Archiwa kategorii: Człowiek w państwie

Co sędziowie mówią pracownikom

Dwa wyroki w sprawach sporów zbiorowych: w Aelii i Jastrzębskiej Spółce Węglowej, wskazują ? mam nadzieję ? ogólniejszy trend. Tępi, dyspozycyjni sędziowie mówią społeczeństwu: każdy protest może być nielegalny, a więc radykalizujcie się!

Pozwólcie, że przypomnę (szerzej pisze Inicjatywa Pracownicza): 22 października warszawski sąd na wniosek sieci sklepów Aelia, która nielegalnie zwolniła pracownicę, Anię Kucharzyk, za działalność związkową, oraz stosuje mniej lub bardziej rażące formy wyzysku a także utrudnia działalność związkową, zakazał Inicjatywie Pracowniczej m.in.:

  • publikowania w środkach masowego przekazu materiałów zawierających hasła dotyczące wyzysku oraz represjonowania za działalność związkową i zastraszania pracowników i pracownic Aelii za ich działalność związkową;
  • dystrybuowania 41 numeru biuletynu ?Inicjatywa Pracownicza? oraz ulotek ?Kupon etycznego konsumenta?;
  • organizowania pikiet związanych z wyzyskiwaniem oraz zastraszaniem i represjonowaniem pracowników i pracownic Aelii.

Jednym słowem, odmówiono praktykowania wolności słowa i rutynowych ? rzec można ? działań walki związkowej. Jak przystało na stary, PRL-owski styl sądownictwa na zamówienie, rozprawa odbyła się niejawnie, oczywiście bez udziału przedstawicieli związku.

12 lutego sąd uznał niezgodność z prawem strajku w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Zgodnie z literą prawa, strajk rzeczywiście nie był legalny: w momencie ogłoszenia nie było już przedmiotu oficjalnego sporu zbiorowego. Nowe postulaty zgłosili już po wszczęciu strajku. Czyli zrobili to na szybko, wiedząc, że nie mają czasu na formalną procedurę. Oczywiście, istniał przedmiot sporu, istniały rozbieżności których nie usunęły negocjacje z zarządem, istniała niemal jednomyślna wola załogi co do strajku ? czyli wszystkie czynniki legalizujące strajk. Ale nie przeprowadzono procedury rokowań, mediacji i strajku ostrzegawczego. Kto się trochę na tym zna, wie, że może to trwać długie tygodnie, jeśli nie miesiące. W praktyce wymóg zachowania procedury wiąże ręce organizacjom zakładowym.

Ale choć strajk był nielegalny, okazał się skuteczny. Przynajmniej w warstwie symbolicznej ? odwołano prezesa.

Co komunikują obydwa wyroki pracownikom?

Jeśli chcemy skutecznie walczyć z pracodawcą, potrzebne są nowe, wymyślne środki umykające prawu napisanemu z myślą o supremacji kapitału nad pracą. Jeśli związek zawodowy nie może krytykować Aelii, to może stowarzyszenie, albo 15 stowarzyszeń będzie czekało po kolei na 15 wyroków, rotacyjnie prowadząc kampanię w obronie pracowników?

Niezależnie od tego, czy się staramy utrzymać legalne formy walki, czy nie, zawsze znajdzie się usłużny funkcjonariusz, który autorytetem państwa zabroni nam działać. Co ważne ? otworzy ?pracodawcy? drogę do roszczeń cywilnoprawnych. A wielu z nas wolałoby dostać wyrok karny niż spłacać realne lub urojone straty wyzyskiwaczy ? choćby dlatego, że nas nie stać.

Prawo jest zredagowane tak, by móc w każdej chwili ?przywołać do porządku? ludzi pracy. W jego obrębie nie są możliwe nie tylko zmiany społeczne, ale nawet rozwiązanie problemu w konkretnym zakładzie. Związek zawodowy chcący działać w obrębie obecnego prawa związkowego jest jedynie ?partią umiarkowanego postępu w granicach prawa?, wentylem bezpieczeństwa zakładu i systemu, niczym więcej.

A skoro ? jak mówią sądy ? niezależnie od naszych starań możemy dostać po głowach, to może nie warto się starać o legalność? Skoro nielegalny strajk okazuje się skuteczny? Skoro akcja bezpośrednia robotników doprowadza do zrealizowania zaległych wypłat? Okazuje się mniej ryzykowna, bo zwycięskich budowlańców nie ścigają prawnicy.

Od ?Prawa do Miasta? do ?Krakowa Przeciw Igrzyskom?. I z powrotem?

Lokalne referendum, w którym przepadł pomysł organizowania Igrzysk Olimpijskich w Krakowie, jest powszechnie uznawane za sukces ruchów oddolnych. Jednakże, w beczce miodu jest i sporo dziegciu. M. in. z powodu słabości ruchu anarchistycznego.

Bo wszystko zaczęło się od inicjatywy lokatorsko-anarchistycznej ? Miasteczka Namiotowego na Rynku Głównym, wiosną 2012 r. Miasteczko miało być długotrwałą demonstracją na rzecz poważnego traktowania problemów lokatorskich przez władze gminy, oraz politycznego upodmiotowienia mieszkańców. Formuła Miasteczka była otwarta, stąd na płycie Rynku zasiedli pospołu z anarchistami przedstawiciele ?młodej lewicy? czy ?ludu smoleńskiego?.

Po brutalnym rozpędzeniu Miasteczka zawiązała się Inicjatywa ?Prawo do Miasta?. Jej założycielami byli anarchiści, zarówno zrzeszeni w obu lokalnych sekcjach Federacji Anarchistycznej, jak i spoza niej, działaczki lokatorskie i osoby ze środowiska Krytyki Politycznej. Celem Inicjatywy było kontynuowanie walki o odzyskanie miasta przez mieszkańców. ?Stoimy na stanowisku, że na gruncie demokracji przedstawicielskiej nie jest możliwa zmiana tej sytuacji [politycznej mieszkańców]. Żądamy podporządkowania procesu decyzyjnego w mieście potrzebom mieszkańców i mieszkanek.? ? stanowi manifest IPdM. Inicjatywa w swoich postulatach mocno powiązała elementy polityczne (partycypacja), gospodarcze i społeczne (zaprzestanie prywatyzacji i komercjalizacji, kwestie zadłużenia). Inicjatywa miała być otwarta dla każdego i rządzić się konsensusem.

Po manifeście przyszły jednak wakacje i Inicjatywa stopniowo popadła w bezruch. Na jesieni, zasilona nowymi osobami, m.in. z Krytyki Politycznej czy przyszłymi członkami Polskiej Partii Socjalistycznej, zaczęła szukać kierunków i form działania. Członkowie FA Kraków wycofali się z działalności Inicjatywy, już to ze względu na brak czystości ideowej kolektywu (udział ?Krypoli? i partyjnych), już to z braku czasu i chęci do pracy.

Późną jesienią zaczęły się działania, w bardzo konkretnych 3 kierunkach ?obronnych? i jednym pozytywnym. Wśród tych pierwszych znalazły się ?Okrągłe Stoły? ? mieszkaniowy i edukacyjny, w których przedstawiciele IPdM i in. inicjatyw stawiali opór prywatyzacyjnym zakusom władz miasta i pomysłom likwidacji szkół. Trzecim kierunkiem ?obronnym? była krytyka pomysłu organizowania Igrzysk. Czytano otwarty list do radnych, lobbowano poprawki do budżetu, pisano interpelację poselską.

Zimą nasiliły się protesty zw. z pomysłami likwidacji części szkół, w tym duża demonstracja pod magistratem, następnie wiosną ? okupacje szkół. Jednym z głównych organizatorów działań zw. z edukacją był Tomek Leśniak z ?KP?, obecny kandydat na prezydenta miasta. Dalszy rozwój sprawy igrzysk zahamowano na wniosek części uczestników, którzy mówili „spoko, spoko, Tomek coś szykuje, coś wymyśli”.

Natomiast projektem pozytywnym był pilotażowy projekt budżetu partycypacyjnego w jednej z 18 dzielnic Krakowa, pn. ?Priorytet Obywatelski?. Projekt, początkowo szerzej angażujący Inicjatywę ostatecznie ciągnęli głównie anarchiści. O jego wynikach można przeczytać w raporcie FA Kraków.

Na wiosnę PdM przygotował jeszcze Forum Mieszkanek i Mieszkańców Krakowa, konferencję ruchów oddolnych i organizacji pozarządowych. Potem przyszło lato, a wraz z nim gorączkowa akcja zbierania uwag w ramach konsultacji społecznych do projektu studium zagospodarowania przestrzennego miasta.

Tymczasem ws. igrzysk,

wobec zapowiedzi działań propagandowych władz, w październiku ruszyła strona Kraków Przeciw Igrzyskom – inicjatywa Tomka Leśniaka, co można uznać za początek kampanii, jak widać – poza PdM. Wobec wzajemnej rezerwy środowisk KP i FA, ta ostatnia nie zaangażowała się w KPI, choć ją poparła. Działania miały charakter medialny (Facebook, blogi, media lokalne, debaty, z czasem doszła forma otwartych spotkań i demonstracji, oraz list otwarty ws. referendum). Wkrótce KPI ogłosiła postulat referendum, a doprowadzenie do jego uchwalenia było pierwszym z 2 sukcesów KPI.

Skąd wziął się ten sukces? Czynniki, moim zdaniem, były następujące:

  • Determinacja i upór grupki aktywistów, połączony z dużym zaangażowaniem czasowym.
  • Dobrze wymierzony cel (referendum).
  • Słaby przeciwnik, wciąż strzelający sobie w kolano i posiadający bardzo wielu przeciwników, chętnych do dołożenia magistratowi. Prócz KPI działały tu Polska Razem, różne drobne organizacje polityczne i stopniowo zmieniający front radni rozmaitych klubów.
  • Sam pomysł igrzysk – po prostu idiotyczny.

Jednakże uchwała Rady Miasta dotycząca referendum dodała o wiele więcej niż łyżkę dziegciu do tej beczki miodu – radni „dorzucili” pytania o ścieżki rowerowe, metro i monitoring wizyjny. Sformułowane zresztą demagogicznie. Do dziś trwają spory po co – czy była to tylko złośliwość w stylu „i tak wam pokażemy”, czy również alternatywa mniejszego skoku na kasę zamiast większego (po upadku pomysłu igrzysk, zawsze można zarobić na monitoringu, po 50 tys. zł od kamery).

I tu cała „strona społeczna” poległa całkowicie, zignorowawszy problem. Anarchiści nie docenili zagrożenia. Ekipa KPI – ustami Tomka Leśniaka – mówi, że brakło czasu: „Jedynie kilka tygodni dzieliło uchwalenie dodatkowych pytań od referendum. W przypadku metra nie było danych do dyskusji ? dopiero teraz trwa Kompleksowe Badanie Ruchu, a za rok mają być wyniki tzw. ?analizy ruchowej?. Podobnie w przypadku monitoringu ? można się było opierać jedynie na doświadczeniach innych miast, jak np. Londynu. Tak więc argumenty były dość słabe, a czasu na ich przekazanie niewiele. Samą facebookową stronę KPI budowaliśmy przecież wiele miesięcy, i nie miała ona wielkiej rzeszy fanów.”

Mnie argument o argumentach – braku danych do dyskusji – nie przekonuje. Ostatecznie argumentacja kampanii przeciw igrzyskom nie była bardziej rozbudowana niż naprędce skleconej, tygodniowej kampanii przeciw monitoringowi, którą zrobiliśmy w kilka osób (anarchiści z partyjnymi w przykładnej współpracy), obudziwszy się z ręką w nocniku po ostatnim przedreferendalnym sondażu. Teraz władza ma nas w szachu, bo przecież „vox populi”.

No ale igrzyska przepadły z kretesem, i trzeba przyznać, że w kampanii referendalnej KPI zrobił wszystko co mógł: Od niemal pełnego przekonania mediów, poprzez skargę sądową na nieuczciwą kampanię ze strony urzędu (proces w trybie wyborczym KPI przegrał, ale skompromitował zarówno „władze” miasta, jak i wymiar „sprawiedliwości”), po zbiórkę datków na druk plakatów. I wierzę, że mogli nie mieć już głowy do monitoringu czy metra.

Co dalej?

Ano KPI startuje w wyborach samorządowych. Start Tomka na prezydenta jest oczywiście wybiegiem dla przejęcia większej uwagi mediów. Ambicją „komitetu wyborczego” KPI jest zdobycie kilku mandatów w Radzie Miasta. Na pytanie, czy nie boją się alienacji, otrzymałem jedną wręcz histeryczną reakcję, ale Tomek twierdzi, że brak realnej szansy na trwałą koalicję z którymkolwiek z pozostałych ugrupowań w RM oznacza również brak pokus. „W Radzie Miasta będziemy przedłużeniem ruchów miejskich, ale ? jako przedstawiciele władzy ? podlegając krytyce. Nie wyobrażam sobie, że po wyborach miałoby nastąpić ograniczenie działalności ruchów miejskich czy organizacji pozarządowych.” – mówi. Wskazuje na mandaty radnych jako na znaczne rozszerzenie możliwości ruchów oddolnych, które w Krakowie dotąd mogą działać jedynie reaktywnie – protestując (co nie jest do końca prawdą, jak widać na przykładzie budżetów partycypacyjnych).

Jednak członkowie Inicjatywy Prawo do Miasta mają prawo do wątpliwości – otóż jakiś czas temu doszło do bardzo słabo „ogłoszonego” spotkania Inicjatywy, na którym przegłosowano głosami członków KP i partii politycznych – wbrew zasadzie konsensusu – zawieszenie jej działalności. Anarchiści zaprotestowali i… utracili możliwość administrowania internetowymi mediami IPdM. Na szczęście wszystko szybko wróciło do normy i Inicjatywa póki co działa. Co istotne, do całej sytuacji na pewno by nie doszło, gdyby anarchiści brali bardziej aktywny udział w życiu IPdM. W stosunku do kolegów z partii sprawdza się bowiem leninowska maksyma o kontroli jako podstawie zaufania.

Wnioski dla ruchu anarchistycznego

Działania KPI były skuteczne, bo skoncentrowane, długotrwałe i prowadzone z determinacją. Podobnie rzecz się ma np. z Krakowskim Alarmem Smogowym. Te inicjatywy łączy wspólna cecha – działają w nich ludzie mający dużo wolnego czasu – studenci lub pracujący elastycznie (pracownicy naukowi, przedsiębiorcy). „Nasz” długotrwały projekt, wymagający podobnego zaangażowania – cząstkowy budżet partycypacyjny Dzielnicy I – wyczerpał nas do cna. Kampania przeciw kamerom – w sumie 2 tygodnie – była prowadzona przez 2-3 osoby, w tym jedną mieniącą się anarchistą.

Jednocześnie trzeba powiedzieć, że KPI również robiła ekipa nieliczna i że Kraków Przeciw Kamerom również odniósł – jak na czas trwania – pewne sukcesy. Czyli – da się doprowadzić nawet do poważnych – choć cząstkowych, izolowanych – zmian w mieście wielkości Krakowa w kilka osób.

Warto wybierać projekty, czy inicjatywy, które chcemy i możemy zrealizować. A to co się rozpocznie, trzeba bezwzględnie doprowadzić do udanego końca.

Ponieważ jednak czas to nie pieniądz, należy się zastanowić, skąd wziąć „roboczogodziny”. Rozwiązaniem wydaje się być praca nad własną tożsamością i funkcją grup „anarchistów politycznych” (bo przecież nie każdy anarchista jest działaczem politycznym). Moim zdaniem grupa taka powinna stanowić oś, czy punkt zborny różnych inicjatyw, pokazywać nie-anarchistom metody i podstawowe idee oddolnej samoorganizacji. Czyli powrót do pierwotnej koncepcji Prawa do Miasta i ponowne zadbanie o ten byt. W ten sposób zyskalibyśmy szansę na więcej rąk do pracy, lepszą spójność „ruchu miejskiego” z ideami anarchistycznymi, a co za tym idzie także wieloraki wpływ na poszczególnych ludzi i społeczność miasta.

Wypowiedzi Tomka Leśniaka pochodzą z nie opublikowanego wywiadu, jakiego udzielił mi na początku lipca.

Syndrom sztokholmski

Kolejna afera taśmowa nie wstrząśnie rządem. Fabrykant P. nie wystraszy się związkowców, ale systematycznie ich pozwalnia i przerzuci się na agencje pracy czasowej. Co łączy te nie-wydarzenia? Dlaczego łączy? I czy można coś z tym robić?

W zeszły wtorek Inicjatywa Pracownicza pikietowała przed sklepem Aelii na lotnisku w Balicach w obronie bezprawnie zwolnionej pracownicy. Pikieta została przerwana przez straż lotniska, NA WNIOSEK PRACOWNICY SKLEPU. Chciałoby się powiedzieć: durna dziewucho, po której jesteś stronie? Tak lubisz za półdarmo ? jak mówi pan minister ? robić im laskę?

Niestety, durna i chętna okazuje się większość społeczeństwa, wraz z jego mechanizmami. Bardzo zbliżona do „taśm ‚Wprost'” scenariuszem i meritum afera Rywina doprowadziła do zasadniczej zmiany w systemie partyjnym (co oczywiście nie jest równoznaczne z zasadniczą zmianą w ogóle). „Taśmy Beger” ? właściwie to samo, tylko parę lat później ? były przyczyną zmian personalnych w rządzie. Afera taśmowa A.D. 2014 skończy się na kilku demonstracjach zorganizowanych przez partie następne w kolejce do koryta (jak było i w przypadku „taśm prawdy”) oraz serii memów internetowych.

Dlaczego? Degrengolada „elit”, począwszy mniej-więcej od prowokacji bydgoskiej, postępuje w parze z obezwładnieniem „mas”. Oni są coraz bardziej bezczelni, w miarę jak my – coraz bardziej bierni. I odwrotnie.

Popatrzmy na inny przykład: „Walki związkowe” w zakładzie P. Działacze tłumaczą robotnikom: Danej akcji się nie da przeprowadzić, inna byłaby nielegalna, pikieta pod zakładem dla czegoś nie wyszła. Z żądań płacowych i postulatu ludzkiej organizacji pracy związek (ten w cudzysłowie i dużą literą) przeszedł do żądania tablicy ogłoszeń. Za cenę głów kilku porządnych gości, zmuszonych do odejścia. Tymczasem grupami po kilkanaście-kilkadziesiąt osób zwalnia się pracowników etatowych i rozszerza współpracę z agencjami pracy tymczasowej. Czyli nadbudowa na oddolnym ruchu zrobiła swoje, zupełnie jak w skali ogólnokrajowej robi od lat 80: przejąć inicjatywę, skanalizować, rozbroić, przekonać że to dla naszego dobra. Efekt – zniechęcenie robotników prowadzi do pogorszenia ich sytuacji, nawet w porównaniu ze stanem sprzed założenia związku. Przy akompaniamencie skomleń związkowców, że nie chcą się wtrącać w zarządzanie (to w co, do cholery?). Robotnicy już nie pisną.

Czy rzeczywiście te trzy sytuacje są symptomami jednego zjawiska? Może syndromu sztokholmskiego. Mówią, że jest on mechanizmem obronnym. Jak pisze psycholog, Anna Błoch-Gnych, „by zaistniał, muszą wystąpić określone warunki. Ofiara:

  • spostrzega, że jej przeżycie zależy od dobrej woli sprawcy;
  • nie widzi możliwości ucieczki;
  • dostrzega drobne uprzejmości ze strony sprawcy;
  • jest izolowana od perspektyw odmiennych od perspektywy sprawcy.”

Proste? Proste. Syndrom sztokholmski mamy nie tylko w terroryźmie prywatnym (jak napady na banki, przemoc domowa), ale też „publicznym” (jak napady banków, przemoc władzy politycznej). Zależność od dobrej woli sprawcy – mamy we wszystkich trzech przytoczonych przypadkach. Niedostrzeganie alternatyw – a jakże. Drobne uprzejmości ze strony sprawcy – no cóż, dziewczyna z Aelii w ogóle ma pracę, społeczeństwo ma igrzyska i trochę chleba, robotnicy u P. dostali w końcu tablicę. Izolowanie od perspektyw odmiennych? Otwórz podręcznik historii, włącz telewizor.

Psycholog radzi: „Żeby wyjść ze związku, w którym rozwinął się syndrom sztokholmski, ważne jest wsparcie i pomoc najbliższych. Należy podkreślać, że ofiara może liczyć na naszą pomoc, że ją kochamy i zawsze staniemy po jej stronie. Nie należy wywierać zbyt dużej presji, potępiać lub oceniać.” Zaiste, trudna rada ? przyznać, że może ta dziewczyna z Aelii niekoniecznie jest durna. Kiedy ma się ochotę tego czy owego sprać po pupie, przypomina się, że rewolucja ma się zacząć w nas.

Dlaczego przeciw kamerom

 

Gdy radni ?dorzucili? do referendalnego pytania o igrzyska kolejne trzy, opinia publiczna Krakowa przyjęła to jako drobną złośliwość wobec działaczy ruchów miejskich. Niestety, na tej złośliwostce możemy wszyscy dużo stracić, jeżeli nie podejdziemy do głosowania odpowiedzialnie. Namysłu wymaga również pytanie o monitoring ? tu myślenie schematami może się nam odbić przykrą czkawką. Jestem zdecydowanie przeciw.

Monitoring wizyjny jest nieskuteczny

Apologeci systemów monitoringu wizyjnego często powołują się na przykłady brytyjskie, szczególnie Londynu, czy Nottingham. Istotnie, są to najbardziej ?okamerowane? miasta na świecie. Ale czy ich mieszkańcom wyszło to na dobre? Badanie naukowczyń z Uniwersytetu w Birmingham, przeprowadzone na zlecenie Home Office, czyli brytyjskiego resortu spraw wewnętrznych wykazały, że w 13 na 14 badanych miast monitoring nie miał wpływu na poziom przestępczości. Wyjątek stanowił system CCTV (dozoru telewizyjnego) zainstalowany w Hawkeye, który miał służyć obniżeniu ilości przestępstw samochodowych.

Z kolei badanie B.C. Welsha i D. P. Farringtona (światowy autorytet w dziedzinie prewencji kryminalnej), obejmujące 22 systemy CCTV dedykowane zapobieganiu przestępczości, określiło spadek przestępczości po instalacji kamer na ok. 2%, przy czym dotyczył on przede wszystkim przestępstw na parkingach, gdzie kamery wykazały rzeczywiście dużą przydatność.

Przywoływane jako dowód skuteczności znikanie przestępców z pola widzenia kamer takim dowodem nie jest. Przestępcy zawodowi wybierają zakątki wolne od monitoringu (np. kradzieże aut w Birmingham), lub podejmują przemyślane, zdecydowane akcje pod okiem kamery (co jakiś czas wszyscy oglądamy zdjęcia z CCTV ukazujące złodziei rowerów). Z kolei przestępczość ?spontaniczna? nie ogląda się na monitoring. Pamiętamy jak w grudniu na ul. Grodzkiej ? gdzie nie tylko są kamery ale i pełno ludzi ? człowiek niemal zadźgał na śmierć drugiego o placki ziemniaczane. Napastnika złapali, ale ciężkie przestępstwo zostało popełnione.

Sam padłem swego czasu ofiarą kradzieży ? zwinięto mi portfel zaraz po tym, jak wypłaciłem większe pieniądze z bankomatu. Byłem obserwowany nie tylko przez profesjonalnego złodzieja, ale i przez kamerę sklepową. I co? Kiedy złodziej odesłał pusty portfel, policja odesłała zawiadomienie o niewykryciu sprawcy.

Polskie dane statystyczne potwierdzają wyniki brytyjskie, jak i codzienne doświadczenie ludzi. Badanie prowadzone w Poznaniu, obejmujące dwa podobne społecznie i urbanistycznie obszary wykazało, że przestępczość na obszarze monitorowanym spadała wolniej niż na obszarze wolnym od kamer (ilościowo ? o 3%). Kiedy na ?okamerowanej? Wildzie udaremniono przestępstwa przeciwko mieniu na kwotę 1,05 mln zł, w sąsiednich, wolnych od kamer Jeżycach ?uratowano? 1,37 mln zł. Tak słaby wynik uzyskano kosztem systemu za 2,2 mln zł. Badania prof. Pawła Waszkiewicza, porównujące spadek przestępczości w miastach z i bez CCTV pokazują, że nie ma statystycznej zależności pomiędzy istnieniem monitoringu a wskaźnikiem przestępczości.

Pojawia się więc pytanie:

Skoro nie widać różnicy ? po co przepłacać?

Wg danych NIK średni koszt eksploatacji miejskich systemów CCTV w latach 2010?2012 wynosił 21096 zł rocznie na jedną kamerę ? równowartość ponad pół etatu brutto policjanta. Jedyny wg NIK skuteczny pod względem wykrywalności zdarzeń (ale nie zapobiegania!) system warszawski zatrudnia dokładnie jednego pracownika na 2 kamery. Urząd Miasta Krakowa wyceniał dwa warianty systemu monitoringu, kosztujące ? wg cen z 2009 roku ? 57,7 lub 16,4 mln zł za odpowiednio 398 lub 56 kamer, instalacje, centrum monitoringu itd. Koszty eksploatacji ocenił na odpowiednio 20 lub 3,4 mln zł rocznie. Daje to w przeliczeniu na jedną kamerę 144 lub 278 tys. zł za instalację i 50253 lub 61082 zł za roczne utrzymanie. Dziś należałoby podnieść te kwoty o wskaźnik inflacji ? 15,89%.

Nie mamy lepszych wydatków? Za 18 mln moglibyśmy zapewnić miejsce w przedszkolach wszystkim potrzebującym dzieciom. Za 2 miliony miasto ?dokupiło? właśnie 10 tys. służb patroli policji.

Wydatek na nowe kamery będzie zbędny tym bardziej, że monitoring wizyjny policji i straży miejskiej już mamy ? to łącznie 71 kamer. Dodatkowo ZIKiT używa 97 kamer do kontroli ruchu drogowego, mamy też 1664 kamery w pojazdach MPK. Systemy CCTV pracują też w 274 miejskich placówkach oświatowych. Jest to razem co najmniej 2009 kamer.

Cui prodest?

Można oczywiście podnosić, że chociaż przestępstw nie ubywa, przestępców łatwiej wykryć. Jednak sama brytyjska policja przyznaje, że ?statystycznie rzecz ujmując, na tysiąc kamer monitoringu wideo w Londynie przypada statystycznie jedno wyjaśnienie przestępstwa?. To właśnie w Londynie skazano za zabójstwo człowieka, dlatego że był ubrany podobnie do sprawcy (którego twarzy kamera nie zarejestrowała) i? że był imigrantem z Polski. Natomiast profesjonalni przestępcy doskonale sobie radzą z kamerami (albo ich obsługą).

Każdy myślący człowiek powinien sobie zadać pytanie ? czemu to służy, skoro nie bezpieczeństwu? Odpowiedź kryje się ? moim zdaniem ? w ogromnych budżetach na tego typu wdrożenia, oraz na utrzymanie systemów. W raporcie NIK o monitoringu wizyjnym sporo jest informacji o nieprawidłowościach w zakupie sprzętu i usług. Moim zdaniem jest to kolejny ? po Igrzyskach ? Barejowski ?Miś?, na który niejeden tow. Ochódzki ma chrapkę. Może i ten miś nie jest aż tak kosztowny ? co to jest 57 milionów dla tak zamożnego miasta ? ale ma kły i pazury.

Kontrola nad kontrolą

Bo chodzi jeszcze o to, co się dzieje z obrazami rejestrowanymi przez CCTV. Raport NIK nie pozostawia złudzeń: Systemy monitoringu łamią prawo o ochronie danych osobowych. Jedynie co szósty zgłosił swoją działalność do Głównego Inspektora Danych Osobowych, co jest obowiązkiem nawet fryzjera gromadzącego numery telefonów klientów. W 22% systemów dane nie mają wystarczającej ochrony technicznej i proceduralnej ? można je więc łatwo wykraść metodami hakerskimi, czy zwykłą socjotechniką. To drugie jest tym łatwiejsze, że ponad ? miejskich systemów monitoringu zatrudnia osoby bez odpowiedniego upoważnienia.

Jak wykazała kontrola NIK, służby miejskie nagminnie przechowują nagrania nie zawierające przestępstw, czy interwencji ponad 20 dni, co jest nielegalne i stwarza pytanie: po co przechowywać nagrania przechodniów, czy uczestników pokojowych demonstracji? Dziś nie wydaje nam się to problemem, ale dla nikogo nie powinno być nowiną, że do polityki garną się także ludzie niegodziwi, oraz że w gminnej hierarchii nie brak okazji do wystawiania na próbę uczciwości strażników miejskich przez ich pryncypałów. 2+2=4.

Problem stanowi brak społecznej kontroli nad monitoringiem, wynikający z braku regulacji prawnych ? ustawy, którą postuluje NIK, oraz z braku odpowiednich obyczajów politycznych mieszkańców i urzędników naszego miasta.

Jestem więc przeciw, i każdego namawiam by również głosował przeciw. Nawet będąc ?generalnie na tak? trudno nie przyznać, że zarówno koszty, jak i szereg wątpliwości ? począwszy od regulacji prawnych, skończywszy na rzetelnej analizie potrzeb i możliwości ? skłaniają do głosu ?na razie nie?.

Specjalne podziękowania dla Jakuba Lewandowskiego z CamsOff oraz dla Fundacji Panoptykon za „wsad” merytoryczny.

Źródła:

 

Inteligent czy pracujący?

Zapalenie zatok i gorączka to nic przyjemnego. Odbiera siły, utrudnia pracę umysłową. Ale przynosi zwolnienie lekarskie. A dzięki niemu ma człowiek czas na zrobienie czegokolwiek pożytecznego i wykorzystanie potencjału intelektualnego. Oczywiście w przerwach w załatwianiu pilnych spraw, z którymi wydzwania przełożony. Ot paradoks.

Jako specjalista, pracujący w zawodzie od niemal 10 lat, nie powinienem narzekać na brak bodźców intelektualnych. Zgodnie z teorią, mechanizm rynku powinien dążyć do pełnego wykorzystania możliwości pracownika. Jakoś to nie działa, skoro miesiąc za miesiącem spędzam 8-10 godzin dziennie na robieniu rzeczy niemal zupełnie nie wymagających pomyślunku. A także w znacznej mierze niepotrzebnych nawet z punktu widzenia ostatecznego celu pracodawcy – zysku przedsiębiorstwa. Z reguły jest to sprzątanie bałaganu uczynionego niepotrzebnie przez kogo innego (praca w biurze przekonuje, że jak anarchia jest matką porządku, tak hierarchia – matką bałaganu). Co więcej, niekiedy z pomyślunkiem należy się ukrywać, żeby nie wyszło, że jest się mądrzejszym od przełożonego – to może kosztować posadę.

A takie ukrywanie bywa naprawdę trudne. Swego czasu pracowałem w firmie papierniczej i m.in. robiłem konkursy plastyczne dla dzieci. Jeden z nich nosił tytuł „W stylu Klimta”. Napisałem prezesowi notatkę, by zatwierdził konkurs. W pierwszych słowach poinformowałem, że był taki malarz itd. Szef przeczytał, pokiwał głową i spytał:

Fajny konkurs, ale niech mi pan powie, co to jest ta klimta?

Oto sól ziemi, następca założyciela firmy, „twórcy” ok. 200 miejsc pracy. Czy przypadkiem trafiłem na półgłówka? Im więcej pracodawców poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zadziałała statystyka. Cóż było robić? Pozostało „przybrać wygląd lichy i durnowaty”, zgodnie z coraz bardziej aktualną instrukcją dla czynowników.

Można by rzec: Ciesz się, kolego, że dobrze płacą i nie wymagają. Niestety, lata mijają, a miarą moich osiągnięć będą kolejne bzdurne projekty, załatwione drobiazgi. Dociągnę – być może – do emerytury, a następnie pójdę do piekła za marnowanie talentów.

Tak więc po godzinach walczę o duszę – próbuję realizować talenty z pożytkiem społecznym. Zazwyczaj kosztem snu. Na dłuższą metę jednak skutkuje to trwałym przemęczeniem, i w konsekwencji niezdolnością do twórczego wysiłku.

GET A JOB, HIPPYKiedy pierwszy raz zetknąłem się z opinią, że ludzi zmusza się do nic nie znaczących prac po to, by przypadkiem nie myśleli o zmianie społecznej, pomyślałem, że to chyba jednak nadinterpretacja, jeśli nie paranoja. Jednak praktyka rynku pracy jest co najmniej zastanawiająca: Skoro jedni specjaliści zarabiają bardzo dobrze i pracują grubo ponad 40 godzin tygodniowo, a inni są w tym czasie bezrobotni, drżą o byt i nie zarabiają wcale, to dlaczego nie mogłoby być tak, że jedni i drudzy pracują nie przemęczając się i zarabiając znośnie?

Odpowiedzi daje bardzo dobry artykuł Davida Rolfe’a Graebera, podany ostatnio po polsku przez Nowego Obywatela.

„Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (…). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek ? jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.”

I dalej stawia pytania – te same, które stawiam ja, dzień w dzień po pracy stojąc w godzinnym korku:

„Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia?

2013-08-27-watterson_1Pozytywnie próbuje podejść do tematu legendarny rysownik Bill Watterson. Polecam jego wzruszający komiks (fragment obok) dostępny w formie jednej planszy tu.

Przepraszam, muszę kończyć wpis. Zwolnienie zwolnieniem, ale zadzwonił kierownik: czeka mnie twórcze i potrzebne przygotowywanie prezentacji!

Krajobraz po bitwie

Jak co roku, wszyscy jaramy się Powstaniem. Tak, jaramy, bo o refleksji historycznej, nie wspominając o moralnej, nie ma mowy. Uważamy, że śmierć 150 tys. krajan była spoko i nie wypada wspominać, że posłanie ich na tę śmierć było głupie i zbrodnicze. A ostatnio doszedł do pierwszosierpniowego akordu jeszcze jeden głos: że bez ofiary Powstania nie bylibyśmy tu, gdzie teraz. Zgadzam się – bylibyśmy o wiele dalej.

PIC_69-8-8

Rynek Starego Miasta po Powstaniu. Fot. Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki, dzięki uprzejmości Nar. Archiwum Cyfrowego

Lista poległych zawiera nie tylko stopnie i funkcje wojskowe. Pełna jest takich określeń jak „poeta”, „prawnik”, „chirurg”, „aktor”, „nauczyciel”, „polityk”. Nie wspominając o instruktorach harcerskich, których roli nie da się przecenić. I nie wspominając o dzieciach, które nie zdążyły ani pokończyć szkół, ani wykazać się czymś innym poza bohaterską postawą – kim mogłyby być? Dziesiątki tysięcy ludzi, wyróżniających się właśnie postawą. W ochotnicze szeregi powstańcze wstępowali bowiem głównie ludzie czujący moralny obowiązek, płynący z różnych źródeł ideowych. I – jak wiemy – w wielkiej części zginęli.

Gdyby ci ludzie przeżyli wojnę, jak wyglądałaby sowiecka dominacja? Gdyby nie poszły na śmierć tysiące nastoletnich dzieci – może trudniej byłoby stalinistom sterroryzować całą generację? Gdyby pokolenie Kolumbów dożyło „lat sprawnych”? Zaznaczmy: jedyne pokolenie wychowane w warunkach niepodległości państwowej, skonfrontowane z konfliktami społeczno-politycznymi epoki, z odsuniętą na bok grozą obcych najazdów.

Szkoda się bawić w historie alternatywne. Można jedynie przypuszczać, że świat powojennych wyborów politycznych byłby nieco szerszy, może jak w Jugosławii. Może tzw. „komuna” trwałaby krócej, może Polski Październik wyglądałby raczej jak Węgierski – a Polakom i Węgrom na raz i cały Układ Warszawski mógłby nie dać rady. Może Polska Rzeczpospolita Ludowa bardziej by zasługiwała na swoją nazwę (każdy z jej członów). Może wreszcie ludzie ci przechowaliby dla kolejnych pokoleń coś z kultury politycznej pierwszej ćwierci wieku i bolesne doświadczenie „sanacji”: może u progu III RP pamiętalibyśmy że są polityczne alternatywy i co naprawdę znaczy „pluralizm„.

Gdyby nie Powstanie, może istotnie nie bylibyśmy tu, gdzie dzisiaj.

Co Wy na to, tow. Machajski?

Mało dziś znany, ale przenikliwy teoretyk i krytyk rewolucji, Jan Wacław Machajski, przewidział, że inteligencja skonsumuje ruch robotniczy, aby zająć lepsze miejsce w hierarchii społecznej. Stąd Machajski zwalczał udział inteligentów w ruchu robotniczym. Czy jednak bez nich taki ruch w ogóle byłby możliwy? Moje niedawne doświadczenie pokazuje, że jednak jestem potrzebny.

Chodzi o demonstrację w obronie 8-godzinnego dnia pracy, zagrożonego właśnie nowelizacją kodeksu pracy, pod pozorem „uelastycznienia” warunków pracodawcom. Akcję zorganizowała ekipa składająca się w większości ze studentów i ludzi z dyplomami, a więc inteligentów. Jej odbiorcami byli przechodnie i pracownicy okolicznych sklepów – a więc głównie (by użyć klasycznej terminologii) proletariusze. I co?

Proletariusze dowiadywali się o niekorzystnych zmianach od inteligentów. Część wprost nie mogła uwierzyć i zarzucała nam, że kłamiemy. Pewna pani sklepowa skarżyła się, że przez hałasy nie może pracować. Większość przeżywała swoje zadziwienie w milczeniu. Mamy nadzieję, że przynajmniej przyjęli do wiadomości, co im rząd skroił. Jeden chłopiec stwierdził, że trzeba ulżyć przedsiębiorcom, i że on chętnie dołoży swoją pracę za darmo w tym zbożnym celu.

Tak więc fakty są takie: Udane rewolucje zostały przejęte przez inteligencję, która stworzyła własny despotyzm (w Rosji) i własną burżuazyjną oligarchię (Niemcy, Polska). Dla Machajskiego to nic dziwnego: wg niego, warstwa wykształcona, dzierżąca technologie przemysłu, gospodarki i społeczeństwa, wykorzystała chłopów i robotników dla umocnienia własnej pozycji. Historyczne przykłady, z solidną podbudową teoretyczną machajszczyzny, każą nam, inteligentom, wystrzegać się samych siebie. Nasza misja jest jednocześnie naszą alienacją, jest groźbą. Z drugiej strony faktem jest, że jednak musimy wołać na puszczy.

Na marginesie warto zwrócić uwagę na fakt pewnej anachronizacji idei autora „Robotnika umysłowego”: Podkreślał on nierówność w dostępie do edukacji i wiedzy, które postrzegał jako narzędzie produkcji i ucisku, podobnie jak kapitał. Obecnie wykształcenie i dostęp do wiedzy są tak powszechnie, że właściwie nie grają już tej roli co sto lat temu. Statystycznie ok. 40% naszych „proletariuszy” z demonstracji miało wyższe wykształcenie…

O nas, Indianach

Kolejny ? po ?Jezusie Chrystusie Zbawicielu? ? anarchochrześcijański spektakl ?Łaźni Nowej? nie może mnie nie cieszyć. Ostra krytyka kapitalizmu, pytania o rolę chrześcijaństwa w społeczeństwie, zachęta do pogłębionej analizy naszego ?tu i teraz? ? to lubię. Tym bardziej, że przyjęta koncepcja inscenizacyjna i zaangażowanie artystów nieprofesjonalnych sprawiają, że ?Klub miłośników filmu ?Misja?? brzmi dużo bardziej autentycznie, niż inne znane mi produkcje ?teatru zaangażowanego? (fakt, nie jest tego dużo).

Wszyscy jesteśmy Indianami

Koncept prosty: wstawić fabułę ?Misji? w realia tutejsze i współczesne. Okazuje się, że o nas ? przynajmniej o ?dolne? 80% z nas ? trwa walka między misjonarzami a handlarzami niewolników. Handlarz nie łapie niewolników na arkan, a na ofertę zapewnienia ?znacznie lepszego standardu?. Nie kryje ani swoich zamiarów, ani tego, czym jest on i jego oferta: ?Drogą i życiem. Chujowym, ale życiem?. I Indianie, z pełną świadomością tejże mizerii, idą za handlarzem. To obrazek oczywisty, można pokiwać głową, tak jest, role wyraźnie rozdzielone między ?my? i ?oni?. To scenka jakich miliony w naszym ostatnim 20-leciu.

Pytanie kim jest ojciec Gabriel. Po prostu duchownym ? misjonarzem? W naszej ?dżungli? o rząd dusz walczyły instytucje wprowadzające religię w szkole, toruński redemptorysta i szlachetna spółka ubogich mnichów z Rupertem Murdochem. Natchniony Gabriel, budujący społeczność na wzór pierwszych chrześcijan i ? expressis verbis ? wbrew państwu i kapitałowi, nie da się przełożyć w skali 1:1 na nasze codzienne doświadczenia. Może są tacy (życzyłbym sobie), może nawet próbują coś robić, np. w takim Emausie?

A może chodzi właśnie o to, że Gabriel to ciało obce, że pasowałby do naszej historii, że mógłby ją kształtować, ale go w niej nie ma? Widać zresztą, że strona handlarzy się go boi (kapitalne ?Towarzystwo Jezusowe? wykrzyczane w stylu metal), że nie ma najmniejszego punktu stycznego między misjonarzem a nimi.

Religijne ? niereligijne?

A może Gabriel w ogóle nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem? Wskazywałyby na to pieśni tubylców śpiewane pod jego kierunkiem: ?Wlazł kotek? i ?Siała baba mak?. Z drugiej strony, misjonarz mówi o Bogu bardzo dużo, a scena pokuty i przeobrażenia Mendozy jest na wskroś religijna. Jest więc nad czym myśleć, chyba, że jeden z tych tropów jest fałszywy, ot, drobne potknięcie scenariuszowe.

O decyzję kardynała

Węzłem krakowskiego przedstawienia, jak i fabuły filmu ?Misja?, jest proces pomiędzy misjonarzami a reprezentantami królów Hiszpanii i Portugalii. Rozstrzyga kardynał Altamirano, tyleż cyniczny, co tragiczny (Jan Peszek). Za dwóch królów można podstawić np. Coca-Colę i Pepsico, PO i PiS itd. Ziemia ?nad wodospadami? należy do jednego z nich na mocy porozumienia monarchów. Adwokaci przypominają cynicznie, że od werdyktu kardynała zależy, czy ziemia ta będzie należeć do Kościoła. Nadzieję budzi kwestia Altamirany ?Ja też byłem jezuitą? (ciekawe jaki wpływ na powstanie spektaklu miała zmiana na Stolicy Piotrowej). Trzymam kciuki, panowie kardynałowie.

Inscenizacja: Niby-bajka o prawdziwych problemach

Bodaj największą siłą (a i zasługą) ?Klubu? jest oddanie głosu ?Indianom? ? czyli ?zwykłym ludziom?. Indianie ? nowohucianie ? własnym głosem opowiadają o krzywdach doznanych od kolonistów kapitalizmu: ubóstwie, zepchnięciu na margines, gentryfikacji. Mnie najbardziej zapadła w pamięć skarga na ?rozwój osobisty?, czyli marketingowo-światopoglądową papkę dewastującą ludzkie osobowości.

Liczne zabiegi inscenizacyjne (jak wspólna biesiada z widzami), wraz z tym, że wypowiadają się ludzie, a nie postaci z baśni, sprawiają, że rzeczywiście ma się wrażenie, iż spektakl jest o nas. Zrodziło to pewne problemy, które twórcy dopiero muszą rozwiązać (chociaż widziałem próbę generalną z udziałem publiczności, a nie finalne przedstawienie). Jednak pomimo pewnych niedociągnięć (ze dwie dłużyzny, nade wszystko problemy z akustyką ? znów nie zrozumiałem wszystkich kwestii), ryzyko bardzo się opłaciło.

Światowy Dzień Pozytywnego Sprzężenia Zwrotnego dla Aktywistek i Aktywistów

Światowy Dzień Pozytywnego Sprzężenia Zwrotnego dla Aktywistek i Aktywistów ogłoszony został 5 kwietnia przez aktywistę Piotrka Marczyka z PdM. Potrzebny taki dzień, potrzebny.

Od zmian rozkładów jazdy przez likwidację szkół, budowę szosy w obszarze chronionym po wprowadzenie GMO. Aktywista jest potrzebny: zarejestrować demonstrację, napisać dokument, zrobić coś-tam-jeszcze, upowszechnić, albo przynajmniej poradzić i skontaktować. Nie ma tygodnia, żebym nie miał 2-3 takich próśb od ludzi, których dotykają decyzje władz, i których oczywiście władza nie pytała o zdanie. Wszyscy oni, i ich sprawy, oczywiście zasługują na wsparcie. No i pomaga się temu, tamtemu, jeszcze tamtemu – jak Gombrowicz ratujący żuczki na plaży:

Witold Gombrowicz, Vence fot. Bohdan Paczowski(…) widząc opodal nowe żuki na równinach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę torturowanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak oszalały, z pomocą, z pomocą, z pomocą! Ale, wiedziałem, to nie może trwać wiecznie ? wszak nie tylko ta plaża, ale całe wybrzeże, jak okiem sięgnąć, było nimi usiane, więc musi nadejść moment, w którym powiem ,,dość” i musi nastąpić ten pierwszy żuk nie uratowany. („Dzienniki”, 1958)

Tym bardziej, że żuczki wciąż są przewracane. Czasem mam wrażenie, że władza i biznes rzucają kolejne fantastyczne projekty tylko po to, byśmy trawili swoją energię na bieżące protesty, zarzucając własne przedsięwzięcia pozytywne. Nawet urzędnicza inercja, wyposażona w potężny i bogaty aparat, z łatwością radzi sobie z ruchem oddolnym prowadzonym „na lekko” i po godzinach. I tak leżą odłogiem spółdzielnie spożywcze, polskie wydania ważnych obcojęzycznych książek, obniżenie emisji spalin – że wspomnę tylko o swoich pomysłach.

WW-II-Battle-fatigueLudzie aktywiście nie dziękują, bo koniec końców, nic nie udało mu się od A do Z załatwić. Zwracają uwagę, że nie robi nic pozytywnego, tylko do znudzenia protestuje. Co więcej, nieraz oberwie od innego aktywisty, a i sam mu dołoży („brak idei wszystkich jednoczy, kilku nie może zjednoczyć”, śpiewał Staszewski). Rozbijacz, warchoł, a w dodatku wiecznie spięty i jakiś taki sierioznyj. Nie dziwcie się temu nastrojowi – to syndrom wyczerpania walką.

Może warto wspomnieć (bo nie dla każdego jest to oczywiste), że aktywista też ma rodzinę, pracę którą wykonuje, by tę rodzinę utrzymać, zainteresowania kulturalne, potrzeby higieniczne (jak sen, sport, czy odżywianie) i – last but not least – duchowe. Aktywista zagrożony jest wyginięciem, jak wróbel. I jak wróbel, jest potrzebny w ekosystemie i pożyteczny dla człowieka. I do niego też stosuje się zalecenie Gałczyńskiego:

Kochajcie wróbelka, dziewczęta
Kochajcie do jasnej cholery!

Uprasza się o pozytywną informację zwrotną, przynajmniej raz do roku.

W stronę karykatury

Byłem ostatnio na sesji rady jednej z dzielnic mojego miasta. Wiem już dokładnie, i na przykładach, dlaczego „demokracja”, jaką znamy, nie działa. Dzielnica jako najbliższe obywatelowi przedstawicielstwo, jest soczewką, w której jak na dłoni widać wszystkie problemy.

Prawnikokracja

Radni podejmują decyzję o wyborze przewodniczącego komisji. Już ma dojść do głosowania, gdy ktoś mówi – Hola! Czy członek zarządu może być przewodniczącym komisji? Jedni mówią – Tak, oczywiście. Inni – Nie, skądże. Jedni i drudzy powołują się na prawo. Wreszcie przewodniczący ucina dyskusję – sprawa wymaga opinii prawnej z urzędu gminy. Czyli radnymi – przedstawicielami ludu – rządzi prawnik-urzędnik.

Powodem jest gmatwanina sprzecznych przepisów, w tym tak podstawowych jak statut dzielnicy i regulamin jej rady. Dokumenty te oczywiście nie zostały w żadnym stopniu przyjęte przez radę, ale spisane przez urzędników i oktrojowane przez organy gminy. Czy zawierają tyle wad dlatego, że spisali je światli fachowcy (obywatele – nie-parwnicy nie daliby sobie z tym rady), czy też po to, by wiązać ręce tym organom przedstawicielskim, które są najbliżej obywatela?

Jednostka pomocnicza

Dzielnica jest „jednostką pomocniczą” gminy. W czym jej pomaga? Ano, w kanalizowaniu pozytywnej, jak i negatywnej inicjatywy ludzi. Masz jakiś problem? Np. za oknem jednopiętrowego domu chcą ci postawić wieżowiec? Idź do rady dzielnicy. Ona wyda negatywną opinię o inwestycji. Opinia zostanie złożona w jakimś segregatorze, ale nie wpłynie na budowę wieżowca – gdyż nie jest wiążąca dla gminy. Paradoksalnie, masz większe szanse na wysłuchanie i przeprowadzenie swojej woli jako pojedyncza osoba, czy członek prywatnego stowarzyszenia, niż jako obywatel dzielnicy, która jest po to, by cię reprezentować. Jednak prawdopodobnie po skorzystaniu z instytucji dzielnicy, opadną ci ręce, a na to liczy władza skorumpowana przez inwestora.

Nie inaczej jest z aktywnością pozytywną. Np. jeśli dzielnica chce podjąć decyzję o wydatkowaniu skromnej nadwyżki budżetowej w sposób partycypacyjny, to oczywiście może to zrobić, ale ma na to tylko 4 miesiące – bo w lutym dowiaduje się z urzędu miasta, że nadwyżka będzie, a w czerwcu musi mieć przygotowany projekt wydatków. Przy długotrwałym procesie uchwałodawczym, konieczności akcji edukacyjnej wśród mieszkańców, żmudnym procesie weryfikacji wniosków i głosowania, oznacza to, że w praktyce ludzie będą mieli 2-3 tygodnie na przemyślenie i sformułowanie projektów budżetu partycypacyjnego. Jeżeli udział mieszkańców w kontroli nad tym procesem nie jest iluzoryczny, to tylko dzięki dobrej woli radnych, gdyż w ramach obowiązujących praw nic tego nie gwarantuje.

Mandat do teatru

W tym stanie rzeczy rady dzielnicy tylko w nieznacznym stopniu stanowią reprezentację społeczności. Znacznie bardziej przydają się jako przechowalnie działaczy partyjnych, którzy nie znaleźli się na listach wyborczych do innych – „wyższych” ciał. Ale nie tylko.

Praktyczna niemoc rady dzielnicy ws. rzeczywistych problemów społeczności prowadzi m.in. do tego, że radni szukają innego kanału ekspresji dla swoich osobowości. Tak powstaje pseudopolityczny teatr, w którym publicznością są głównie sami aktorzy (postronni obserwatorzy, jak ja, stoją oniemiali). Pretensje, krzyki, emocje podkręcone wypitym przed sesją alkoholem – a wszystko to w ramach procedur udzielania głosu, kwestii formalnych i „ad vocem”. W końcu czym byłby teatr bez teatralnych form?

Komedia, że Gogol by lepszej nie napisał. I za Gogolem można by rzec: „Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”. Do samych siebie możecie mieć pretensje. Czy jedynie? Nie. U źródeł tej karykatury leżą całkowicie błędne założenia dotyczące samorządności:

  • Że samorządność może być odgórna (poziom niższy zależy instytucjonalnie i politycznie od wyższego, a nie na odwrót).
  • Że mandaty przedstawicieli samorządowych mają być wolne.
  • Że wewnętrzny ustrój samorządów nie może być regulowany przez nie same, tj. przez ludność, która samodzielnie tworzy swoje instytucje.

Trzymanie się tych założeń jest źródłem powszechnie znanych wypaczeń samorządu terytorialnego. I tu Gogol się kłania. Bo kto się tych założeń kurczowo trzyma? Pan, pani, społeczeństwo.