.

Wolnościowiec przeciwko aborcji

Motto:
„Powiedziałem, żeby mnie nawet nie wkurwiała, ma wyskrobać.”
– usłyszane w McDonaldzie

Wydaje się, że nie ma większej sprzeczności, jak wolnościowiec anti-choice. Jednak właśnie pojęcie – oraz instynktowne poczucie – wolności kłóci się – moim zdaniem – z dopuszczalnością aborcji.

Znany jest argument z ochrony ludzkiego życia. Mówi o nim Mehdi Hasan, lewicowiec i mahometanin, redaktor brytyjskiego „New Statesmana”. My, lewicowcy bronimy upośledzonych, bezbronnych, a któż jest bardziej bezbronny od zarodka? Szczegółowy, choć trochę napuszony wykład nt. filozoficznych, zw. ontologicznych aspektów tego podejścia, dał Błażej Skrzypulec w „Pressjach”. Mówiąc najkrócej, chodzi o potraktowanie nienarodzonego jako podmiotu, który ma swoje aspiracje i interesy.

Niby dość oczywiste, ale pojawiają się zagadnienie: Dość trudno zaakceptować, że ktoś (lub coś), kto (co) nie mówi, nie myśli, a nawet nie odczuwa, i podlega całkowicie decyzjom innych osób, może być podmiotem. Mówić można o potencjalnym podmiocie, ale aktualnym – kłóci się to z doświadczeniem i z praktyką dyskursu, w którym wszyscy uczestnicy chcą decydować za tego kogoś (coś). Zaakceptowanie podmiotowości i – siłą rzeczy – osobowości ludzkiego płodu niosłoby w zasadzie koniec dyskusji nad aborcją: Nikt normalny raczej nie zdecydowałby się zabić kogoś z pełną świadomością, że to drugi człowiek, nawet za cenę głębokiej zmiany fizycznej, życiowej, porzucenia aspiracji, o czym mówią zwolennicy opcji „pro-choice„. Nikt świadomie nie zrobi z siebie „matki Madzi z Sosnowca”.

Z czego dokładnie wynika ta odmowa podmiotowości płodu? Odpowiedź na to pytanie jest kluczowa dla zrozumienia, dlaczego dopuszczanie aborcji jest błędem. Otóż otwarcie przyznaje się, że organizm taki nie jest człowiekiem, gdyż nie spełnia pewnych funkcji. Zazwyczaj mowa o kognitywnych, ale w grę wchodzą też fizjologiczne, jak choćby reaktywność emocjonalna.

Przyjmując, że na miano człowieka jednostka zasługuje dopiero zyskawszy pewną funkcjonalność, nie różnimy się niczym od kapitalistów: niesprawny pracownik, konsument bez kasy, ślepy odbiorca reklamy – wszyscy w logice kapitalizmu są bezwartościowi. Ludzie głęboko upośledzeni, trwale przykuci do łóżek, dzieci nie rokujące nadziei na samodzielne życie – stanowią obciążenie i dla najbliższych, i dla całego społeczeństwa. Idąc tropem funkcjonalistycznym, może kiedyś dojdziemy do tego, że na miano człowieka będzie zasługiwał ktoś kto umie mówić, a może czytać i pisać, a może ma dochody na określonym poziomie i odpowiednio dużo konsumuje.

Wolnościowca musi przerażać łatwość, z jaką przyjmuje się arbitralne rozstrzygnięcia gremiów lekarskich co do tego, od którego tygodnia – albo od jakiej funkcji – zaczyna się człowiek. Cedowanie odpowiedzialności za życiowe rozstrzygnięcia na szersze lub węższe przekupne kliki, bynajmniej nie stanowi dążenia do wolności. Jest to raczej „ucieczka od wolności”. Ku komfortowi (komfort naruszają wizje „wyskrobanych” płodów – co bardziej człekokształtne. Ciało zabitego „wykształconego” płodu to nie to samo co „grudka komórek”. Zupełnie tak, jak byśmy nie jadali koników – przyjaciół człowieka, ale świnki to i owszem). Wydaje mi się, że jest to wcale nie najmniejszy aspekt całej sprawy. Chodzi o właściwe, pełne pojęcie stanu, do jakiego dążymy: Czy rzeczywiście chcemy wolności? Czy rzeczywiście chcemy mieć własny pogląd o człowieczeństwie (lub nie) drugiej istoty?

 

Pozostaje jeszcze kwestia społeczno-ekonomiczna. Oczywiście, są przypadki, w których pojawienie się dziecka, szczególnie upośledzonego, jest socjoekonomiczną katastrofą. Problem polega na tym, że wyznaczenie cezury takiej katastrofy jest równie niemożliwe, jak wyznaczenie cezury człowieczeństwa płodu. Dla jednej to zrezygnować z chleba co drugi dzień, dla innej – z pracy, dla kolejnej – z wycieczki dookoła świata. Po prawdzie, często chodzi o utrzymanie stylu życia, wypisanego na kamiennych tablicach przez kapłanów kapitalizmu, na chwałę patriarchatu, z korzyścią dla tych, którzy lubią sobie pochędożyć, ale nie lubią brać odpowiedzialności. W Wielkiej Brytanii 2 razy więcej kobiet niż mężczyzn jest za ograniczeniem prawa do aborcji. W Polsce mówi kark do karka: „Powiedziałem, żeby mnie nawet nie wkurwiała, ma wyskrobać.”

Współcześnie wychowanie dziecka, szczególnie upośledzonego, wymaga zaangażowania całego społeczeństwa, a więc odpływu sporych kwot z systemu „swobodnej wymiany rynkowej”. Wymaga też zmian ludzkich postaw z indywidualistycznych w altruistyczne, solidarnościowe. Dopuszczając aborcję potwierdzamy wizję człowieka wymagającego bata, skoncentrowanego na własnym interesie, i „wojny wszystkich ze wszystkimi”. Czy to jest lewicowe?

Zresztą, o ile społeczeństwo faktycznie jakoś tam realizuje zasadę solidarności, można ciążę donosić, a dziecko oddać. Oczywiście, wiąże się to z ciężkim przeżyciem, niewyobrażalnym (zwłaszcza dla mnie – mężczyzny), ale jeśli na drugiej szali położy się ludzkie życie, trudno o wątpliwości.

Jedyny aspekt prawa do aborcji, którego nie śmiem poruszać, to kwestia ciąży w wyniku gwałtu. Co  się wtedy czuje i o co tak naprawdę w tej sytuacji chodzi, mogą wiedzieć jedynie zgwałcone.

Niniejszy tekst, w nieco innej wersji, stanowi też mój debiut na Lewicy Chrześcijańskiej.

Na zlecenie barbarzyńcy

Ten wpis będzie krótki, bo mało mam czasu – wyjeżdżam. Zobaczyć m.in. mauzoleum Teodoryka, króla Gotów, który podbił Cesarstwo Zachodnie. Barbarzyńca zechciał, by jego grób stworzyli najprzedniejsi „inteligenci” jego czasów.

Mauzoleum Teodoryka. Fot. moja. Lic. CC, za podaniem źródła.

Mauzoleum Teodoryka. Fot. moja. Lic. CC, za podaniem źródła.

Literaci i filozofowie wymyślili symbolikę. Plastycy („arci”, mówiąc współcześnie) opracowali zdobienia. Kopuła – wykonana z jednego bloku kamienia – do dziś stanowi zadziwiający przejaw geniuszu inżynierii, a także organizacji pracy („zarządzania”, mówiąc współcześnie, czyli bardziej hierarchicznie). Słowem, inteligenci się napracowali. Wzięli zlecenie od prostaka-barbarzyńcy. Jak i my dzisiaj. Do porównań skłania szczególnie kształt kopuły grobowca – bardzo przypominający…

 

image

Fot. za: Hektorka, ttaakk.pinger.pl

…wieczko od lodów Koral.

To wieczko będzie świadczyć o naszym kunszcie jeszcze przez setki lat. Kto wie, czy nie przeżyje raweńskiego mauzoleum. Będzie też świadczyć o postawach współczesnych barbarzyńców i współczesnych inteligentów.

Koledzy z agencji reklamowej cieszą się z obsługi wielkiej galerii handlowej. Wygrali „mocno obstawiony” przetarg i trudno im odmawiać zawodowej dumy, mimo, że inwestycja, którą będą promować, ma niszczycielski wpływ na swoją okolicę. Gdyby dostali obsługę Coca-Coli sytuacja byłaby podobna – duma proporcjonalna do niesmaku, jaki musi wywoływać działalność globalnej korporacji.

Ja sam mam właśnie przerwę w pisaniu artykułu o serze. Staram się, to jasne, by tekst był napisany pięknie a prosto. I pewnie będę zadowolony z efektu, i z własnego profesjonalizmu (mój barbarzyńca raczej nie przeszkadza w pracy). Czy jednak istotnie będę miał powód? Moja „perełka content marketingu” będzie miała wartość wieczka od lodów. A nawet podobne przeznaczenie.

Barbarzyńca Teodoryk był chciwy i żądny władzy zapewne nie mniej niż panowie Koralowie, a pewnie i bardziej. Dlaczego budowle i pomniki wzniesione przez tych drugich nie zachwycą ani współczesnych, ani potomnych? Myślę że powody są następujące:

Nie zawstydzamy barbarzyńcy. Teodoryk, choć potężny, musiał mieć kompleks niższości względem łacińskich „inteligentów”. Na ich pozycję pracowały wieki przewagi cywilizacyjnej. Na naszą – pracujemy my i nam podobni. Już dawno powinniśmy byli pokazać kacykom biznesu te lata świetlne, które powinny nas od nich oddzielać. Odmowa wykonania pracy, która nie ma waloru etycznego, powinna być i środkiem, i celem tego oddalenia. Oczywiście, będzie trudno. Dopóki nie jesteśmy dość solidarni, by choćby nie godzić się na wielokrotnie zaniżone stawki, i dopóki nie przestaniemy dążyć do zrównania się z kacykami (to oni nas zawstydzają), dopóty oni nie będą dążyć ku nam. Nie będziemy twórczą inteligencją, z ważną funkcją społeczną, ale dodatkowym kosztem, wrzodem na ciele społeczeństwa. Do zmiany należałoby jednak odzyskać tożsamość, godność i etos naszej grupy.