Archiwa kategorii: Człowiek w gospodarce

Pokolenie Korybutów

?…życzą sobie de sanguine gentis i mówią: ?Niewiele by nam trzeba szukać króla, mamy go między sobą. Wspomniawszy na cnotę i poczciwość i przeciwko ojczyźnie wielkie merita księcia ś. pamięci Hieremiego Wiśniowieckiego, słuszna by rzecz zawdzięczyć to jego posteritati. Owo jest książę JMość Michał; czemuż go nie mamy mianować? Alboż nie z dawna wielkich książąt familiej? Alboż nie godzien korony??

Że w elekcji 1669 wybiorą ?Piasta? ? wynikało z przyczyn, które można by nazwać obiektywnymi. Ale za kandydaturą Michała Wiśniowieckiego przemawiał właściwie tylko jeden argument ? osoba ojca. Dziś, po 25 latach ?wolności?, w polskich przedsiębiorstwach na stolce wstępuje całe pokolenie synów swoich ojców.

Ojciec, owszem. Powiększył rodzinne włości, stosując sądowe procesy, akcje militarne, czy ? jak w sporze z Koniecpolskim ? zbrojno-polityczny szantaż. Słowem, biznesmen, jak się patrzy, taki, co sieje, gdzie nie orał, zbiera, gdzie nie posiał. Ze zdobytych zasobów umiał zrobić użytek, bo faktycznie wiśniowiecczyzna stała się pod kniaziem Jeremim polem bezprzykładnej akcji kolonizacyjnej.

Wreszcie, pokazał, jak radzić sobie z buntem: Umiejętne manewry i bitwy w wojnie z Kozakami, przysłowiowa wręcz bezwzględność wobec Czerni. Sądzę, że A., który w swojej fabryce w kilku starciach rozbroił związkowców, a następnie wziął się za systematyczne zwolnienia robotników, by zatrudnić ich przez agencję pracy, mógłby portret Jeremiego powiesić w gabinecie.

Tak, starszy Wiśniowiecki, ze swoją niespożytą energią i brawurą, ale też okrucieństwem i warcholstwem mógłby być symbolem pierwszego pokolenia polskich biznesmenów po 1989 r.: rzutkich, upartych, bezwzględnych i pysznych. A jaka jest kolejna generacja?

Daniel Schultz młodszy, Michał Korybut Wiśniowiecki

Daniel Schultz młodszy, Michał Korybut Wiśniowiecki. A jak wygląda Twój dziedzic?

Michał Korybut otrzymał ? mimo upadku ojcowskiej fortuny ? okazję do wysokiego i wszechstronnego wykształcenia. Czy skorzystał? Używał łaciny i francuszczyzny, potrafił też nieco po włosku. Nic więcej o jego wiedzy nie wiemy, jednak świadkowie epoki i rzucone tu i ówdzie wzmianki sugerują, że nie miał wiele w głowie. Praktykę polityczną znał nieźle, ale obycia na dworach nie potrafił wykorzystać. Wstąpił na tron w bardzo trudnej sytuacji, co jednak nie usprawiedliwia chwiejnej, widocznie nie ugruntowanej polityki tak wewnętrznej, jak zewnętrznej, ani tym bardziej bierności, wielotygodniowych przestojów w sprawowaniu funkcji. Być może dojrzałby do roli, gdyby nie przedwczesna śmierć, ale przyjąwszy koronę ? tak jak prezesurę ? trzeba działać tu i teraz. Królem był kiepskim.

Czy jest współczesna analogia? Dzisiejsze księstewka są dziedziczne, nie elekcyjne. Jednak wymianie pokoleń towarzyszy ? jak i A.D. 1669 r. ? entuzjazm opinii publicznej. Entuzjazm ? obawiam się ? zupełnie nie uzasadniony. Poznałem kilku dziedziców, i muszę powiedzieć, że nie dorastają do pięt Michałowi Korybutowi. Znajomość linguae Francae, umiejętność rachowania i podtrzymywania rozmowy (do pewnego poziomu, pamiętacie Klimta?) to wszystkie pozytywy, które z nim dzielą. Wspólne negatywy mają trochę większy ciężar gatunkowy: Niezrozumienie uwarunkowań w jakich działają, brak wizji, niezdecydowanie, lenistwo, brak zaufania do współpracowników.

Wszystko to każe myśleć o polskich firmach w najbliższych latach w kategoriach kryzysu ? abstrahując zupełnie od wskaźników liczbowych, patrząc na dynamikę biznesu i tępe twarze z drugich stron folderów ?o firmie?. Wysokie koszty konkurencji, spóźnione innowacje, oddanie rynku.

Zapyta ktoś, parafrazując kwestie z ?Wyzwolenia? – ?My Czerń?. Co nas obchodzi, ?że ICH synowie zburzą, co ONI budowali?? Otóż przypomnieć sobie należy, że to nie do końca oni, ale myśmy budowali. A ICH ruina będzie również ruiną naszą. A mówiąc bardziej praktycznie ? warto pomyśleć o swojej przyszłości w gospodarce położonej przez jaśnie państwa.

Syndrom sztokholmski

Kolejna afera taśmowa nie wstrząśnie rządem. Fabrykant P. nie wystraszy się związkowców, ale systematycznie ich pozwalnia i przerzuci się na agencje pracy czasowej. Co łączy te nie-wydarzenia? Dlaczego łączy? I czy można coś z tym robić?

W zeszły wtorek Inicjatywa Pracownicza pikietowała przed sklepem Aelii na lotnisku w Balicach w obronie bezprawnie zwolnionej pracownicy. Pikieta została przerwana przez straż lotniska, NA WNIOSEK PRACOWNICY SKLEPU. Chciałoby się powiedzieć: durna dziewucho, po której jesteś stronie? Tak lubisz za półdarmo ? jak mówi pan minister ? robić im laskę?

Niestety, durna i chętna okazuje się większość społeczeństwa, wraz z jego mechanizmami. Bardzo zbliżona do „taśm ‚Wprost'” scenariuszem i meritum afera Rywina doprowadziła do zasadniczej zmiany w systemie partyjnym (co oczywiście nie jest równoznaczne z zasadniczą zmianą w ogóle). „Taśmy Beger” ? właściwie to samo, tylko parę lat później ? były przyczyną zmian personalnych w rządzie. Afera taśmowa A.D. 2014 skończy się na kilku demonstracjach zorganizowanych przez partie następne w kolejce do koryta (jak było i w przypadku „taśm prawdy”) oraz serii memów internetowych.

Dlaczego? Degrengolada „elit”, począwszy mniej-więcej od prowokacji bydgoskiej, postępuje w parze z obezwładnieniem „mas”. Oni są coraz bardziej bezczelni, w miarę jak my – coraz bardziej bierni. I odwrotnie.

Popatrzmy na inny przykład: „Walki związkowe” w zakładzie P. Działacze tłumaczą robotnikom: Danej akcji się nie da przeprowadzić, inna byłaby nielegalna, pikieta pod zakładem dla czegoś nie wyszła. Z żądań płacowych i postulatu ludzkiej organizacji pracy związek (ten w cudzysłowie i dużą literą) przeszedł do żądania tablicy ogłoszeń. Za cenę głów kilku porządnych gości, zmuszonych do odejścia. Tymczasem grupami po kilkanaście-kilkadziesiąt osób zwalnia się pracowników etatowych i rozszerza współpracę z agencjami pracy tymczasowej. Czyli nadbudowa na oddolnym ruchu zrobiła swoje, zupełnie jak w skali ogólnokrajowej robi od lat 80: przejąć inicjatywę, skanalizować, rozbroić, przekonać że to dla naszego dobra. Efekt – zniechęcenie robotników prowadzi do pogorszenia ich sytuacji, nawet w porównaniu ze stanem sprzed założenia związku. Przy akompaniamencie skomleń związkowców, że nie chcą się wtrącać w zarządzanie (to w co, do cholery?). Robotnicy już nie pisną.

Czy rzeczywiście te trzy sytuacje są symptomami jednego zjawiska? Może syndromu sztokholmskiego. Mówią, że jest on mechanizmem obronnym. Jak pisze psycholog, Anna Błoch-Gnych, „by zaistniał, muszą wystąpić określone warunki. Ofiara:

  • spostrzega, że jej przeżycie zależy od dobrej woli sprawcy;
  • nie widzi możliwości ucieczki;
  • dostrzega drobne uprzejmości ze strony sprawcy;
  • jest izolowana od perspektyw odmiennych od perspektywy sprawcy.”

Proste? Proste. Syndrom sztokholmski mamy nie tylko w terroryźmie prywatnym (jak napady na banki, przemoc domowa), ale też „publicznym” (jak napady banków, przemoc władzy politycznej). Zależność od dobrej woli sprawcy – mamy we wszystkich trzech przytoczonych przypadkach. Niedostrzeganie alternatyw – a jakże. Drobne uprzejmości ze strony sprawcy – no cóż, dziewczyna z Aelii w ogóle ma pracę, społeczeństwo ma igrzyska i trochę chleba, robotnicy u P. dostali w końcu tablicę. Izolowanie od perspektyw odmiennych? Otwórz podręcznik historii, włącz telewizor.

Psycholog radzi: „Żeby wyjść ze związku, w którym rozwinął się syndrom sztokholmski, ważne jest wsparcie i pomoc najbliższych. Należy podkreślać, że ofiara może liczyć na naszą pomoc, że ją kochamy i zawsze staniemy po jej stronie. Nie należy wywierać zbyt dużej presji, potępiać lub oceniać.” Zaiste, trudna rada ? przyznać, że może ta dziewczyna z Aelii niekoniecznie jest durna. Kiedy ma się ochotę tego czy owego sprać po pupie, przypomina się, że rewolucja ma się zacząć w nas.

Mojej córce zagraża gender

Tak. Powtarzam, mojej córce zagraża gender. Element cywilizacji śmierci. Oczywiście, to istniało zawsze, ale jako ojciec odnoszę wrażenie, że ostatnio gender panoszy się coraz bardziej. Jak się okazuje, jest na to dowód.

Rozwiejmy najpierw wątpliwości definicyjne. Genderów jest trochę, jeden naprawdę groźny: To diabelska ideologia, narzucająca obraz świata, w którym sztywno określone role płci są jasne: chłopcy mają korzystać z dziewczynek. Wielu wydaje się, że to ten drugi gender, ten o którym mówią biskupi, bardziej się rozwija, ba ? narzuca się nam. Może tak było. Ale popatrzcie, co kultura ? usłużna nałożnica systemu ? serwuje dzisiejszym dzieciom i młodzieży.

Reklama Lego z 1981 r.

Rzeczona reklama Lego z 1981 r.

Kilka tygodni temu dotarło do mnie echo dyskusji o stereotypizacji płciowej zabawek ? na przykładzie Lego. Pretekstem było porównanie amerykańskiej reklamy klocków z 1981 r. do obecnych produktów firmy dedykowanych dziewczynkom ? Lego Friends. Rzeczywiście, różnica jest uderzająca. W niegdysiejszej reklamie występuje dziewczynka jako dziecko, a przekaz ? kierowany do rodziców ? podkreśla dziecięcą kreatywność. Zero różu. Tymczasem reklamy Lego Friends są arcyróżowe, i opowiadają bynajmniej nie o konstruowaniu ? a o kuchni, salonie piękności i spotkaniach z przyjaciółkami.

Diabeł tkwi w ludzikach

Tak, to przykre ? powie ktoś ? tylko czy aby na pewno to gender? Chłopięce światy Lego również nie są przedstawiane zbyt konstruktywnie ? dwugłowe potwory, kilka linii licencyjnych, pozwalających na odtworzenie cudzych kreacji itd., itp. To oczywiście prawda. Chłopcom również obniża się wysiłkowy ?próg wejścia?. Ale ? po pierwsze ? stereotyp płci w przypadku Lego Friends ułatwia znacznie bardziej, a po drugie ? ludziki ?dziewczyńskie? są zupełnie niekompatybilne z ludzikami z pozostałych linii Lego. Oznacza to oczywiście nie tylko, że Lego Friends są tylko dla dziewczyn, ale ? pośrednio ? że wszystkie inne światy Lego ? są tylko dla chłopców.

Złe Lego, jak tak można? Odpowiada Martin Lindstrom, znany w świecie marketingowiec, który pracował m.in. w Lego. W na ogół smutnej książce o marketingu do dzieci i młodzieży pt. ?Dziecko reklamy? wzmiankuje, że duńskie klocki w całej swej historii nie sprzedawały się dobrze dziewczynkom. Dopiero wprowadzenie linii Bellville, o różowej kolorystyce i tekstylnych elementach (niekompatybilne ludziki były już wcześniej), pozwoliło producentowi na szersze dotarcie do tego rynku.

Popyt spotkał się z podażą. Trudno spodziewać się po kapitaliście, że będzie sumieniem rodziców i wychowawców. Znamienne również, że w odróżnieniu od roku 1981, dziś nie uświadczysz reklam Lego zwracających się do opiekunów. Praktyczny wniosek wysnuć można taki: Stereotypizacja płci idzie pod rękę z konsumpcją, jest ułatwieniem w procesie pozbawiania jednostki jej wewnętrznych właściwości, a co za tym idzie, uwalniania jej siły produkcyjnej i nabywczej. Występuje tu pozytywne sprzężenie zwrotne, które przerwać może rodzic. Jeżeli chce.

Trzeba, trzeba

Breast Preparing For Capitalism, źr.: Subvertising in Peru, http://picssr.com/photos/subvertising_in_peru/page2

Breast Preparing For Capitalism, źr.: Subvertising in Peru, http://picssr.com/photos/subvertising_in_peru/page2

Na kolejnym etapie życia dziecka ? kolejny etap wtłaczania w seksistowskie normy. Kiedy nastolatki poszukują swojej tożsamości, rozglądają lękliwie za wskaźnikami odpowiedniości, panująca kultura sprzedaje im gender: ilościowe (bo jakie inne w kapitalizmie) wskaźniki atrakcyjności seksualnej. Dziewczynka warta jest tyle, ile interesuje chłopców. No i mamy, ?że seks to paskudztwo [?] ale trzeba wykonywać te czynności dla lanserki? (seksuolog Wiesław Sokoluk w „Polityce” nr 10/2014). Strach posyłać dziecko do gimnazjum, bo się uspołeczni ? urynkowi.

Nie chodzi o rodzenie dzieci ? matki są na ogół racjonalne i wiedzą co to godność. Chodzi o konsumpcję tego wszystkiego co można tanio wyprodukować i drogo sprzedać ? lajfstajlu. A kiedy już przebrnie ta dziewczyna przez ?proces socjalizacji?, zrozumie spiżowe prawa społeczeństwa naśladującego rynek, nie będzie się dziwić, że zarabia 1/4 mniej niż koledzy z siusiakami. Taki jest determinowany genderem ludzki-kobiecy los. Ku chwale wzrostu gospodarczego.

Śpij spokojnie córciu, może będzie rewolucja.

Inteligent na tropie, albo śmierć czwartej władzy widziana z bliska

W styczniu władze Krakowskiego Parku Technologicznego, czyli tutejszej specjalnej strefy ekonomicznej, ogłosiły zawarcie pierwszej w tym roku umowy o udzielenie pomocy publicznej inwestycji. Inwestorem jest Bahlsen Polska, nadwiślańska filia niemieckiego koncernu ciastkarskiego. Media obiegła notatka PAP, informująca, ile przedsiębiorstwo zainwestuje i ile „stworzy” miejsc pracy. Żadne z mediów nie sprawdziło, ile też przedsiębiorstwo otrzyma w związku z tym pomocy publicznej.

Media nie po raz pierwszy oczywiście mnie zawiodły. Postanowiłem sam to sprawdzić, upewniając się jednocześnie w Fundacji Stańczyka, że wartość pomocy publicznej dla prywatnego przedsiębiorstwa jest informacją publiczną (jakże by nie). Na wniosek o udostępnienie informacji biuro KPT nawet nie raczyło odpowiedzieć – niniejszym skarżę się przed tobą, czytelniku na „bezczynność organu”, do sądu nie pójdę. Lepiej zareagowała firma, dzięki swojej rzeczniczce, p. Agnieszce Prusaczyk, która nawiązała ze mną krótką korespondencję. Cóż jednak z tego, skoro i uprzejma funkcjonariuszka stwierdziła, że jej firma „nie może” odpowiedzieć na moje pytanie. Nie odpowiedziała też, co stoi na przeszkodzie dobrze zarządzanemu (zdawałoby się) przedsiębiorstwu takiej odpowiedzi udzielić.

Pomoc publiczna jak należało się spodziewać

Niemniej naprowadziła mnie na ogólne zasady udzielania pomocy publicznej inwestycjom w KPT. Wynika z nich, że Bahlsen otrzyma zwrot podatku w wysokości 50% poniesionych nakładów. Czyli 16 mln zł. Nie mówiąc o korzyściach z uzbrojenia terenu, czy wsparcia administracyjnego. Będzie z tego 30 nowych miejsc pracy. Czyli państwo dopłaci do każdego z tych stanowisk ponad 530 tys. zł. To tak, jak by płaciło każdemu tam zatrudnionemu średnie pensje przez 10,5 roku. Tymczasem jeżeli ty, czytelniku, zechcesz założyć lub rozwinąć własną działalność gospodarczą, możesz liczyć (ale oczywiście nie masz pewności, w odróżnieniu od Bahlsena) na parędziesiąt tysięcy ? 10-, 20-krotnie mniej.

Dlaczego nie dać 30 bezrobotnym po pół bańki, jeśli nie gotówką to w jakiejś inwestycji (bo może ktoś założy że są mniej racjonalni od urzędników i biznesmenów)? Dlaczego nie wybudować 45 mieszkań ludziom skowanym pokoleniowo nawarstwioną biedą (byłby zastrzyk dla gospodarki ? sektora budowlanego)? Itd., itp. ? nie chcę mnożyć tych pytań, odpowiedź jest aż nadto oczywista.

Takie informacje owszem, są gorszące, w dość jasny sposób pokazują prawdziwą naturę kapitalizmu, a jeśli nie chcemy jej dostrzegać ? przynajmniej ?błędy i wypaczenia?. Rzecz warta nagłaśniania, przyciągająca uwagę. I tu pojawia się bardziej intrygujące pytanie: dlaczego żaden dziennikarz o tę sprawę nie zapytał?

Może zapytał, ale nie otrzymał odpowiedzi? Cóż, na pewno nie zapytał w Bahlsenie, bo p. Prusaczyk nie kryła zdziwienia, dlaczego ktoś w ogóle miałby się tym interesować. Jak było w KPT ? nie wiem, bo moje pytanie trafiło w próżnię.

Gierkowskie dziennikarstwo

Jeśli przejdziemy się do biblioteki i przerzucimy dowolne roczniki prasy codziennej z lat ? powiedzmy ? 70. i 80. ? zobaczymy, że o ile mniej w ?Trybunie Ludu?, o tyle w gazetach regionalnych (które również były organami PZPR) o ?błędach i wypaczeniach? pisano dość często. Co się stało, że rolę kontroli społecznej lepiej spełniały gadzinówki, niż dużo bardziej wolna, pluralistyczna prasa współczesna?

Odpowiedź jest złożona i nie sądzę, bym wymienił wszystkie przyczyny ? kwestia wymaga złożonych studiów. Na pewno jednak:

Media jako kontroler zależą w większej mierze od czynników ekonomicznych, niż politycznych. Zmiany ostatniego ćwierćwiecza, także w ?starych? demokracjach polegały głównie na przerzuceniu większości kosztów funkcjonowania mediów z odbiorców na reklamodawców. O ile na początku tego procesu koszt gazety był w 60-80% pokryty przez cenę egzemplarzową, a w reszcie ? wpływami z reklam, o tyle dziś jest odwrotnie. Podobne przemiany dotykają nadawców publicznych, różnice są jedynie w skali, w zależności od modelu przyjętego w poszczególnych państwach. Oznacza to z jednej strony, że media wolą narazić się odbiorcom niż reklamodawcom (czego przejrzystym przykładem są stosunki mediów regionalnych z władzami samorządowymi). Z drugiej ? że praca dziennikarza jako istotny składnik kosztu mediów, tanieje pod presją wydawców. Dla opinii publicznej jest to podwójna strata, ponieważ jednocześnie rośnie liczba i stopień komplikacji informacji, którymi warto by było opisywać świat.

Nie mniej istotna jest sprawa etyki zawodowej dziennikarzy i etyki wydawców. Absolutyzacja mechanizmu rynkowego usypia sumienia: skoro jego tryby kręcą się w ustalony sposób, głupstwem jest działać im wbrew. Podobnie było w totalitaryzmach (zresztą zbieżność ich z liberalizmem wypunktowała już 70 lat temu S. Weil w ?Zakorzenieniu?). Wolno więc przypuszczać, że pod względem etyki indywidualnej opadliśmy mniej-więcej w rejony z czasów późnego Gierka ? skoro ówczesne gazety prezentują podobny bądź wyższy poziom rzetelności.

Ale tu trzeba się jeszcze zastanowić nad kolejną sprawą ? kwestią doboru i kształcenia dziennikarzy. Dla młodego człowieka, który dziś wybierze dziennikarstwo, los prekariacki jest niemal pewny. Zgodzić się nań można jedynie w akcie heroizmu, albo ? znacznie częściej ? w poczuciu że jakoś to będzie i zamiast dziennikarzem staniemy się jednym z ?media people? ? człowiekiem, który coś tam tworzy, czasem mignie twarzą czy nazwiskiem w mediach, ale przede wszystkim będzie mógł dobrze zarobić przy całkowicie komercyjnych projektach. Uniwersytety i szkoły zawodowe utwierdzają młodzież w tym poczuciu, hołdują mu i ? na ile mogą ? przygotowują do takiego właśnie zawodu (sam też maczam w tym place).

Chyba należy postawić krzyżyk na ?czwartej władzy?. Pytanie brzmi, czy w społeczeństwie wymagającym gruntownej specjalizacji, bez powszechnego treningu krytycznego myślenia, mamy szansę na tworzenie alternatywnych narzędzi skutecznej kontroli społecznej. Obawiam się, że nie w tym systemie politycznym.

Tekst ukazał się również na Nowych Peryferiach, które od dziś goszczą i mój blog.

Uzwiązkowienie: 2 przypadki

2 duże przedsiębiorstwa. Jedno, w którym nie udało się utworzyć związku, mimo wszelkich danych ?za?. Drugie, w którym nie jest tak źle i w którym powstanie związku było pewnym zaskoczeniem. Jakie czynniki uwarunkowały obie sytuacje?

A jest regionalną siecią sklepów spożywczych. Od kilku lat ? okresu nowej fali ekspansji dużych sieci ? walczyła z coraz trudniejszymi warunkami rynkowymi. Pierwotnie pozycjonowała się jako sklepy, w których warto wydać więcej: lepszy i świeższy towar, porządek, doradztwo i pomoc zawsze grzecznych, a niekiedy serdecznych pracowników. W zmieniającej się sytuacji zarząd firmy podjął szereg decyzji, w tym sporo błędnych. Jedną z nich były oszczędności na personelu sklepów. O ile początkowo pracownicy A byli jednymi z lepiej opłacanych w branży, o tyle po 2-3 latach ich warunki pracy i płacy zniżyły się do poziomu ?standardu? rynkowego: Formalne zatrudnienie w niepełnym wymiarze, upowszechnienie śmieciówek, redukcja stanowisk prowadząca do przeciążenia pracowników i faktyczny spadek wynagrodzeń o kilkanaście-kilkadziesiąt procent. W efekcie firma straciła jedną z podstawowych przewag konkurencyjnych ? personel nie dał rady ani utrzymywać porządku, ani uśmiechać się do klientów, a ci, co dobrze znali się na robocie ? odeszli.

Próby założenia związku przez pracowników spełzły na niczym. Trudność w pracy związkowej stanowiły rozproszenie zakładów (sklepy), formalny podział firmy na kilka spółek, ?samozatrudnienie? części pracowników. Oraz postawa większości: Nie będę zakładać związku, ale jak WY założycie, to przystąpię. Efektem niekorzystnych zmian w przedsiębiorstwie było przeprowadzone przez potentata przejęcie ? najprawdopodobniej wrogie (dowiemy się wkrótce, sprawa jest świeża). Może się wydawać, że takie wydarzenie będzie kubłem zimnej wody na głowy pracowników: Nowy właściciel pewnie pozamyka część sklepów, na pewno też zlikwiduje większą część ?backstage?u?, funkcjonalnie dublującą jego własne struktury. W dodatku obecny ? jeszcze ? zarząd nie będzie już zainteresowany w zwalczaniu związku, a nowy jeszcze nie nastał ? lepiej przywitać go ?z bronią gotową do strzału?. Mimo to, i mimo wsparcia z zewnątrz ze strony Inicjatywy Pracowniczej, pracownicy nie wykonują na razie żadnych gestów samoobrony. Szkoda ich będzie ? to grube kilkaset osób.

B to przedsiębiorstwo produkcyjne. Jeden z liderów swojej branży, grający (podobnie, jak swego czasu A) jakością, jeden z lepszych pracodawców w branży. Warunki płacy robotników przyzwoite (by nie powiedzieć ? dobre), jak na region. Ostatnio jednak warunki te zostały pogorszone: Wydłużono okres rozliczeniowy (dzięki sejmowemu porozumieniu ponad podziałami), zlikwidowano rozwiązania pozwalające osiągnąć wysokie wynagrodzenie w nadgodzinach, podniesiono normy, co spowodowało realny spadek ruchomych części wynagrodzeń. Nałożyły się na to błędy w organizacji pracy, których skutkiem bywa, że robotnik musi pracować cięgiem przez 2 tygodnie bez dnia przerwy. Robotnicy się sprzeciwili. Zaczęło się od spontanicznych przerw w pracy, a w niedługim czasie ukonstytuowała się organizacja związkowa, licząca na dzień dobry prawie 20% załogi produkcyjnej (liczbę ograniczył podobno brak przygotowanych deklaracji członkowskich). Co dalej ? nie wiadomo, związkowcy mówią o dialogu, przystąpili do ugodowej ?Solidarności?.

Dlaczego w A nawet nie drgnęło, a w B ? wybuchło? Przecież powinno być na odwrót, bo w A:

  • Pracownicy są znacznie bliżej ekonomicznego dna.
  • Osłabiona kontrola zarządu minimalizuje ryzyko dla działaczy związkowych.
  • Zmiana właściciela generuje poważną groźbę nie tylko dla warunków zatrudnienia, ale w ogóle dla zatrudnienia setek osób.
  • Z kolei w B, doszło ?tylko? do faktycznej obniżki wynagrodzeń, praca w weekendy już wcześniej była normą.

Odpowiedzi nasuwają mi się następujące:

  • Wysoka rotacja w A (także przerzucanie pracowników między zakładami) powoduje brak poczucia wspólnoty. Z kolei kilkuset pracowników gromadzących się w jednym miejscu widzi swoją siłę.
  • Czynnik ?dżenderowy?. W A pracują głównie kobiety, w B ? głównie mężczyźni. Kobiety są od cierpienia, mężczyźni ? od walki (tłumaczy to też, dlaczego w hipermarketach, w magazynach chłodniczych, a więc w warunkach trudnych i fizycznie wyczerpujących, nie uświadczysz chłopa ? nie za te pieniądze).
  • Poziom wyzysku wpływa na psychologię ofiar. Procentowo, realne wynagrodzenia spadły o podobny ułamek w obu przedsiębiorstwach. Jednak gdy chodzi o liczby bezwzględne, wynagrodzenia w A są niemal głodowe. Robotnik w B stracił sporo, ale nie boi się o egzystencję. Zmiany w A były kopniakiem w brzuch, po którym trudno się podnieść. Zmiany w B ? policzkiem, który piecze i woła o wyrównanie krzywdy.
  • W A zmiany były wprowadzane metodą salami, czyli plasterek po plasterku. W B ? nadeszły w ciągu parunastu tygodni.

Z pewnością są i inne przyczyny ? proszę o komentarze.

Opowieść wigilijna 2

Kończył się rok 2005. Rok boomu w nieruchomościach i wzrostu PKB. Dla mnie ? rok, w którym pierwszy raz byłem bezrobotny, i rok, w którym pracowałem na szaro. U Ebenezera Scrooge?a.

Ebenezer Scrooge w ilustracji Johna Leecha z pierwszego wydania "Opowieści wigilijnej"

Ebenezer Scrooge w ilustracji Johna Leecha z pierwszego wydania „Opowieści wigilijnej”

Scrooge miał jakieś 50?60 lat, twarz pociągłą, włosy siwe. Ilustrator pierwszego wydania ?Opowieści wigilijnej? odrysował go całkiem nieźle, z tym, że w rzeczywistości gość był wyższy i bardziej postawny. Jeździł zielonkawą Octavią w skórze (do dziś pozostała mi niechęć do skodziarzy). Jego kantorem była mała agencja reklamowa na Rakowicach, niedaleko cmentarza. Żaden z kilkorga pracowników nie był godziwie wynagradzany i chyba żaden nie miał etatu. Trudno stwierdzić to na pewno, ponieważ ludzie rzadko ze sobą rozmawiali. Przerwa na kawę, czy papierosa była traktowana niemal jak kradzież. Zresztą, jesienią było tak chłodno, że nikomu nie chciało się ruszyć.

Oczywiście, w takich warunkach trudno o dobre wyniki w reklamowym rzemiośle. Firma ledwie więc przędła, bazując głównie na handlu gadżetami i zleceniach od starych (jakże starych ? myślałem wówczas) kolegów Scrooge?a ze studiów.

Pracując na cały etat w obsłudze klienta, miałem 500 zł na umowie o dzieło i kolejne 300 w kopercie. Przystałem na te warunki jako jedyny żywiciel powiększającej się rodziny (szczęściem, mieszkaliśmy u rodziców). Przez 3 miesiące codziennie w drodze do i z pracy, a czasem do i od klientów, przemierzałem cmentarz, wspominając zmarłych niedawno przyjaciół i rozpamiętując własną niedolę.

Dzień wypłaty był dniem upokorzenia. Trzeba było wysłuchać tyrady Scrooge?a o tym, jakim się jest nieużytecznym pracownikiem i kosztorobem. Następnie usłyszeć ?no, dam ci te 500, co je masz na umowie?, a po takiej uwerturze dać występ na pełnej skali emocji ? od wzburzenia po pełną uległość ? argumentując, że te kolejne trzy stówki jednak się należą. Tym sposobem dochodziło się do kwoty 700 zł. Końcowym aktem pozostawał targ o ostatnie 100 zł, po czym wychodziło się z pokoju szefa z pękatą kopertą w zaciśniętej pięści.

Tak było na koniec października, i na koniec listopada. Pod koniec grudnia Scrooge przyniósł paczkę opłatków i butelkę ruskiego szampana. Życzyliśmy sobie zdrowia. Po tej miłej chwili, wszyscy rozeszli się do zajęć, a ja ? jak co miesiąc ? dyskutowałem z Ebenezerem zasadność mojego wynagrodzenia. Tym razem nie wypłacił mi tej ostatniej stówki.

Wracałem do domu w mokrych od błota butach, ze znanym już poczuciem upokorzenia, ale też z poczuciem że zawiodłem żonę. Wyznałem jej, że wypłata mniejsza, i pękłem. A ona ? w ciąży i też bez widoków na pracę ? powiedziała, żebym więcej do Scrooge?a nie szedł. Że nie warto, że jakoś sobie poradzimy.

Poszedłem jeszcze raz ? pousuwać bazy danych i inne efekty mojej pracy. Gdy następnego dnia nie pojawiłem się w kantorze, zadzwonił Scrooge. Nie spytał, co u mnie ? rozumiał doskonale. Interesowało go, gdzie są bazy danych. ? Chyba pan nie sądzi, że je panu zostawiłem ? odpowiedziałem. Również doskonale zrozumiał, powiedział ?do widzenia? i rozłączył się.

Dwa tygodnie później dostałem pracę w sporej firmie, na godziwych warunkach i zgodną z moimi kompetencjami.

Zgodnie z Dickensowskim wzorem, morał musi być. A więc: rodzina to nie tylko zobowiązanie, ale też wsparcie. ?Miłość jest silniejsza niż śmierć?, a co dopiero jeden czy drugi dupek-wyzyskiwacz.

Czy daleko jeszcze do ściany?

Trzy dni tryumfu biznesu nad rozumem i akcent nadziei kolejnego ranka. Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostaje na stołku. ?Internety wygrywa? afera prosiaczkowa. 15W08 dewastuje witrynę geszeftu byłego dziennikarza, a obecnie ?pana z telewizji? Piotra Najsztuba.

image3004Powiedziano, że stanowisko Hanna zawdzięcza bezwładowi milczącej większości. Jest to tylko część prawdy, ponieważ o bezwład też trzeba dbać. Bywa on przedmiotem troski propagandystów nie mniej niż stymulacja pożądanych zachowań. Współczesne teorie społecznego wpływu mediów, poczynając od Gerbnera w latach 70. skupiają się właśnie na tym zagadnieniu:

Teoria kultywacji wskazuje, że media prezentują poglądy mainstreamu, jednocześnie kreując nadreprezentację bodźców kierujących odbiorców w stronę konserwatyzmu. Obecnie rośnie zagadnienie indywidualizacji doboru przekazów do odbiorcy (choćby przez media społecznościowe), jednak jak dotąd badania empiryczne potwierdzają ogóle założenia tez Gerbnera.

Teoria spirali milczenia tłumaczy na podstawie przesłanek psychologicznych (lęk przed izolacją, błędy atrybucji) zanikanie opinii spoza głównego nurtu w dyskursie publicznym, ale i osobistym. Jej autorka, Isabelle Noelle-Neuman znała te mechanizmy z autopsji ? za młodu, w l. 30. była dziennikarką, stopniowo wsiąkając w mechanizm nazistowskiej propagandy.

Teoria agenda setting, czyli ustalania porządku dnia, jest też najbardziej obecnie powszechną praktyką komunikowania politycznego. W skrócie polega ona na tym, że media i politycy (lub ? jak w naszej codzienności ? politycy i media) ustalają, o czym będzie się mówić.

Zobaczmy, jak to wyglądało w praktyce. Media wraz z politykami przejęli temat oddolnej (w miarę, bo jednak akcji przewodził lokalny polityk) inicjatywy odwołania prezydent Warszawy i podały go na swój własny ? typowy ? sposób: w konwencji PO contra PiS. Jako, że część mediów jest PO-wska, a część PiS-owska, rozpoczęła się wewnątrzsystemowa epika na głosy, rugując kompletnie prawdę o pierwotnym, obywatelskim odruchu. Rację mają więc ci, którzy uważają, że to PO i przychylne jej media ponoszą odpowiedzialność za niedostateczną frekwencję w referendum. Rację mają także ci, którzy odpowiedzialność tę kładą na barki mediów pro-PiS-owskich i tego okropnego Kaczyńskiego. Kreując pozorny spór, obie niby-frakcje poparły status quo, prawdopodobnie świadome (także te opozycyjne), że w ten sposób pozwolą HGW pozostać przy władzy. Zupełnie jak by chciały dać kliniczny obraz działania teorii kultywacji, spirali milczenia i agenda setting w jednej pigułce.

Kolejny dzień po głosowaniu przynosi ?aferę prosiaczkową? ? sieć hurtowni samoobsługowych wprowadza do sprzedaży pakowane próżniowo w całości prosiaczki. Wywołuje to powszechne zgorszenie ? biedne prosiaczki. Takie same prosiaczki, tyle, że pokawałkowane, widujemy na billboardach, w sklepach, na własnych talerzach. Nie pamiętamy wtedy, że w potwornych warunkach hodujemy i przemysłowo zabijamy zwierzęta. Dopiero prosiaczek wyglądający na mniej zabitego wywołuje w nas oburzenie, ale zupełnie bez refleksji systemowej. (Studium tego przypadku szczegółowo opisał i nieźle skomentował Antyweb). Tak, jak byśmy konsumowali media (bo przecież gdyby nie one, nie wiedzielibyśmy o prosiaczkach w hurtowni) nie używając przy tym rozumu.

W istocie, tak jest. Media podają nam treści i formy wywołujące emocje, ale nie wywołujące refleksji. Skutkiem tego, petryfikują one zastany (nie)porządek społeczny. Dlatego ?głupienie? mediów, na które my, inteligenci tak lubimy pomstować, stanowi wynik nie tylko owczego pędu, ale i przemyślanych decyzji koncernów, nie tylko zresztą medialnych.

Tak mijają 2 dni, wieczory i poranki typowego tygodnia historii mediatyzacji. Ten ostatni poranek przynosi jednak jeszcze inne zdarzenie: grupa 15W08 ujawnia fakt zdewastowania witryny knajpki, należącej do Piotra Najsztuba ? kiedyś cenionego dziennikarza, a dziś ? hm ? ?pana z telewizji?, kuglarza, no i restauratora. Odezwa towarzysząca zdarzeniu piętnuje prostytucję i głupienie mediów, słusznie wiążąc oba procesy.

Akt przemocy (jakże jednak delikatnej) sprawił, że przesłanie 15W08 trafiło na chwilę do mediów masowych. I ? co ciekawe ? wywołało przychylną reakcję konsumentów mediów, jak i jednego z trybików machiny. Może dochodzimy już do ściany, jeśli chodzi o propagandę?

Inteligent czy pracujący?

Zapalenie zatok i gorączka to nic przyjemnego. Odbiera siły, utrudnia pracę umysłową. Ale przynosi zwolnienie lekarskie. A dzięki niemu ma człowiek czas na zrobienie czegokolwiek pożytecznego i wykorzystanie potencjału intelektualnego. Oczywiście w przerwach w załatwianiu pilnych spraw, z którymi wydzwania przełożony. Ot paradoks.

Jako specjalista, pracujący w zawodzie od niemal 10 lat, nie powinienem narzekać na brak bodźców intelektualnych. Zgodnie z teorią, mechanizm rynku powinien dążyć do pełnego wykorzystania możliwości pracownika. Jakoś to nie działa, skoro miesiąc za miesiącem spędzam 8-10 godzin dziennie na robieniu rzeczy niemal zupełnie nie wymagających pomyślunku. A także w znacznej mierze niepotrzebnych nawet z punktu widzenia ostatecznego celu pracodawcy – zysku przedsiębiorstwa. Z reguły jest to sprzątanie bałaganu uczynionego niepotrzebnie przez kogo innego (praca w biurze przekonuje, że jak anarchia jest matką porządku, tak hierarchia – matką bałaganu). Co więcej, niekiedy z pomyślunkiem należy się ukrywać, żeby nie wyszło, że jest się mądrzejszym od przełożonego – to może kosztować posadę.

A takie ukrywanie bywa naprawdę trudne. Swego czasu pracowałem w firmie papierniczej i m.in. robiłem konkursy plastyczne dla dzieci. Jeden z nich nosił tytuł „W stylu Klimta”. Napisałem prezesowi notatkę, by zatwierdził konkurs. W pierwszych słowach poinformowałem, że był taki malarz itd. Szef przeczytał, pokiwał głową i spytał:

Fajny konkurs, ale niech mi pan powie, co to jest ta klimta?

Oto sól ziemi, następca założyciela firmy, „twórcy” ok. 200 miejsc pracy. Czy przypadkiem trafiłem na półgłówka? Im więcej pracodawców poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zadziałała statystyka. Cóż było robić? Pozostało „przybrać wygląd lichy i durnowaty”, zgodnie z coraz bardziej aktualną instrukcją dla czynowników.

Można by rzec: Ciesz się, kolego, że dobrze płacą i nie wymagają. Niestety, lata mijają, a miarą moich osiągnięć będą kolejne bzdurne projekty, załatwione drobiazgi. Dociągnę – być może – do emerytury, a następnie pójdę do piekła za marnowanie talentów.

Tak więc po godzinach walczę o duszę – próbuję realizować talenty z pożytkiem społecznym. Zazwyczaj kosztem snu. Na dłuższą metę jednak skutkuje to trwałym przemęczeniem, i w konsekwencji niezdolnością do twórczego wysiłku.

GET A JOB, HIPPYKiedy pierwszy raz zetknąłem się z opinią, że ludzi zmusza się do nic nie znaczących prac po to, by przypadkiem nie myśleli o zmianie społecznej, pomyślałem, że to chyba jednak nadinterpretacja, jeśli nie paranoja. Jednak praktyka rynku pracy jest co najmniej zastanawiająca: Skoro jedni specjaliści zarabiają bardzo dobrze i pracują grubo ponad 40 godzin tygodniowo, a inni są w tym czasie bezrobotni, drżą o byt i nie zarabiają wcale, to dlaczego nie mogłoby być tak, że jedni i drudzy pracują nie przemęczając się i zarabiając znośnie?

Odpowiedzi daje bardzo dobry artykuł Davida Rolfe’a Graebera, podany ostatnio po polsku przez Nowego Obywatela.

„Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (…). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek ? jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.”

I dalej stawia pytania – te same, które stawiam ja, dzień w dzień po pracy stojąc w godzinnym korku:

„Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia?

2013-08-27-watterson_1Pozytywnie próbuje podejść do tematu legendarny rysownik Bill Watterson. Polecam jego wzruszający komiks (fragment obok) dostępny w formie jednej planszy tu.

Przepraszam, muszę kończyć wpis. Zwolnienie zwolnieniem, ale zadzwonił kierownik: czeka mnie twórcze i potrzebne przygotowywanie prezentacji!

Ani święte, ani odwieczne albo skłot pod świętym Ambrożym

W lipcu w Krakowie dość głośna była sprawa otwarcia i niemal jednocześnie zamknięcia skłotu Gromada. Grupa ludzi zagospodarowała zaniedbany, „straszący” budynek, a gdy tylko w nim zamieszkała, została – nie bez brutalnej akcji policji – usunięta przez domniemanego pełnomocnika właścicieli budynku. Jak zwykle w takich razach pojawiły się głosy o świętym i odwiecznym prawie własności.

Głosy fałszywe. Starożytni stoicy, ojcowie Kościoła i moja św. pamięci babcia stanęliby po stronie skłotersów.

Obecne w potocznym obiegu pojęcie własności wywodzi się ze starożytnego Rzymu. Tam definiowano własność jako ius utendi et abutendi – prawo użycia i nadużycia. To pojęcie sprowadza się mniej-więcej do tego: właściciel może ze swoim zrobić co chce, także schować bezproduktywnie, czy zepsuć. Pogląd ten, choć obecny w praktyce państwa rzymskiego, był już u zarania cesarstwa kontestowany, choćby przez stoików. Seneka twierdził, że własność i władza są zaprzeczeniem stanów naturalnych. Z kolei Cyceron wygłosił pogląd, iż „wszystkie płody na świecie stworzone są dla użytku ludzi, ludzie zaś żyją dla ludzi, aby mogli sobie wzajemnie pomagać”. Tak więc współcześnie rozumiane „odwieczne” prawo własności jest podważane już od ponad 2100 lat, i to nie przez byle kogo.

AmbroseOfMilanSpostrzeżenia stoików rozwinęli myśliciele chrześcijańscy. Jednym z bystrzejszych krytyków własności prywatnej był Ojciec Kościoła, św. Ambroży z Mediolanu (tu pełna spuścizna po łacinie). O uznaniu własności prywatnej stwierdza: „Nie jest to zgodne nawet z prawem natury. Natura bowiem wszystkie płody wydaje dla wszystkich do wspólnego użytku. (…) Z natury więc wywodzi się prawo wspólnej dla wszystkich własności. Prawo własności prywatnej jest wynikiem ludzkich uroszczeń”. Dodatkowo rozróżnił między posiadaniem zaspokajającym podstawowe potrzeby – usprawiedliwionym, a posiadaniem zbytecznym, nadwyżkowym, które uznawał wprost za kradzież. „To, co przewyższa potrzebę utrzymania, jest nabyte drogą gwałtu.” Jak byśmy czytali Proudhona. Jeżeli więc „świętość” prawa własności mielibyśmy wyprowadzać z chrześcijaństwa to – przykro mi – nie da się.

W szczegółowych rozważaniach etycznych Ambroży potępia szczególnie spekulację i lichwę, ganiąc tych, którzy biznes opierają na niedostatku bliźnich i nieurodzaju (niedostatecznej podaży). Tym właśnie jest trzymanie pustych kamienic podczas głodu mieszkaniowego tak wielkiego, że nie da się za przeciętną pensję netto wynająć mieszkania dla rodziny.

Jeśli więc nie tradycyjni myśliciele, to może tradycyjna mądrość ludowa? Również nie. Tutaj posiadać, zawsze znaczyło robić użytek z korzyścią dla potrzebujących (a zazwyczaj potrzebującym był sam chłop małorolny i jego rodzina). W naszych rodzinnych stronach mieć ziemię i jej nie uprawiać to zawsze był ciężki grzech, bo przecież są ludzie, którzy głodują. Bo żeby ziemia III-IV klasy dała wystarczająco wiele, trzeba albo mieć latyfundium, albo urabiać ręce po łokcie. Uprawienie cudzego, ale odłożonego pola, a następnie zebranie zeń plonu, w naszej chłopskiej, galicyjskiej ciemnocie, było OK (kwestia zmieniła się znacząco po wprowadzeniu unijnych dopłat do areałów, moim zdaniem jeden z najbardziej a- i antymoralnych pomysłów polityczno-gospodarczych dwudziestolecia).

A może to wszystko są przeżytki, i powrót do starożytnych pojęć w rodzaju ius abutendi, czy niewolnictwa, jest naturalne, postępowe i z duchem czasu? Chyba także nie. Nawet tak mainstreamowa instytucja, jak Stolica Apostolska, zdaje się szeroko nawiązywać do Proudhona, Bakunina i Kropotkina, stwierdzając: ?Normie tej [powszechnego przeznaczenia dóbr] trzeba podporządkować wszystkie inne prawa, jakiekolwiek by one były, łącznie z prawem własności i wolnego handlu; przy czym nie tylko nie powinny one przeszkadzać jej wykonaniu, ale raczej mają obowiązek je ułatwiać; przywrócenie zaś tym prawom ich pierwotnego celu winno być uważane za ważne i naglące zadanie społeczne?.

A może to wszystko ideologiczne ćmoje-boje, a prawdziwa liberalna nauka mówi co innego? Cóż, zakończę cytatem z Jeremy’ego Waldorna, jednego z czołowych współczesnych filozofów liberalnych, który większość dotychczasowego życia spędził na studiach nad Locke’iem i szukaniu usprawiedliwień dla własności prywatnej:

„Po przeprowadzeniu dokładnych badań dochodzimy do wniosku, że żaden argument – odwołujący się do praw – nie usprawiedliwia społeczeństwa, w którym niektórzy ludzie posiadają ogromny majątek, a ogromna większość prawie żadnego. Slogan uznający własność za prawo człowieka można co najwyżej obłudnie wykorzystywać w celu usprawiedliwienia ogromnych nierówności, występujących w nowoczesnych, kapitalistycznych społeczeństwach.”

Kingsajz, czyli rozmowy przy zakładaniu związku

W ciągu kilku miesięcy odbyłem parę ciekawych rozmów nt. zakładania związku zawodowego w tym czy innym zakładzie. Wnioski – przerażające.

1. Znowu na śmieciówce, czyli wszystkie związki na Powązki

Gość jest inżynierem, maluczko, a skończyłby doktorat. Brakło czasu i chęci – może za dużo pracował w fabryce. Jest tam technologiem, opracowuje techniki produkcji, przygotowuje dokumentację itd. Poniżej tysiaka na rękę, częściowo na czarno, po roku miał dostać umowę o pracę. Nie dostał.

– To może poproś związek o pomoc, w takim dużym zakładzie na pewno jakąś organizację macie.

– Ee, tych, co byli w związku i coś chcieli robić, to już pozwalniali. Zostali tylko ci od szefów. Wszystkie związki na Powązki.

Kiwam głową. Sam pracowałem w firmie, w której związek kiedyś był, a w jego władzach zasiadała osoba z najbliższej rodziny właścicieli. Rozwiązał się, bo nie miał nic do roboty.

2. 5 lat próbowałam, nie wierzę

Doświadczona pracownica, przez kilka lat była przedstawicielką załogi ds. BHP, zna się z ludźmi w oddziałach, w rozproszonej firmie trudno bez niej zakładać organizację.

– Jest taka inicjatywa, żeby związek założyć.

– 5 lat rozmawiałam z zarządem, wnioski składałam. Za każdym razem słyszałam: wniosek sobie pani może złożyć. Nie ma szans, żeby coś zmienić. Szczęścia życzę, ale nie wierzę, nie mam już siły.

Poczucie, że nic się nie da zrobić jest w dużej mierze uzasadnione, jeśli się spojrzy na prawa pracownicze i uprawnienia związkowe.

3. Wielki chłop, a się boi

Wielki i pyskaty, w typie „kozaka”.

– No, można by. Tylko u nas dużo ludzi to rodzina prezesa. Poza tym, skąd mam wiedzieć, że ty nie jesteś od nich?

No tak, też bym się bał. Brak poziomych więzi społecznych i podstawowego zaufania. Szczególnie między robotnikami a pracownikami biurowymi. Problem ten jest podtrzymywany, by nie rzec stymulowany, kulturowo. Pracownikom biurowym wydaje się że są z innej bajki, ponieważ widują prezesa. Widziałem niedawno przedsiębiorstwo, w którym przedstawiciele obydwu grup ledwie mówią sobie „cześć”, ale w żadnym wypadku nie podają sobie rąk.

4. Nie takie znów małe

Kilka lat po studiach, więc „nie takie znów małe”, narzekają, że wciąż wisi nad nimi widmo bezrobocia, że trzeba tyle siedzieć po godzinach, że życie ucieka, że zmęczenie i strach.

– No, to może trzeba się organizować?

– Czyli co, założyć firmę?

Nie wiedzą, że mogłyby założyć związek, a może – że związki istnieją. A może wiedzą, ale tak mocno nie wierzą w taką możliwość, że bardzo głęboko to wyparły. Efekt wieloletniej propagandy, braku komunikacji między pokoleniami, edukacji nastawionej na produkcję wyrobników.

***

Wnioski są smutne, więc na poprawę humoru, scena z komedii. Tak mniej-więcej rozmawia się o zakładaniu związku zawodowego – w niecałe 2 minuty macie tu pełny przegląd reakcji. „Panie Olgierdzie, być może uwierzył pan, że jest…” z klasy robotniczej?