Archiwa kategorii: Kultura

Wróg ludu w Starym Teatrze

Wróg taki jak ja

Na ?Wroga ludu? Henrika Ibsena/Jana Klaty w Starym Teatrze w Krakowie warto wysłać każdego kto koleguje się z anarchistami.

Historia jest o lekarzu w małym uzdrowiskowym miasteczku. Doktor Tomasz Stockman stwierdza i ogłasza publicznie, że zdrowotne kąpielisko, które jest głównym źródłem rozkwitu miasteczka, pełne jest mikrobów i w zasadzie truje a nie leczy. A żeby miasteczko było rzeczywiście uzdrowiskiem, potrzebna jest długa i kosztowna przebudowa kanalizacji. Wystąpienie doktora sprowadza poważne problemy na jego i jego rodzinę.

Spektakl jest świetnie zrobiony. Mamy fajną (to naprawdę najlepsze określenie) scenografię, piosenki, tańce, niemało śmiechu. Sporo gorzkiej ironii, także wobec głównego bohatera, który wcale nie jest taki świetlany. I doskonałą obsadę. Aktorzy pokazują to, co najistotniejsze w tekście Ibsena, a może i interpretacji Jana Klaty:

Świetny Radosław Krzyżowski w roli burmistrza i brata doktora, idealnie pokazuje zawodowego polityka, który, jak u Machiavellego, bywa ?lisem i lwem?. Równie dobrze w tej roli można by obsadzić Donalda Tuska. No ale Krzyżowski jest przystojniejszy i bardziej sympatyczny.

Zbigniew Kosowski, niezwykle trafnie przedstawiający liberalnego tchórza z klasy średniej, z tej materii, która zawsze pływa po wierzchu, ze swoim ?umiarkowaniem jako najważniejszą cnotą obywatela?.

Michał Majnicz jako lewicujący redaktor, który, gdy przychodzi co do czego, stara się przede wszystkim wpasować w system i Bogdan Brzyski jako lokalny karierowicz.

Monika Frajczyk jako córka doktora kreuje rolę, w której jak w krzywym zwierciadle powinni się przeglądać wszyscy młodzi aktywiści.

No i oczywiście Juliusz Chrząstowski w roli doktora Stockmana, miotający się między obowiązkiem moralnym, chętką na wielkość, a rezygnacją.

Wróg ludu, Michał Majczyk, Monika Frajczyk

Michał Majnicz i Monika Frajczyk we „Wrogu ludu” Jana Klaty. Fot. Magda Hueckel

Te, i inne postaci (naprawdę każdy z aktorów zasługuje na pochwałę) tworzą sytuacje dobrze znane z lokalnej i krajowej polityki, a także z naszego aktywistycznego doświadczenia. Manipulacje władzy, gra interesów i wicie się mięciutkich kręgosłupów ? wszystko to zobaczycie w końcu na scenie, a nie w ?realu?. Doświadczenie trochę oczyszczające.

Dla mnie najmocniejsze było to, co działo się między doktorem a jego żoną (nieco tajemnicza Małgorzata Zawadzka), bo jako żywo przypominało moje własne ?sceny małżeńskie?, gdy popadłem w przejściowe kłopoty z władzą ze względu na poglądy. Skąd oni wiedzieli jak to wygląda? Zespół Starego bardzo dobrze zrozumiał postaci i procesy dziejące się między postaciami.

Kluczowym momentem sztuki jest monolog doktora. Pominięto tutaj tekst Ibsena, a Juliusz Chrząstowski, w imieniu tyleż Stockmana, co swoim, mówi o bieżących problemach miasta (historia smogu w Krakowie toczka w toczkę przypomina historię zanieczyszczonego kąpieliska) i kraju. Jedzie po obecnym rządzie, uwypukla narastającą ksenofobię i nietolerancję. I bardzo słusznie, ale? mam wrażenie, że spłaszcza w ten sposób wydźwięk sztuki, rozmienia na drobne dokonanie całego zespołu tworzącego spektakl. Dodatkowym zgrzytem w monologu jest inteligenckie uniesienie i nieco klasistowski foch na Czerń, co to nie czyta książek.

Bo istotne jest to, że sztuka napisana 140 lat temu jest aktualna dziś, ale była aktualna i 5, i 20, i 60 lat temu. Bo ?Wróg ludu? Ibsena ? ale i Klaty, choć może on sam o tym nie wie ? jest o uniwersalnej prawdzie: Władza ? każda ? trwa dzięki złu, a jednocześnie to zło hoduje.

Zdjęcia autorstwa Magdy Hueckel, dzięki uprzejmości p. Barbary Kwiatkowskiej z biura promocji Starego Teatru.

Tekst ukazał się w czwartym numerze „A-Taku”. Zachęcam do lektury, pismo z numeru na numer jest coraz lepsze.

vaneigem604-tt-width-604-height-401-crop-0-bgcolor-000000-nozoom_default-1-lazyload-0

Życie ucieka, życie mknie

Piosenka „La vie s’écoule, la vie s’enfuit” Raoula Vaneigema chodziła mi po głowie, odkąd ją poznałem. Smutek, bezbrzeżny smutek codzienności i wyłażący zeń gniew  – zapisane w tej piosence – są mi niekiedy tak bliskie. Poza tym, „La vie s’écoule” to także dokument historii. Bywa, że bawię się w tłumacza. Jakiś czas temu przetłumaczyłem ją na polski. Tekst poniżej, ale najpierw oryginał, w interpretacji Jacquesa Marchaisa:

Życie ucieka, życie mknie

Życie ucieka, życie mknie
Dni defilada nudzi cię
Partie, wybory – pusty gest
Rewolucja zdradzona jest

Praca zabija, daje hajs
W supermarkecie kupisz czas
Kupiona chwila jest na raz
Młodzież umiera ? zabija czas

Choć do miłości jest twój wzrok
Odbija martwych rzeczy krąg
Bez realności i bez snów
Skazani na świat obrazów

Padli od pracy, głodu, kul
Dołączcie do nas teraz tu
W drogi początku trwamy wciąż
I dojrzewamy by wziąć broń

Zapłońcie nory klechów, glin,
Geszefty kupców, biznes-świń
Siejący burzę wzbiera wiatr
I nam do tańca niesie takt

Broń która mierzy w naszą pierś
Przeciwko szefom zwróci się
Dość kierowników, koniec państw
Co ciągną zyski z naszych walk

Przywileje

Zbieram materiały do artykułów (w końcu będą dwa) o sytuacji osób transpłciowych. I myślę sobie, kurczę, ja to jestem uprzywilejowany. No bo tak: w pracy z grubsza nikt mnie nie ocenia po wyglądzie, nie muszę codziennie wysłuchiwać impertynencji od obcych ludzi, nie potrzebuję wyroku sądowego by uznawano moją tożsamość, itp., itd. Jak w piosence Janusza Reichela:

Ale zaraz potem ugryzłem się w język: jakie to, cholera, przywileje? To się należy każdemu jak psu buda. Nie ma czegoś takiego jak przywileje białych cisheterosamców. Jest krzywda wszystkich pozostałych.

Świadek obrony, albo o pożytkach z Konkursu Chopinowskiego

Mija właśnie I etap Konkursu Chopinowskiego. Chcę przy tej okazji podzielić się wspomnieniem sprzed 10 lat. I podziękować.

Był to dla mnie czas bezrobocia. Czując ciężar odpowiedzialności za rodzinę, na garnuszku rodziców, jeździłem po całym mieście szukając jakiejkolwiek pracy (jaką znalazłem – opisałem w innym wspominkowym wpisie). Pamiętam jak szedłem na rozmowę do zakładu, który znajdował się poza zasięgiem komunikacji publicznej. Maszerując na „interview” wśród zbronowanych pól natknąłem się na leżącego na drodze buraka. Był to trafny omen. Rozmów z buraczanymi biznesmenami odbyłem wtedy niemało, płaszcząc się przed ich władzą. Oczywiście, rzutowało to na psychikę. Na szczęście, miałem telefon z radyjkiem.

A w radyjku jedyna stacja, której dało się słuchać, to była Dwójka, nadająca właśnie w kółko przesłuchania Konkursu. Żaden ze mnie meloman, i oczywiście różnic w wykonaniach utworów z początku w ogóle nie słyszałem. Ale że niektóre „kawałki” już wcześniej kojarzyłem, że wreszcie lepiej wsłuchać się w muzykę niż myśleć o kłopotach – wsłuchałem się. I rzeczywiście, z czasem zacząłem smakować Chopina, poznawałem jego muzykę i grę poszczególnych pianistów.

To oni dali mi wtedy nieoczekiwane wsparcie. Napełnili urodą przestrzenie które przemierzałem jeżdżąc na te głupie rozmowy z głupimi ludźmi. Wyzwalali z paraliżującego lęku. Uchronili przed depresją. Dziś chciałbym im podziękować – całej osiemdziesiątce. Tak, oczywiście, jestem przeciwnikiem profesjonalizacji sztuki, czyli jej oddzielenia i przekształcenia w narzędzie opresji. Ale gdy trybunał ludowy będzie sądził Konkurs Chopinowski – będę świadkiem obrony.

Złe książki dla dzieci – polecam

Jeśli chcesz, by twoje dziecko stało się w przyszłości nieco bardziej krytyczne i niezależne, jeśli chcesz by było bardziej współczujące, jednym słowem ? mądrzejsze i bardziej niezadowolone ze świata ? podsuwaj mu odpowiednie książki. Poniżej – kilka propozycji.

pitr_Alice_in_Wonderland_-_42_-_cards_flyingOstatnio znów przypomniałem sobie ulubioną scenę z „Alicji w Krainie Czarów”, kiedy dziewczynka odmawia udziału w procesie Waleta Kier, rozrzuca karty i wraca do swoich normalnych rozmiarów. Obraz ten, i słowa „jesteście zwykłą talią kart, niczym więcej”, towarzyszą mi już blisko 30 lat w sytuacjach konfliktów z grupami i strukturami. Niedawno mówiłem publicznie o tej scenie z książki Carrolla, jako o symbolu emancypacji człowieka ? przynajmniej intelektualnej ? z chorych struktur społecznych i odzyskiwania swoich virtutes. To drugie znaczenie ? fakt, że Alicja rośnie ? docierało do mnie całe dekady i pojąłem je ostatecznie już jako dorosły. Ale jako dzieciak przypominałem sobie we właściwych momentach, że nie warto dyskutować z kartami.

Bardzo silne wrażenie wywarły na mnie dwa z trzech  opowiadań Any Marii Matute, wydane w 1977 r. przez Naszą Księgarnię w tomiku „Szalony konik”: „Carnavalito” to trochę oniryczna baśń o sierotach wojennych i, choć dobrze jej nie rozumiałem, dobrze się stało, że sięgnąłem po nią pomiędzy kolejnymi odcinkami „Czterech pancernych i psa”. Z kolei „Szalony konik” to jeden z najsmutniejszych tekstów jakie kiedykolwiek czytałem. Fabuła opowiada o tym, jak dziki źrebak, odtrącony przez stado postanawia zaprzyjaźnić się z odtrąconym przez społeczność chłopcem. Pomimo okrucieństwa, jakim chłopiec darzy zwierzę, ono aż do tragicznego finału (wszystkie opowiadanie w tomiku mówią o śmierci) wierzy w przyjaźń. Mamy tu więc trudne relacje jednostki i zbiorowości, czystą miłość i jej skażenie przez społeczną opresję, utratę niewinności. Gdy przeczytałem „Konika” jako dziecko, umocnił we mnie ? jeśli nie zbudował ? szacunek dla każdego, bez wyjątku, outsiderstwa i obcości: „Jeśli to co widzę w twoich oczach, jest szaleństwem, w takim razie kocham szaleństwo.”

Fot. OperationPaperStorm  @Flickr, lic. CC BY 2.0

Fot. OperationPaperStorm @Flickr, lic. CC BY 2.0

Skoro o młodocianych outsiderach mowa, dziw aż bierze, że w swoim czasie nie przeczytałem „Pippi Pończoszanki” ? była to przecież „pierwsza postać w glanach pokazana przez polską telewizję”. Ostatnio z córką nadrobiłem zaległości  i… aż włos się jeży od interpretacji dzieła Lindgren. Oto sierota społeczna („mój ojciec jest królem murzyńskim, hej ho!”), bimba sobie z instytucji takich jak szkoła, czy policja ? a gdy już wchodzi z nimi w bliższy kontakt, ściąga na nie klęskę. A jednak ma wyostrzony zmysł moralny i społeczny, i gdy trzeba ? potrafi wykazać się bohaterstwem. Prawdziwy anarchistyczny ideał. I postać-pytanie: Czy świat nie byłby lepszy, gdybyśmy mniej „kształtowali” dzieci?

Wśród książek, które warto przeczytać, lub podsunąć dziecku jest na pewno coraz bardziej aktualna „Momo” Michaela Ende ? książka o dziewczynce, która musi uratować siebie ? i świat ? przed „szarymi panami”, handlującymi ludzkim czasem. Apokaliptyczna wizja rozpędzonego świata dorosłych, którzy nie mają czasu dla siebie i dla dzieci, bo go „zainwestowali” jest tyleż przerażająca, co rzeczywista. Książka mistrzowsko łączy thriller z baśnią i nawet jeśli nie dla treści, to dla przyjemności warto sięgnąć po tę jedną z lepszych książek jednego z najlepszych pisarzy dziecięcych.

Całkiem niedawno dowiedziałem się o bardzo śmiesznej i mądrej książce, która to, co Ende przedstawił w baśniowym dramacie, pokazuje w formie przygodowo-szpiegowskiej komedii z powiastkami filozoficznymi w tle. To „A w Patafii nie bardzo” Jacka Nawrota. Opowiqada o tajnej misji do Patafii ? kraju ogarniętego psychozą pogoni za zyskiem. Napisana została w latach 80. ub. w. i ku przestrodze wyśmiewała „niestworzone” i „przerysowane” patologie kapitalizmu. Ale gdy czytamy o celowym skracaniu żywotności produktów, albo o toksycznych nawozach, albo o publiczno-prywatnej praktyce lekarzy („Lekarze teraz, panie, zarabiają… Powie panu w przychodni, że groźna choroba, że on tutaj ma za mało czasu, poda swój adres… I biega pan, i pieniążki lecą…”) okazuje się, że rzeczywistość prześcignęła fikcję już dawno. To zwierciadło wcale nie jest krzywe. Wśród postaci spotkamy m.in. małego insurekcjonistę, a wśród epizodów ? przystępny wykład o alienacji. Wszystko wartko i z humorem.

Zestaw__Inny_Mek_547d9ca879d6eWszystko to książki nienowe. Na koniec chciałbym wspomnieć o rzeczy świeżej: „Inny Meksyk. Opowieści zapatystów”. Książka zawiera teksty neozapatystowskie, w tym przemówienia i deklaracje polityczne, oraz… opowiadania dla najmłodszych i nie najmłodszych dzieci, przypisywane Podkomendantowi Marcosowi. Opowiadania są krótkie, kilkuminutowe. Mówią o odwadze, sile, inności. Ale też o „tych sprawach”, kontrabandzie (ulubione opowiadanie A., w którym myszka nękana przez kotka robi użytek z karabinu maszynowego), czy neoliberaliźmie. Ich niezwykły idiom, łączący indiańskie tradycje, elementy realizmu magicznego, i mówienie wprost o problemach społecznych, sprawia, że ta lektura naprawdę wzbogaca. Warto to czytać razem z dzieckiem ? i rozmawiać. Czytałem A. w kolejce do lekarza. Podszedł do nas inny ojciec i, wyraźnie będąc pod wrażeniem tekstów, pytał, co to za książka. Przyznacie, rzadko się to zdarza.

Jakimi jeszcze lekturami uczynić życie dziecka bogatszym i trudniejszym? Czekam na propozycje.

Mojej córce zagraża gender

Tak. Powtarzam, mojej córce zagraża gender. Element cywilizacji śmierci. Oczywiście, to istniało zawsze, ale jako ojciec odnoszę wrażenie, że ostatnio gender panoszy się coraz bardziej. Jak się okazuje, jest na to dowód.

Rozwiejmy najpierw wątpliwości definicyjne. Genderów jest trochę, jeden naprawdę groźny: To diabelska ideologia, narzucająca obraz świata, w którym sztywno określone role płci są jasne: chłopcy mają korzystać z dziewczynek. Wielu wydaje się, że to ten drugi gender, ten o którym mówią biskupi, bardziej się rozwija, ba ? narzuca się nam. Może tak było. Ale popatrzcie, co kultura ? usłużna nałożnica systemu ? serwuje dzisiejszym dzieciom i młodzieży.

Reklama Lego z 1981 r.

Rzeczona reklama Lego z 1981 r.

Kilka tygodni temu dotarło do mnie echo dyskusji o stereotypizacji płciowej zabawek ? na przykładzie Lego. Pretekstem było porównanie amerykańskiej reklamy klocków z 1981 r. do obecnych produktów firmy dedykowanych dziewczynkom ? Lego Friends. Rzeczywiście, różnica jest uderzająca. W niegdysiejszej reklamie występuje dziewczynka jako dziecko, a przekaz ? kierowany do rodziców ? podkreśla dziecięcą kreatywność. Zero różu. Tymczasem reklamy Lego Friends są arcyróżowe, i opowiadają bynajmniej nie o konstruowaniu ? a o kuchni, salonie piękności i spotkaniach z przyjaciółkami.

Diabeł tkwi w ludzikach

Tak, to przykre ? powie ktoś ? tylko czy aby na pewno to gender? Chłopięce światy Lego również nie są przedstawiane zbyt konstruktywnie ? dwugłowe potwory, kilka linii licencyjnych, pozwalających na odtworzenie cudzych kreacji itd., itp. To oczywiście prawda. Chłopcom również obniża się wysiłkowy ?próg wejścia?. Ale ? po pierwsze ? stereotyp płci w przypadku Lego Friends ułatwia znacznie bardziej, a po drugie ? ludziki ?dziewczyńskie? są zupełnie niekompatybilne z ludzikami z pozostałych linii Lego. Oznacza to oczywiście nie tylko, że Lego Friends są tylko dla dziewczyn, ale ? pośrednio ? że wszystkie inne światy Lego ? są tylko dla chłopców.

Złe Lego, jak tak można? Odpowiada Martin Lindstrom, znany w świecie marketingowiec, który pracował m.in. w Lego. W na ogół smutnej książce o marketingu do dzieci i młodzieży pt. ?Dziecko reklamy? wzmiankuje, że duńskie klocki w całej swej historii nie sprzedawały się dobrze dziewczynkom. Dopiero wprowadzenie linii Bellville, o różowej kolorystyce i tekstylnych elementach (niekompatybilne ludziki były już wcześniej), pozwoliło producentowi na szersze dotarcie do tego rynku.

Popyt spotkał się z podażą. Trudno spodziewać się po kapitaliście, że będzie sumieniem rodziców i wychowawców. Znamienne również, że w odróżnieniu od roku 1981, dziś nie uświadczysz reklam Lego zwracających się do opiekunów. Praktyczny wniosek wysnuć można taki: Stereotypizacja płci idzie pod rękę z konsumpcją, jest ułatwieniem w procesie pozbawiania jednostki jej wewnętrznych właściwości, a co za tym idzie, uwalniania jej siły produkcyjnej i nabywczej. Występuje tu pozytywne sprzężenie zwrotne, które przerwać może rodzic. Jeżeli chce.

Trzeba, trzeba

Breast Preparing For Capitalism, źr.: Subvertising in Peru, http://picssr.com/photos/subvertising_in_peru/page2

Breast Preparing For Capitalism, źr.: Subvertising in Peru, http://picssr.com/photos/subvertising_in_peru/page2

Na kolejnym etapie życia dziecka ? kolejny etap wtłaczania w seksistowskie normy. Kiedy nastolatki poszukują swojej tożsamości, rozglądają lękliwie za wskaźnikami odpowiedniości, panująca kultura sprzedaje im gender: ilościowe (bo jakie inne w kapitalizmie) wskaźniki atrakcyjności seksualnej. Dziewczynka warta jest tyle, ile interesuje chłopców. No i mamy, ?że seks to paskudztwo [?] ale trzeba wykonywać te czynności dla lanserki? (seksuolog Wiesław Sokoluk w „Polityce” nr 10/2014). Strach posyłać dziecko do gimnazjum, bo się uspołeczni ? urynkowi.

Nie chodzi o rodzenie dzieci ? matki są na ogół racjonalne i wiedzą co to godność. Chodzi o konsumpcję tego wszystkiego co można tanio wyprodukować i drogo sprzedać ? lajfstajlu. A kiedy już przebrnie ta dziewczyna przez ?proces socjalizacji?, zrozumie spiżowe prawa społeczeństwa naśladującego rynek, nie będzie się dziwić, że zarabia 1/4 mniej niż koledzy z siusiakami. Taki jest determinowany genderem ludzki-kobiecy los. Ku chwale wzrostu gospodarczego.

Śpij spokojnie córciu, może będzie rewolucja.

Czy daleko jeszcze do ściany?

Trzy dni tryumfu biznesu nad rozumem i akcent nadziei kolejnego ranka. Hanna Gronkiewicz-Waltz pozostaje na stołku. ?Internety wygrywa? afera prosiaczkowa. 15W08 dewastuje witrynę geszeftu byłego dziennikarza, a obecnie ?pana z telewizji? Piotra Najsztuba.

image3004Powiedziano, że stanowisko Hanna zawdzięcza bezwładowi milczącej większości. Jest to tylko część prawdy, ponieważ o bezwład też trzeba dbać. Bywa on przedmiotem troski propagandystów nie mniej niż stymulacja pożądanych zachowań. Współczesne teorie społecznego wpływu mediów, poczynając od Gerbnera w latach 70. skupiają się właśnie na tym zagadnieniu:

Teoria kultywacji wskazuje, że media prezentują poglądy mainstreamu, jednocześnie kreując nadreprezentację bodźców kierujących odbiorców w stronę konserwatyzmu. Obecnie rośnie zagadnienie indywidualizacji doboru przekazów do odbiorcy (choćby przez media społecznościowe), jednak jak dotąd badania empiryczne potwierdzają ogóle założenia tez Gerbnera.

Teoria spirali milczenia tłumaczy na podstawie przesłanek psychologicznych (lęk przed izolacją, błędy atrybucji) zanikanie opinii spoza głównego nurtu w dyskursie publicznym, ale i osobistym. Jej autorka, Isabelle Noelle-Neuman znała te mechanizmy z autopsji ? za młodu, w l. 30. była dziennikarką, stopniowo wsiąkając w mechanizm nazistowskiej propagandy.

Teoria agenda setting, czyli ustalania porządku dnia, jest też najbardziej obecnie powszechną praktyką komunikowania politycznego. W skrócie polega ona na tym, że media i politycy (lub ? jak w naszej codzienności ? politycy i media) ustalają, o czym będzie się mówić.

Zobaczmy, jak to wyglądało w praktyce. Media wraz z politykami przejęli temat oddolnej (w miarę, bo jednak akcji przewodził lokalny polityk) inicjatywy odwołania prezydent Warszawy i podały go na swój własny ? typowy ? sposób: w konwencji PO contra PiS. Jako, że część mediów jest PO-wska, a część PiS-owska, rozpoczęła się wewnątrzsystemowa epika na głosy, rugując kompletnie prawdę o pierwotnym, obywatelskim odruchu. Rację mają więc ci, którzy uważają, że to PO i przychylne jej media ponoszą odpowiedzialność za niedostateczną frekwencję w referendum. Rację mają także ci, którzy odpowiedzialność tę kładą na barki mediów pro-PiS-owskich i tego okropnego Kaczyńskiego. Kreując pozorny spór, obie niby-frakcje poparły status quo, prawdopodobnie świadome (także te opozycyjne), że w ten sposób pozwolą HGW pozostać przy władzy. Zupełnie jak by chciały dać kliniczny obraz działania teorii kultywacji, spirali milczenia i agenda setting w jednej pigułce.

Kolejny dzień po głosowaniu przynosi ?aferę prosiaczkową? ? sieć hurtowni samoobsługowych wprowadza do sprzedaży pakowane próżniowo w całości prosiaczki. Wywołuje to powszechne zgorszenie ? biedne prosiaczki. Takie same prosiaczki, tyle, że pokawałkowane, widujemy na billboardach, w sklepach, na własnych talerzach. Nie pamiętamy wtedy, że w potwornych warunkach hodujemy i przemysłowo zabijamy zwierzęta. Dopiero prosiaczek wyglądający na mniej zabitego wywołuje w nas oburzenie, ale zupełnie bez refleksji systemowej. (Studium tego przypadku szczegółowo opisał i nieźle skomentował Antyweb). Tak, jak byśmy konsumowali media (bo przecież gdyby nie one, nie wiedzielibyśmy o prosiaczkach w hurtowni) nie używając przy tym rozumu.

W istocie, tak jest. Media podają nam treści i formy wywołujące emocje, ale nie wywołujące refleksji. Skutkiem tego, petryfikują one zastany (nie)porządek społeczny. Dlatego ?głupienie? mediów, na które my, inteligenci tak lubimy pomstować, stanowi wynik nie tylko owczego pędu, ale i przemyślanych decyzji koncernów, nie tylko zresztą medialnych.

Tak mijają 2 dni, wieczory i poranki typowego tygodnia historii mediatyzacji. Ten ostatni poranek przynosi jednak jeszcze inne zdarzenie: grupa 15W08 ujawnia fakt zdewastowania witryny knajpki, należącej do Piotra Najsztuba ? kiedyś cenionego dziennikarza, a dziś ? hm ? ?pana z telewizji?, kuglarza, no i restauratora. Odezwa towarzysząca zdarzeniu piętnuje prostytucję i głupienie mediów, słusznie wiążąc oba procesy.

Akt przemocy (jakże jednak delikatnej) sprawił, że przesłanie 15W08 trafiło na chwilę do mediów masowych. I ? co ciekawe ? wywołało przychylną reakcję konsumentów mediów, jak i jednego z trybików machiny. Może dochodzimy już do ściany, jeśli chodzi o propagandę?

Inteligent czy pracujący?

Zapalenie zatok i gorączka to nic przyjemnego. Odbiera siły, utrudnia pracę umysłową. Ale przynosi zwolnienie lekarskie. A dzięki niemu ma człowiek czas na zrobienie czegokolwiek pożytecznego i wykorzystanie potencjału intelektualnego. Oczywiście w przerwach w załatwianiu pilnych spraw, z którymi wydzwania przełożony. Ot paradoks.

Jako specjalista, pracujący w zawodzie od niemal 10 lat, nie powinienem narzekać na brak bodźców intelektualnych. Zgodnie z teorią, mechanizm rynku powinien dążyć do pełnego wykorzystania możliwości pracownika. Jakoś to nie działa, skoro miesiąc za miesiącem spędzam 8-10 godzin dziennie na robieniu rzeczy niemal zupełnie nie wymagających pomyślunku. A także w znacznej mierze niepotrzebnych nawet z punktu widzenia ostatecznego celu pracodawcy – zysku przedsiębiorstwa. Z reguły jest to sprzątanie bałaganu uczynionego niepotrzebnie przez kogo innego (praca w biurze przekonuje, że jak anarchia jest matką porządku, tak hierarchia – matką bałaganu). Co więcej, niekiedy z pomyślunkiem należy się ukrywać, żeby nie wyszło, że jest się mądrzejszym od przełożonego – to może kosztować posadę.

A takie ukrywanie bywa naprawdę trudne. Swego czasu pracowałem w firmie papierniczej i m.in. robiłem konkursy plastyczne dla dzieci. Jeden z nich nosił tytuł „W stylu Klimta”. Napisałem prezesowi notatkę, by zatwierdził konkurs. W pierwszych słowach poinformowałem, że był taki malarz itd. Szef przeczytał, pokiwał głową i spytał:

Fajny konkurs, ale niech mi pan powie, co to jest ta klimta?

Oto sól ziemi, następca założyciela firmy, „twórcy” ok. 200 miejsc pracy. Czy przypadkiem trafiłem na półgłówka? Im więcej pracodawców poznaję, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że zadziałała statystyka. Cóż było robić? Pozostało „przybrać wygląd lichy i durnowaty”, zgodnie z coraz bardziej aktualną instrukcją dla czynowników.

Można by rzec: Ciesz się, kolego, że dobrze płacą i nie wymagają. Niestety, lata mijają, a miarą moich osiągnięć będą kolejne bzdurne projekty, załatwione drobiazgi. Dociągnę – być może – do emerytury, a następnie pójdę do piekła za marnowanie talentów.

Tak więc po godzinach walczę o duszę – próbuję realizować talenty z pożytkiem społecznym. Zazwyczaj kosztem snu. Na dłuższą metę jednak skutkuje to trwałym przemęczeniem, i w konsekwencji niezdolnością do twórczego wysiłku.

GET A JOB, HIPPYKiedy pierwszy raz zetknąłem się z opinią, że ludzi zmusza się do nic nie znaczących prac po to, by przypadkiem nie myśleli o zmianie społecznej, pomyślałem, że to chyba jednak nadinterpretacja, jeśli nie paranoja. Jednak praktyka rynku pracy jest co najmniej zastanawiająca: Skoro jedni specjaliści zarabiają bardzo dobrze i pracują grubo ponad 40 godzin tygodniowo, a inni są w tym czasie bezrobotni, drżą o byt i nie zarabiają wcale, to dlaczego nie mogłoby być tak, że jedni i drudzy pracują nie przemęczając się i zarabiając znośnie?

Odpowiedzi daje bardzo dobry artykuł Davida Rolfe’a Graebera, podany ostatnio po polsku przez Nowego Obywatela.

„Źródła problemu nie leżą w sferze ekonomii, lecz polityki i moralności. Klasa rządząca zorientowała się, że ludzie szczęśliwi, produktywni i mający masę wolnego czasu są dla niej śmiertelnym zagrożeniem (…). Z drugiej strony, poczucie, że praca jest wartością moralną samą w sobie i że każdy, kto nie chce przez większość czasu być podporządkowanym jakiemuś rodzajowi związanego z nią rygoru, nie zasługuje na cokolwiek ? jest wyjątkowo dla owej klasy wygodne.”

I dalej stawia pytania – te same, które stawiam ja, dzień w dzień po pracy stojąc w godzinnym korku:

„Jak człowiek może w ogóle zacząć rozpatrywać kwestię swojej godności jako pracownika, skoro sam wie, że jego posada w ogóle nie powinna istnieć? Jak może nie stworzyć w sobie potężnego ładunku gniewu i rozgoryczenia?

2013-08-27-watterson_1Pozytywnie próbuje podejść do tematu legendarny rysownik Bill Watterson. Polecam jego wzruszający komiks (fragment obok) dostępny w formie jednej planszy tu.

Przepraszam, muszę kończyć wpis. Zwolnienie zwolnieniem, ale zadzwonił kierownik: czeka mnie twórcze i potrzebne przygotowywanie prezentacji!

Niby-umowa o niby-dzieło

Miało już nie być o kulturze, bo „nie czas ratować róże”. Cóż, skoro jej instytucje wkraczają w życie społeczne, i to od razu w ćwiekowanych glanach. Mamy Art Boom i ciekawe ogłoszenie o pracę w MOCAK-u.

Listek figowy satyra

W piątkowe popołudnie w Dwójce słyszałem, jak przedstawicielka festiwalu Art Boom przekonywała, że tym razem impreza nastawiona jest nie na turystów, ale na mieszkańców i ich realne problemy. Może stare hasło anarchistów, „Artysto, nie gentryfikuj„, w końcu dotarło do adresatów?

Fto. Michał Ramus via Krakowskie Biuro Festiwalowe

Fot. Michał Ramus via Krakowskie Biuro Festiwalowe

Wśród wielu wyszukanych festiwalowych projektów (są tak wyszukane, że brak mi słów, by o nich pisać), jeden zwraca uwagę tytułem: „Protest społeczny”. No, to może być coś dla mieszkańców. Jak głosi kuratorski opis pracy, „ma [ona] na celu zachęcenie widzów do dzielenia z artystką swoich żalów i pretensji, rzeczy przeciwko którym chcieli by zaprotestować albo które chcieli by uzyskać”. Pięknie. A jak? Poprzez wykonanie kolorowych tabliczek, i sfotografowanie z nimi ludzi. Jeśli ta praca ma wartość, to jest nią wielkie, choć pewnie niezamierzone, szyderstwo. Tabliczki bez haseł, za to kolorowe i estetyczne. Takich protestów społecznych chcą artyści, sponsor (którego nazwy złośliwie nie wymienię) i – a jakże – Jacek Majchrowski, który zaprasza na festiwal. Wyglądających dobrze na zdjęciu, ale bez treści, bez głosu, bez problemów.

Cóż, artyści po raz kolejny wsparli „dobrą przemoc” (tytuł dyskusji otwierającej festiwal) grantodawców, niby nic szczególnego. Owszem. Szczególne jest tu wykorzystanie społecznikowskiej retoryki, zwłaszcza haseł walki z gentryfikacją i budzenia aktywizmu (sic!). W mieście, w którym demonstrantów straszy się sądami, wielkie komercyjne imprezy mogą do woli zaśmiecać przestrzeń, a władze robią wszystko, żeby w miejsce brudnych ludzi powstawiać czyste oddziały banków, artyści przyjęli rolę listka figowego. Trochę tylko mnie dziwi, po co ten listek, skoro satyr nie zna wstydu.

Na marginesie Art Boomu pojawiła się na podgórskiej fontannie karteczka z napisem „fontanna albo nie fontanna”. Ot, dzieło – nie dzieło. Czy jego autorka ma umowę – nie umowę jak w MOCAK-u?

Akcjonizm w dziale kadr

Bo w awangardowej, słynącej z wystawiania prac o ważkim społecznym przesłaniu, instytucji szukają pracownika. Ma świadczyć pracę. Na umowę o dzieło.

Otto Muehl, "Oh Sensibility", 1970, fot. za goout.cz

Otto Muehl, „Oh Sensibility”, 1970, fot. za goout.cz

MOCAK prezentuje akcjonistów i ich próby kwestionowania systemu, jednocześnie wykorzystując najbardziej dotkliwą formę wyzysku, jaką ten system sankcjonuje. Sprzedaje kule-cipule, niby wyraz walki z patrymonialnym uciskiem, a jednocześnie jest gotowy ruchać każdą/ każdego, kto będzie na tyle zdesperowana/ zdesperowany, by mu na to pozwolić.

Może chodzi o to, że ludzie stanowią dla kuratorów tylko przykry dodatek do sztuki ? są tacy nieforemni, niewyedukowani, brzydcy. Skoro tak, może by MOCAK miał tyle odwagi, by informować o tym artystów, gdy będzie poszerzać zbiory. Niech powie o tym Liberze, Kozyrze, Sasnalowi i wszystkim innym. Warto też jasno powiedzieć publiczności: Nie życzymy was sobie, zależy nam tylko na waszych pieniądzach. Skoro mówią to kandydatom do pracy, niech mówią wszystkim innym.

Tak to sztuka wyzwala.

 

Łańcut – Rawenna, czyli kultura i akumulacja

Byłem jeszcze w podstawówce, gdy pierwszy raz zobaczyłem zamek łańcucki. Zrobił na mnie wrażenie (i robi dotąd), nie tylko przepychem, ale smakiem i pięknem. I jeszcze świadomością, że powstał z wyzysku moich przodków. Czy wielka kultura oparta na akumulacji kapitału jest rzeczywiście miarą naszej cywilizacji?

Wzór doskonałego ciała – z krwi i potu moich przodków

A. Canova, "H. Lubomirski jako Amor", fot. za: B. Trojnar, Łańcucki "Amor" Canovy w Possagno i Rzymie, "Spotkania z Zabytkami" 2008, nr 10, s. 13

A. Canova, „H. Lubomirski jako Amor”, fot. za: B. Trojnar, Łańcucki „Amor” Canovy w Possagno i Rzymie, „Spotkania z Zabytkami” 2008, nr 10, s. 13

Perełką łańcuckich zbiorów jest posąg Henryka Lubomirskiego jako Amora, dłuta samego Canovy. Portret chłopca zamówiła jego daleka ciotka, niezwykle rozmiłowana w urodzie dziecka, Izabela Czartoryska, w czasie ich wspólnej podróży do Włoch, Francji i Anglii. Propozycję złożyła artyście już światowej sławy i bynajmniej nie taniemu: 7 lat wcześniej Antonio Canova zaszczycony został 3-letnim stypendium Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Wenecji (300 dukatów rocznie), a od tamtej pory jego akcje wzrosły niepomiernie po przenosinach do Rzymu i stworzeniu „Tezeusza zwyciężającego Minotaura”. Właśnie kończył pomnik nagrobny papieża Klemensa XIV i był w połowie drugiego – Klemensa XIII. Podbijał jeszcze cenę polskiej księżnej, wymawiając się że nigdy jeszcze nie rzeźbił portretu. Jedna z najbogatszych kobiet w Polsce miała jednak gest i portret jej ukochanego Henryka z idealnym ciałem powstał. I zachwyca do dziś.

Ile kosztowała rzeźba, zwłaszcza liczona w dniówkach przeciętnego chłopa z dóbr Potockich – nie wiem. Czy chłop ten byłby szczęśliwszy wiedząc, że jego trud poszedł na coś tak pięknego – najwyżej w minimalnym stopniu. Czy to, że teraz każdy może dać się ponieść zachwytowi nad doskonałością dzieła Canovy usprawiedliwia wyzysk, z jakiego to dzieło powstało? Niestety nie, ponieważ jego uspołecznienie nastąpiło wbrew intencjom księżnej i jej kolejnych spadkobierców, na drodze gwałtownej.

Wyzwoleniec-męczennik i 26 tys. solidów

Co tam jedna niewielka figura, choćby śliczna. Kościół św. Witalisa w Rawennie (znów Rawenna) – to dopiero coś. Zbudowany w VI wieku, za cesarza Justyniana, robi wrażenie gigantyczną kubaturą, fantastyczną organizacją przestrzeni i – przede wszystkim – mozaikami. Minie niedługo 1600 lat jak z niesłabnącym blaskiem olśniewają widza para cesarska wraz z dygnitarzami, święci, patriarchowie, i sam Jezus na tronie świata, łaskawie udzielający splendoru cesarzowi. I złoto. Mnóstwo złota.

Więcej niż widać. Budowa bazyliki kosztowała 26 tys. solidów, czyli blisko tonę złota (no, tonę złotych monet, w których mogło być nawet parędziesiąt proc. miedzi). Wyłożył je ponoć grecki bankier Juliusz Złotnik. Czy to było dużo? Solid to mniej-więcej roczne wynagrodzenie niewykwalifikowanego robotnika. To tak, jak by cała ówczesna Rawenna przez rok pracowała za darmo (zakładając, że co drugi mieszkaniec zdatny był do roboty). To tak jak teraz 800 mln zł. Jak dwa stadiony olimpijskie w 50-tysięcznym mieście. Juliusz Złotnik zarobił je na finansowaniu obrzydliwych zbytków i wojen cesarstwa, pomagając w psuciu monety i śrubowaniu ucisku podatkowego.

Wyżej cenię bazylikę San Vitale niż pomnik Henia Lubomirskiego. Może dlatego, że to nie moi ziomkowie sponsorowali ją swoją pracą. Może przez jej wymiar sakralny. Trudno powiedzieć, czy ludzie, którzy ją wznieśli, stali się przez to lepszymi chrześcijanami. Ostatecznie, bazylika powstała nie tyle na cześć wyzwoleńca – męczennika św. Witalisa, ile cesarza Justyniana i jego żony Teodory. Może wreszcie dlatego, że jest już teraz uniwersalnym symbolem naszej kultury?

Jeśli to ostatnie, to czy uniwersalny symbol wart jest ceny wyzysku i poniżenia, jaką płacili biedni członkowie późnorzymskiego społeczeństwa? Raczej nie. Ale – jeśli nie – to czy zgodzilibyśmy się na świat bez San Vitale, ale z nieco większą dozą wolności i równości? I wreszcie: czy taki świat byłby możliwy, czy rzeczywiście byłby lepszy? „Ubogich zawsze mieć będziecie”. Trudne pytanie, ale nie wolno nam od niego uciekać.

Kultura tworzona w pełnej wolności i równości z pewnością byłaby inna. Czy gorsza? Nie sądzę, bo mechanizmy hierarchiczne wcale nie są skuteczniejsze w odsiewaniu ziarna od plew, niż wolnościowe (vide losy konkursu na projekt kościoła Opatrzności Bożej w Warszawie). Na pewno skromniejsza, słabsza finansowo, bo nie hołdująca osobistym ambicjom cesarzy i księżnych – choć i tu crowdsourcingowy projekt Lichenia nie pozwala zbyt łatwo przyjąć tego założenia. Wkraczamy w czasy, gdy oba modele będą mogły funkcjonować na równych prawach. Będzie ciekawie.

Dziękuję p. Małgorzacie Przybyszewskiej ze „Spotkań z Zabytkami” za pomoc w zebraniu materiałów to wpisu.