Archiwa kategorii: Człowiek w państwie

Drogi KOD-owcu

To, że Twoje składki szły na lipne faktury, jeszcze tak nie boli. To że świecisz oczami przed rodziną i znajomymi – znacznie bardziej. Ale to też nie najbardziej. Najbardziej – to że chciałeś bronić demokracji, a wyszło zupełnie co innego.

Oczywiście, mówiłem, ale nie słuchałeś. To był od początku komitet obrony przywilejów grupowych. Sądziłeś, że elita, która bardziej Ci odpowiada kulturowo, będzie lepsza od elity trochę od Ciebie dalszej. Można się było poczuć jak w „Kwestii smaku” Herberta. Cóż, mówiłem Ci wtedy, że elita po prostu nie może być dobra. Ale nie robię Ci wyrzutów, przyjmij wyrazy szacunku, że w ogóle zacząłeś partycypować w polityce. Że w spektakularnej – cóż, nie wiedziałeś jeszcze, że to aż tak.

To teraz patrz: „Obrońcy demokracji” idealnie zgrali się z PiS. Jedni i drudzy grali na to, by jak najdłużej trwało całe Twoje – i milionów innych – wzmożenie. Teraz, gdy uczestnicy manifestacji KOD już nie będą tacy chętni do wychodzenia na ulicę, w zasadzie przyda się i PiS-owi i „ładnym” opozycjonistom jeszcze jedna intensywna napinka – pretekst do przyspieszonych wyborów. Dzięki nim (teraz uważaj) PiS może zyskać większość konstytucyjną, a kierownictwo KOD – upragnione 3% głosów, które pozwolą spłacić kredyty i w końcu trochę pożyć. Sytuacja win-win. Tak to robią nowocześni biznesmeni.

„A dobro Polski? Jaki Dobropolski?”dobropolski

Ja wiem, że Tobie naprawdę zależy. Wyciągnij wnioski. Prawdziwa polityka to nie show w telewizji. Prawdziwy ruch społeczny to nie hierarchiczna parapartia. To Ty i ludzie wokół Ciebie. Zainteresuj się oddolną działalnością polityczną w Twoim środowisku. Bez elit.

 

pieter_bruegel_the_elder_-_the_massacre_of_the_innocents_-_wga3479

Struktura grzechu

Jest w teologii pojęcie struktury grzechu, czy grzechu strukturalnego. Czasem taka struktura przybiera postać konkretnej instytucji. Dziś opowiem Wam o spotkaniu z policją.

Struktura grzechu to katedra zła w społeczeństwie, zbudowana z drobnych podłości jednostek. Jej strukturalność oznacza, że ludzie w niej uczestniczący są z góry uwikłani i w pewnym stopniu skazani na doświadczanie i popełnianie zła.

Stało się tak, że w Warszawie ponoć trójka anarchistów próbowała podpalić radiowóz przy pomocy konstrukcji z kartonu i plastikowych butelek. Rewelacja ta, wraz ze zdjęciem konstrukcji, obiegła wszystkie media (ja jednak nie opublikuję już tego zdjęcia, o czym za chwilę). Rewelacja ze zdjęciem miała też komentarz naczelnych policjantów – że wiedzieli o wszystkim od dłuższego czasu i tylko czekali na „gorący uczynek”. I obiegła właśnie w chwili, kiedy sejm „debatował” nad ustawą przewrotnie zwaną antyterrorystyczną. Szefowie policji sami stwierdzili, że zamiast zapobiegać przestępstwu, „szli na wynik”. Nie trzeba też zaliczenia z logiki, żeby domyślać się, że trójka przetrzymywanych blisko cztery miesiące w radomskim areszcie zrobiła dobrze tejże policji i wszystkim zwolennikom nowej, groźnej ustawy.

Już samo to każe doszukiwać się w policji struktury grzechu. Jeśli nie podpuszczeni, to żałośnie niemądrzy „gangsterzy Olsena” posłużyli do bezlitosnej politycznej gry (jak pisał Jan Paweł II, „wśród ?struktur? [grzechu], najbardziej charakterystyczne zdają się dzisiaj być dwie: z jednej strony wyłączna żądza zysku, a z drugiej pragnienie władzy z zamiarem narzucenia innym własnej woli”). Chcę to powiedzieć jasno: niezależnie od intencji każdego z tej trójki, uważam, że są oni ofiarami żądzy władzy rządu i policji. Samo to wystarczy, by wskazać palcem ogrom zła za fasadą tych instytucji. Dla mnie jednak był to – jak się później okazało – początek osobistego spotkania ze strukturą grzechu.

Postanowiłem wyśmiać „bombę”, podzielić się z ludźmi opinią nt. tego co myślę o całej sprawie, i zwrócić uwagę na „mankamenty” nowej ustawy. Po prostu skorzystać z podstawowego prawa człowieka – prawa do wypowiedzi. Nie na blogu, dzięki czemu wciąż go czytacie. Zrobiłem to na Facebooku, a tekst okrasiłem zdjęciem tzw. bomby, opublikowanym przez policję. Pod koniec tygodnia.

W sobotę rano 4 tajniaków (!) przyszło do mojego domu. Jak przystało na „synów ciemności”, nie chcieli rozmawiać w ogrodzie, skąd byliby słyszani przez sąsiadów. Przeszukali mieszkanie, zabrali komputer i telefon (ten ostatni teraz szwankuje). Wezwali na przesłuchanie. Zostałem „osobą podejrzewaną” o sianie terroryzmu (!).

Możecie sobie wyobrazić wrażenie, jakie zrobili na mojej rodzinie. Tym bardziej, że kilka dni wcześniej we Wrocławiu ktoś zatrzymany na komisariacie przypadkiem spadł z krzesła i umarł.

W poniedziałek mnie przesłuchali. Przepraszali, mówili, że ktoś im kazał, że oni to woleliby robić bardziej rozsądne rzeczy. I to jest właśnie ta drobna cegiełka indywidualnego tchórzostwa z jakich zbudowane jest gmaszysko grzechu strukturalnego. Skoroście uważali, że sprawa jest nierozsądna, czemu nie powiedzieliście tego swoim tajemniczym „onym”?

Co dalej? Kunktatorskie pismo z prokuratury, napisane tak, że zostawia pełną dowolność interpretacji. Przerzucanie sprawy między instytucjami. I ten poczciwina z policji który nic nie mógł i nic nie wiedział.

No dobrze, powie ktoś. Jawnie fałszywe oskarżenie, niedorzeczne szykany (zabrali mi sprzęt do pracy, zawarte w nim osobiste pamiątki i dokumenty), to jeszcze nie karcer i tortury. Jasne, dobry pan, przecież mógł zabić. Ale opowiem Wam jeszcze jak struktura zła przełożyła się na moje życie.

„Przełożyła się” to dobre słowo. Bo to taka maszyna w której drobne zło zamienia się w duże – jak w przekładni.

Moja rodzina została zastraszona (kto tu jest terrorystą?). Moim związkiem targnął kryzys. Zostałem obciążony moralną odpowiedzialnością za całą sytuację (tak! mały fałsz –> duży fałsz). Moja i tak marginalna działalność społeczna została bezterminowo zawieszona. Porzucić tożsamość, porzucić etykę – nie łatwo.

Panie oficerze, możesz zameldować wykonanie zadania – Belzebubowi.

Artykuł w nieco zmienionej wersji ukazał się w czwartym numerze A-Taku.

Przywileje

Zbieram materiały do artykułów (w końcu będą dwa) o sytuacji osób transpłciowych. I myślę sobie, kurczę, ja to jestem uprzywilejowany. No bo tak: w pracy z grubsza nikt mnie nie ocenia po wyglądzie, nie muszę codziennie wysłuchiwać impertynencji od obcych ludzi, nie potrzebuję wyroku sądowego by uznawano moją tożsamość, itp., itd. Jak w piosence Janusza Reichela:

Ale zaraz potem ugryzłem się w język: jakie to, cholera, przywileje? To się należy każdemu jak psu buda. Nie ma czegoś takiego jak przywileje białych cisheterosamców. Jest krzywda wszystkich pozostałych.

Dyl Sowizdrzał

Epitafium dla Sowizdrzała

Uwaga na niedosłowności na Facebooku. Władzę przejęły boty i wsłuchują się w sieciowy głos ludu. Sztuczna inteligencja jeszcze nie nauczyła się niuansowania znaczeń, ale już działa. Nie, nie, ona nie jest sztuczna. [Panie władzo – ten wpis wcale nie ma być zabawny.]

Zdarzyło mi się na wiosnę przy pomocy ironii dać wyraz swojej goryczy wobec – jak to oceniam – policyjnej prowokacji, w ramach której podpuszczono i zamknięto 3 ludzi po to, by zdobyć legitymizację dla ustawy terrorystycznej (oni wciąż siedzą!). Nie, to wcale nie było dla śmiechu. Jak śpiewał Kaczmarski:

Judasza spłosz ?
A on za grosz
Zmyśli, czego nie widział wprost:
Czego się nie da zniszczyć ? z tego trzeba szydzić.

Gotowałem się z wściekłości i w związku z powagą sytuacji podpisałem gorzką ironię nazwiskiem – jak przystało XX-wiecznemu inteligentowi. Skończyło się policyjnymi korowodami i poważnym podejrzeniem o sianie terroryzmu. Zupełnie jak by ktoś albo nie rozumiał, albo celowo zignorował znaczenie dość prostego zabiegu stylistycznego. Nie, nie tępy automat. Człowiek. Człowiek władzy.

Taki jak radny Adam Kalita, który również wsłuchał się w – założeniu – ironiczny głos ludu, domagający się dekomunizacji ulicy Dworcowa (własc. Dworcowej). To nic, że cały „ruch dekomunizacji ul. Dworcowa” jest oczywistą kpiną z takich jak pan radny.

Czy jest tak, że władza otępia? Nie sądzę. Raczej władza atakuje to, co na tyle niuansowe, że może jej się wymknąć. Prosta recepta: potraktować serio i w zależności od rzekomo „wyrażonego wprost”  zdania ? przyklasnąć lub poddać represji.

Drogie Sowizdrzały, uważajcie na siebie i na sprawy które wspieracie.

Demonstracja chłopów w Jarosławiu, sierpień 1937

Za dużo pan krzyczał na rynku

Dziś kolejna rocznica Wielkiego Strajku Chłopskiego 1937 roku. Miliony prostych ludzi wystąpiły w obronie demokracji. 44 z nich zginęło, policyjne represje dosięgły tysięcy, w tym moich bliskich. Teraz oczywiście to nie do pomyślenia, ale pewne zjawiska się powtarzają.

W czasie strajku policja szukała braci mojej babci ? wówczas bodaj 14-letniej ? słusznie podejrzewając, że w pikietach strajkowych blokują gościńce. Za harde odpowiadanie „władzy” babcia dostała batem. Jestem dumny z niej i wujków-dziadków, i cieszę się że odziedziczyłem gen, czy raczej mem (w sensie jednostki ewolucji kulturowej) buntu.

Z drugiej strony, przypomina mi się scena rok wcześniejsza, z lata 1936 roku, ze wspomnień bocheńskiego ludowca Władysława Ryncarza. Właśnie zatrzymany przez granatowych, pytał, pod jakim zarzutem. „Za dużo pan krzyczał na rynku” ? padła odpowiedź funkcjonariusza. Ano, po 80 latach mnie się też zdarzyło „za dużo krzyczeć”, z tym, że na internetowej agorze. „Niepotrzebnie umieścił pan ten wpis” ? dokładnie to usłyszałem od policjantów.

I przykre, że po 80 latach policja wciąż służy cenzurze. I wciąż dzieciaki dostają od policji za pyskowanie. Oczywiście, jest znaczący postęp: Ryncarz po pierwszym aresztowaniu spędził bez wyroku rok w Berezie ? ja miałem tylko drobne nieprzyjemności i to przyodziane w płaszczyk praworządności. Teraz Berezy nie ma… chociaż czołowi politycy mówią o swoich piłsudczykowskich inspiracjach. 😉

Cytat ze wspomnień W. Ryncarza za: „Strajk chłopski w Małopolsce w sierpniu 1937 roku: w pięćdziesiątą rocznicę wielkiego strajku chłopskiego”, Kazimierz Przyboś, Józef Hampel, Bolesław Dereń et al., Warszawa, 1988.

Arbeit macht frei

Praca czyni wolnym?

Pewnie wiesz, że hasło ?Praca czyni wolnym? umieszczano na bramach niemieckich obozów koncentracyjnych. Ponury żart faszystów niektórzy więźniowie brali serio. Ale naprawdę smutne jest to, że większość z nas teraz wciąż weń wierzy.

Arbeit macht frei

Arbeit macht frei, brama obozu Sachsenhausen, fot. Adriano Amalfi, lic. CC BY 2.0.

Oczywiście mówię tu o pracy zarobkowej. Dzień w dzień wstajesz rano by spędzić 8 lub więcej godzin przy maszynie, biurku, w biegu. Marzysz o chwili, w której nie będziesz musieć. Myślisz sobie może, że kiedyś do tego dojdziesz. Nie. W każdym razie nie wciąż pracując.

Dlaczego? To proste. W systemie kapitalistycznym albo pracujesz na kogoś, albo ktoś pracuje na ciebie. A więc żeby kiedyś nie musieć pracować, teraz musiał(a)byś ze swoich zarobków odłożyć na inwestycję, pozwalającą zatrudnić tyle osób, by nadwyżka przez nie wypracowana dała Ci utrzymanie. Jak może pamiętasz z poprzedniego wpisu, musiałoby to być 5?6 osób.

Wymagałoby to więc od Ciebie wieloletniej pracy po kilkanaście godzin dziennie. Biologia mówi, że się nie da. Ponoć bogaci mają sposoby na podniesienie wydolności organizmu i wydłużenie życia, ale rozmawiamy cały czas o tym, że nie jesteś bogaty/bogata.

Inna metoda ? mieć nieruchomość. Czynsz za mieszkanie równa się mniej więcej zarobkom jednej osoby pracującej w pełnym wymiarze godzin. W praktyce zakup mieszkania jest równie kosztowny co zorganizowanie kilku miejsc pracy. Tyle, że mniejsze ryzyko. I możesz dostać kredyt. Zakładając nawet, że kredyt dostaniesz, okaże się że jego spłata będzie mniej więcej równa zyskom z wynajmu. A więc jako ?landlord? będziesz gnębić biedaków, sam(a) pozostając równie biedna/biedny.

Ale jak to, przecież niektórym się udaje! Właśnie, tych ?niektórych? jest kilka procent z tych co próbowali. 1 rok na rynku przetrzymuje 15?20% nowo założonych przedsiębiorstw. Długo i szczęśliwie działa znacznie mniej. A o przejściach ludzi, którzy próbowali tanio kupić kredyt, żeby drogo wynajmować mieszkania, już chyba każdy słyszał. Na spekulacji dobrze wychodzą wcale nie spekulanci tylko banki i państwa.

A więc wolnym w kapitalizmie czyni cholerny fuks albo bycie bogatym z domu. Wolność i praca owszem, mogą iść w parze. I tak kiedyś będzie. Jednak pracowanie ciężej, żeby dać jeszcze więcej szefowi nie jest drogą do tego celu. 😉

Tekst ukazał się w 3 numerze A-Taku, wśród wielu bardzo wartościowych materiałów innych autorów.

Na kogo pracujesz?

Na kogo pracujesz?

Masz etat, śmieciówkę, czy samozatrudnienie? Piszę ten krótki tekst właśnie dla Ciebie. Żeby Cię wkurzyć. Już w XIX w. pisano, że dzięki maszynom możemy pracować 3?4 godziny dziennie. Dziś tym bardziej to prawda.

Jerzy Duda-Gracz, "Fucha"

Jerzy Duda-Gracz, „Fucha”, reprodukcja ze strony Nowohuckiego Centrum Kultury

Główny Urząd Statystyczny przedstawia co pół roku ?Wyniki finansowe podmiotów gospodarczych?. Weźmy jeden z ostatnich, za pierwsze półrocze 2015 r., ołówek i kalkulator. Według oficjalnych wyników wykazywanych przez firmy, koszty pracy, wraz ze składkami na ZUS, to 12,38% obrotów przedsiębiorstw. Jednocześnie rentowność, czyli to co zostaje w kasie naszych pryncypałów to 6,42%. Oznacza to, że cała załoga dostaje brutto dwa razy tyle, co jeden człowiek (albo fundusz inwestycyjny, czy bank), który jest posiadaczem przedsiębiorstwa. Oczywiście oficjalnie. Pracowałem w wielu miejscach i nie dziwi mnie nie tylko, że szefowie prócz zysków kapitałowych wypłacają sobie normalne (wysokie) wynagrodzenie, ale też ?wynajmują? firmie własne nieruchomości, a nawet wliczają w koszta firmy służbę domową.

Ale to nie jedyny kapitalista, który korzysta z owoców Twojej pracy. Prócz niego są to banki i instytucje finansowe (1,35%), oraz ? co oczywiste ? inni kapitaliści sprzedający firmie w której pracujesz towary i usługi, bez których Wasza praca nie byłaby możliwa, a także ich bankierzy (łącznie kolejne 5,72%). Jeśli kupowane przez firmę towary i usługi są wysoko przetworzone, należałoby doliczyć jeszcze ze 2?3%. W sumie, ludzie których jedyną zasługą jest to, że posiadają dużo więcej od innych, zgarniają więcej, niż wszyscy pracownicy łącznie (min. 13,49% obrotu przedsiębiorstw wobec 12,38%). Oznacza to, że połowa naszej pracy służy wyłącznie temu, by działał system wyzysku a nasi szefowie byli jeszcze bogatsi.

Czy tylko połowa? Skądże. 5,7% obrotu firm pochłaniają podatki i opłaty ? czyli pół godziny z ośmiogodzinnego dnia pracy poświęcasz państwu. Co więcej, Twoja płaca też jest oczywiście opodatkowana ? to kolejna godzinka. O ZUS-ie nie piszę, bo w jego ramach kupujesz (przepłacając rzecz jasna haniebnie) ubezpieczenie zdrowotne i emerytalno-rentowe.

Potworne. Wychodzisz z domu na 10 godzin. 4 oddajesz szefom swoim, cudzym i bankierom, 1,5 ? państwu. A teraz pomyśl, na co zwykle brakuje Ci czasu. Co można by zrobić z dodatkowymi 5 godzinami? Z energią, której nie oddasz byle komu za bezcen? Przeczytać zaległą książkę? Spotkać się z dawno nie widzianymi przyjaciółmi? Zrobić coś pożytecznego dla innych? Wziąć dziecko na wycieczkę? Uprawiać sztukę? Ogród? Seks?

Żyć. Zamiast tego codziennie pół dnia jesteś martwy.

% obrotu przedsiębiorstw

kto korzysta

renta kapitalisty

6,42%

kapitaliści

płace brutto i ZUS

12,39%

pracownicy, państwo

podatki i opłaty ogółem

5,70%

państwo

koszty finansowe

1,35%

kapitaliści

materiały, maszyny, wartości intelektualne, w tym:

marże dostawców

4,76%

kapitaliści

płace brutto i zusy kolegów z firm partnerskich

9,19%

pracownicy, państwo

podatki i opłaty ogółem

4,22%

państwo

koszty finansowe

1,00%

kapitaliści

materiały, maszyny, wartości intelektualne, amortyzacja

54,97%

Podział obrotów przedsiębiorstw. Opracowanie własne na podstawie ?Wyników finansowych podmiotów gospodarczych I?VI 2015?, GUS, 5.10.2015 r.

Tekst został opublikowany w 2 numerze A-Taku, zapraszam do lektury całości.

Fot. za Irish Anarchist Review, 4/2011

Nadzorować i głaskać

Pamiętacie, jak ponad dwa lata temu dwaj chłopcy z Lubonia wystąpili o pozwolenie na postawienie szałasu na nieużytku? Wiadomość o tym, entuzjastycznie przyjęta i podana przez media, pozostawiła mi zadrę. Ostatnio o tej zadrze przypomniała mi pewna firma, promująca się gadżetami kupionymi od dzieci. A dlaczego to nie jest fajne?

Fot. za Irish Anarchist Review, 4/2011

Fot. za Irish Anarchist Review, 4/2011

Nie policzę, ile szałasów i pułapek pobudowałem w dzieciństwie. Samodzielnie, czy w zespole, ale na pewno bez zgody Komitetu Miejskiego PZPR, czy Rady Narodowej. Ci dwaj biedacy ponoć wciąż nie mają swojego szałasu, pomimo zgody burmistrza, zainteresowania telewizji i gazet. A właściwie właśnie ze względu na nie. Mam nadzieję, że fakt ten da im do myślenia.

Przed świętami pewna firma, z której usług korzystam, podarowała mi filcową sówkę. Zabawka została uszyta przez ?unschoolerów?, czyli dzieci edukowane metodą ?nauczania prowadzonego przez ucznia?. Dzieci uszyły maskotki dla firmy, sprzedały je aby uzyskać pieniądze na budowę domku na drzewie. Akcja zyskała pewien rozgłos w wąskiej branży, sporo pozytywnych komentarzy: Uczą się dzieci inicjatywy, gospodarności itd.

Do jasnej cholery. Uczą się ekonomizacji życia. Uczą się przeliczania twórczości na pieniądze. Unschooling po byku. Pod pozorem operacjonalizacji planów uczą się rozmieniać na drobne. Uczą się też, że praca jest warta tyle, ile ktoś za nią zapłaci ? to już jest bardzo wyraźny trening ideologiczny. Rodzą się praktyczne pytania: Jakiż to ?budżet? jest potrzebny do domku na drzewie? Osobiście radziłbym zrobić to za zero złotych (jak kiedyś). Jako odpowiedzialny dorosły pomógłbym dzieciakom w pozyskaniu materiałów, zamiast namaścić ich na małych wyrobników. Jeśli więc budżet jest siłą rzeczy skromny, to również nader skromnie wynagrodzono dzieci za pracę szwaczy.

Do jasnej cholery. Dlaczego miałoby nas zachwycać słanie pism urzędowych zamiast budowania? Dlaczego kręci nas że ci dwaj chłopcy zamiast przejawiać inicjatywę i po prostu realizować swój twórczy potencjał, wchodzą w biurokratyczną grę prawa, własności, polityki (siłą rzeczy)? Co jest dobrego w przedwczesnym starzeniu? Cieszymy się widokiem starych malutkich zapominając, że lepiej samemu stawać się ?jako dziecię?. Czyli kwestionować, tworzyć i – jeśli to dla tworzenia nieodzowne – burzyć.

W ?Tropicielach? do drugiej klasy, nazywanych jednym z najlepszych podręczników w Europie, można przeczytać tekst o dzieciach, które postanawiają prace z warsztatów plastycznych sprzedać na kiermaszu, aby zyskać pieniądze na coś tam. Bohaterowie czytanki są pełni entuzjazmu, mówiąc o tym, jak wiele sprzedadzą i zarobią. Ani słowa o przyjemności z malowania, ani słowa o twórczej ambicji.

Sami staliśmy się funkcjonariuszami aparatury znanej z ?Nadzorować i karać?. I bardzo się cieszymy, kiedy kolejni przedstawiciele rodzaju ludzkiego przechodzą z zapomnianej przez nas i trochę groźnej strefy niedokontrolowania, swobody, nieświadomości konieczności, w strefę w której wszystko jest poukładane, a przedmiotem wolnego wyboru jest co najwyżej kolor pluszowej maskotki. Dopóki dziecko nie przejdzie tego progu, jest dla nas obce. Jak zwierzę domowe, które nadzorujemy i głaskamy, ale go nie rozumiemy. Jego twórczość traktujemy jako zabawne ekscesy (jak pies skaczący na 2 łapach albo kot walczący z ogórkiem – patrzcie, jakie słodziaki), którymi można podzielić się w towarzystwie, ale nie daj Boże potraktować jej serio.

g3077

Są wesołe konstytucje

W piątek wdałem się w internetową dyskusję ws. „marszu w obronie demokracji” z samym Jackiem Dehnelem (właściwie to go zaczepiłem, z czego wynikła krótka wymiana zdań – swoją drogą wyrazy uznania za poważne podejście do dyskutantów na fanpejdżu). Pisarz entuzjastycznie nawoływał do udziału w marszu w sprawach ustrojowych.

g3077Zwróciłem uwagę, że są być może ważniejsze sprawy ustrojowe niż to, która partia akurat instaluje swoich popleczników w Trybunale Konstytucyjnym i w jaki sposób, jak prawo do strajku, czy wolność zrzeszania się. Dziś łamie konstytucję chociażby Polski Bus, i niezliczone inne instytucje tego fantastycznego społeczeństwa. Odpowiedź literata była symptomatyczna: „Nie na poziomie konstytucyjnym. To spora różnica.”

Otóż właśnie. Chodziłem na demonstracje, zanim to było modne. I będę chodził, gdy znów modne być przestanie. Na demonstracjach, na które chodzę ja, ale nie p. Dehnel, zasłaniamy twarze przed fotografami. Do mediów wypowiadamy się pod fałszywymi nazwiskami (dedykuję wszystkim bohaterom, którzy z „marszu” wrzucili fotki na Insta i Fejsa). Dlaczego? Bo za udział w takiej demonstracji można wylecieć z roboty. Dokładnie jak w PRL. Gdy w zakładzie, w którym pracowałem powstał związek zawodowy, „prowodyrzy” zostali bez pracy, a rozmaitymi sposobami większość związkowców skłoniono do wystąpienia z organizacji. Co więcej, szef firmy na zebraniu z załogą, nie stroniąc od wulgaryzmów zwyzywał związkowców. Jak wiem od swojej matki, podobną przemowę miał jej szef, gdy w 1980 powstała „Solidarność”. Tak wyglądają wolności obywateli gwarantowane przez systemowe instytucje najnowocześniejszej liberalnej konstytucji w Europie. Jak pisał poeta, „wolność słowa i wyznania jest nasrana na papierze”. Czy rzeczywiście to wszystko dzieje się „nie na poziomie konstytucyjnym”?

Właśnie, na poziomie najbardziej konstytucyjnym z możliwych. Słyszałem dziś jeszcze jeden komentarz po „marszu w obronie demokracji”, w radiu Tok. Człowiek mówił, że ludzie wyszli bronić stabilności systemu. Całkowicie się zgadzam. Właśnie dlatego zabrakło tam tych wszystkich, których stabilność systemu dobija – pracujących od pierwszego do pierwszego, czy od fuchy do fuchy, czy wegetujących bez żadnych perspektyw.

Demokracja wg Mleczki

Stabilne instytucje tegoż systemu trzymają miliony ludzi w biedzie, a dziesiątki milionów – w absolutnej zależności od folwarcznych panów i ekonomów. I te dziesiątki milionów nie uronią łzy po Trybunale Konstytucyjnym, który od swego zarania „przyklepał” wszystkie antyspołeczne, antypracownicze zmiany w prawie – i to niezależnie od tego, która partia w danej chwili wprowadzała do niego „swoich” sędziów. Liberalna demokracja służy faktycznemu i trwałemu apartheidowi na światłych beneficjentów i „czerń”. Nie dziwcie się więc „czerni”.

Przypominam słowa jeszcze jednego poety:

Są wesołe konstytucje
Które mają jeden cel
Chcą oddalać rewolucje
Ale my to mamy gdzieś

Głosowanie jako współuzależnienie

Chodzenie na wybory jest jak współuzależnienie: wierzysz że jak jeszcze raz się pogodzisz z pijakiem to przestanie pić. W rzeczywistości współuzależnienie to dość skomplikowana relacja. Ale jeśli rozłożysz ją na poszczególne elementy, okaże się, że relacja katowanej rodziny do jej pijącej „głowy” jest łudząco podobna do relacji społeczeństwa do jego obieralnych władz.

Każdy, kto umie czytać po polsku, ma w rodzinie pijaka, więc dobrze wiecie, o czym mówię. Problem współuzależnienia zwięźle referuje materiał Fundacji Razem Bezpiecznie:

  • Osoba współuzależniona przejawia silną koncentrację myśli, uczuć i zachowań na zachowaniach alkoholowych osoby pijącej.
  • Stara się znaleźć usprawiedliwienie sytuacji picia, zanegować problem (często konieczność podjęcia terapii odwykowej przez uzależnionego wydaje się jej niepotrzebna),
  • Ukrywa problem picia bliskiej osoby przed innymi (członkowie rodziny starają się ?na zewnątrz? zachować pozory normalności, aby prawda dotycząca uzależnienia się nie wydała, aby uchronić rodzinę     i samego uzależnionego przed konsekwencjami jego picia).
  • Próbuje przejąć  kontrolę nad piciem osoby bliskiej (ogranicza sytuacje alkoholowe, wylewa alkohol, odmierza ilości, kupuje alkohol, aby pijący nie wychodził z domu itp.)
  • Przejmuje odpowiedzialność za zachowania osoby pijącej, łagodzi konsekwencje picia: kłamie, płaci długi, dba o higienę pijącego, o jego wizerunek  (np. pomimo częstych przypadków bycia ofiarą przemocy lub wykorzystywania seksualnego wielu członków rodzin nie zmienia swojego zachowania wobec uzależnionego).
  • Przejmuje za osobę pijącą obowiązki domowe, które ta zaniedbuje.

Tak właśnie wyglądają ludzie przejawiający „zainteresowanie polityką”, tą z gazet, telewizji, i internetu, ludzie chodzący na wybory. Wystarczy za „alkohol” podstawić „władza”. Prześledźmy:

 

  • Osoba współuzależniona przejawia silną koncentrację myśli, uczuć i zachowań na telewizyjnych pyskówkach i felietonach w tygodnikach.
  • Stara się znaleźć usprawiedliwienie sytuacji wyalienowanej władzy, zanegować problem (o jakimkolwiek odwyku w ogóle nie ma mowy – przecież „nie ma alternatywy” dla tzw. demokracji przedstawicielskiej, przecież państwo jakoś tam działa).
  • Ukrywa problem władzy przed innymi (macha chorągiewkami od okazji do okazji, dyskutuje o programach wyborczych jak gdyby miały one jakiekolwiek znaczenie – aby uchronić siebie i innych przed postawieniem zasadniczej kwestii wolności, gdyż przeczuwa, że miałaby ona zasadnicze – rewolucyjne – skutki).
  • Próbuje przejąć  kontrolę nad korzystaniem z władzy przez polityków (żąda jawności, organizuje zbiórki podpisów, głosuje na tych uczciwych, jeszcze nie umoczonych, spoza układów).
  • Przejmuje odpowiedzialność za zachowania polityków, łagodzi ich konsekwencje: Twierdzi że to ona sama, względnie społeczeństwo, „ma takich przedstawicieli na jakich zasłużyło”, to nasza wina, że frekwencja była niska, daliśmy się zwieść programom wyborczym (vide dwa punkty wyżej).
  • Przejmuje za polityków obowiązki, które ci zaniedbują. Ponieważ nie ma co liczyć, by rozwiązali problemy ubóstwa, służby zdrowia i in. – daje na Caritas i Owsiaka, popiera „ruchy miejskie”, kupuje do szkoły papier toaletowy i kredę.

 

Dodajmy do tego poczucie wstydu i winy (to nasza młoda demokracja nie dorosła, wszystko przez nas), fale nadziei i zwątpień (zwane kadencjami – czy terapeuci uzależnień też posługują się tym terminem?).

Oczywiście, słyszymy na pozór racjonalne argumenty współuzależnionych: Przecież można jeszcze raz się pogodzić. Można ładnie się uśmiechnąć i przynajmniej przez jakiś czas (zanim nowa, nie umoczona ekipa się wyalienuje) będzie względnie normalnie. Przecież jak się odobrazimy, to on przynajmniej na chwilę złagodnieje, kupi jakiś prezent (np. obniży wiek emerytalny – na jakiś czas). Tak, oczywiście. Lepiej być maltretowanym mniej. Ale jeszcze lepiej jest nie być maltretowanym, a do tego prowadzi terapia współuzależnionych.

Oczywiście, trudno mówić o winie współuzależnionych. Na ich postawy wpływają:

  • nieustanny stres (życie z pracy najemnej w kapitalizmie),
  • poczucie osamotnienia i braku oparcia w więziach z bliźnimi (jesteś kowalem własnego losu),
  • poczucie bezsilności wobec „pijaków” (co można zrobić, poza pójściem na wybory),
  • iluzje stwarzane przez uzależnionych (będzie lepiej, poprawią się).

No cóż, bardzo mi żal członków przemocowej „rodziny rodzin”, tym bardziej że są wśród nich moi najbliżsi i bliscy. Pamiętajcie, że gdybyście chcieli pogadać o waszym problemie, to zawsze postaram się pomóc. Przede wszystkim – nikt z nas nie jest sam.