Archiwa kategorii: Kultura

O nas, Indianach

Kolejny ? po ?Jezusie Chrystusie Zbawicielu? ? anarchochrześcijański spektakl ?Łaźni Nowej? nie może mnie nie cieszyć. Ostra krytyka kapitalizmu, pytania o rolę chrześcijaństwa w społeczeństwie, zachęta do pogłębionej analizy naszego ?tu i teraz? ? to lubię. Tym bardziej, że przyjęta koncepcja inscenizacyjna i zaangażowanie artystów nieprofesjonalnych sprawiają, że ?Klub miłośników filmu ?Misja?? brzmi dużo bardziej autentycznie, niż inne znane mi produkcje ?teatru zaangażowanego? (fakt, nie jest tego dużo).

Wszyscy jesteśmy Indianami

Koncept prosty: wstawić fabułę ?Misji? w realia tutejsze i współczesne. Okazuje się, że o nas ? przynajmniej o ?dolne? 80% z nas ? trwa walka między misjonarzami a handlarzami niewolników. Handlarz nie łapie niewolników na arkan, a na ofertę zapewnienia ?znacznie lepszego standardu?. Nie kryje ani swoich zamiarów, ani tego, czym jest on i jego oferta: ?Drogą i życiem. Chujowym, ale życiem?. I Indianie, z pełną świadomością tejże mizerii, idą za handlarzem. To obrazek oczywisty, można pokiwać głową, tak jest, role wyraźnie rozdzielone między ?my? i ?oni?. To scenka jakich miliony w naszym ostatnim 20-leciu.

Pytanie kim jest ojciec Gabriel. Po prostu duchownym ? misjonarzem? W naszej ?dżungli? o rząd dusz walczyły instytucje wprowadzające religię w szkole, toruński redemptorysta i szlachetna spółka ubogich mnichów z Rupertem Murdochem. Natchniony Gabriel, budujący społeczność na wzór pierwszych chrześcijan i ? expressis verbis ? wbrew państwu i kapitałowi, nie da się przełożyć w skali 1:1 na nasze codzienne doświadczenia. Może są tacy (życzyłbym sobie), może nawet próbują coś robić, np. w takim Emausie?

A może chodzi właśnie o to, że Gabriel to ciało obce, że pasowałby do naszej historii, że mógłby ją kształtować, ale go w niej nie ma? Widać zresztą, że strona handlarzy się go boi (kapitalne ?Towarzystwo Jezusowe? wykrzyczane w stylu metal), że nie ma najmniejszego punktu stycznego między misjonarzem a nimi.

Religijne ? niereligijne?

A może Gabriel w ogóle nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem? Wskazywałyby na to pieśni tubylców śpiewane pod jego kierunkiem: ?Wlazł kotek? i ?Siała baba mak?. Z drugiej strony, misjonarz mówi o Bogu bardzo dużo, a scena pokuty i przeobrażenia Mendozy jest na wskroś religijna. Jest więc nad czym myśleć, chyba, że jeden z tych tropów jest fałszywy, ot, drobne potknięcie scenariuszowe.

O decyzję kardynała

Węzłem krakowskiego przedstawienia, jak i fabuły filmu ?Misja?, jest proces pomiędzy misjonarzami a reprezentantami królów Hiszpanii i Portugalii. Rozstrzyga kardynał Altamirano, tyleż cyniczny, co tragiczny (Jan Peszek). Za dwóch królów można podstawić np. Coca-Colę i Pepsico, PO i PiS itd. Ziemia ?nad wodospadami? należy do jednego z nich na mocy porozumienia monarchów. Adwokaci przypominają cynicznie, że od werdyktu kardynała zależy, czy ziemia ta będzie należeć do Kościoła. Nadzieję budzi kwestia Altamirany ?Ja też byłem jezuitą? (ciekawe jaki wpływ na powstanie spektaklu miała zmiana na Stolicy Piotrowej). Trzymam kciuki, panowie kardynałowie.

Inscenizacja: Niby-bajka o prawdziwych problemach

Bodaj największą siłą (a i zasługą) ?Klubu? jest oddanie głosu ?Indianom? ? czyli ?zwykłym ludziom?. Indianie ? nowohucianie ? własnym głosem opowiadają o krzywdach doznanych od kolonistów kapitalizmu: ubóstwie, zepchnięciu na margines, gentryfikacji. Mnie najbardziej zapadła w pamięć skarga na ?rozwój osobisty?, czyli marketingowo-światopoglądową papkę dewastującą ludzkie osobowości.

Liczne zabiegi inscenizacyjne (jak wspólna biesiada z widzami), wraz z tym, że wypowiadają się ludzie, a nie postaci z baśni, sprawiają, że rzeczywiście ma się wrażenie, iż spektakl jest o nas. Zrodziło to pewne problemy, które twórcy dopiero muszą rozwiązać (chociaż widziałem próbę generalną z udziałem publiczności, a nie finalne przedstawienie). Jednak pomimo pewnych niedociągnięć (ze dwie dłużyzny, nade wszystko problemy z akustyką ? znów nie zrozumiałem wszystkich kwestii), ryzyko bardzo się opłaciło.

Żyd contra gej

Nawet na zagranicznych wakacjach dosięgły mnie echa „dyskusji” nt. istoty związku „Rudego” i „Zośki”. To drugi – chronologicznie – przypadek, w którym tych wspaniałych ludzi ktoś próbuje sobie przywłaszczyć. Pierwszy był ONR, który na podstawie jednej, niezbyt wiarygodnej wypowiedzi stwierdził, że „Rudy” był jednym z nich.

Dystansuję się od bieżącej pyskówki, najlepiej ustawiła do pionu „dyskutantów” Pomarańczarnia, macierzysta drużyna J. Bytnara i T. Zawadzkiego. Ale na marginesie warto spojrzeć na dwie sprawy: Ideologiczne koneksje antysemityzmu i pochwały męskiego homoseksualizmu – tak ku przestrodze, jak „dla beki”, oraz prywatnych spraw twórców dzieł wielkich (tak, instruktorów harcerskich, zwłaszcza tych, którzy dali taki przykład, też trzeba nazwać wielkimi twórcami).

Spętani przez podludzi

Karol Szymanowski, fot. via Wikipedia, domena pub.

Karol Szymanowski, fot. via Wikipedia, domena pub.

Twórca dzieł wielkich, Karol Szymanowski, trudnił się, niestety, również pisaniem. Prywatnie, choć raczej nie skrycie, kochał – z wzajemnością – młodszego o 22 lata tancerza Borysa Kochno, a potem Siergieja Diagilewa i Cole’a Portera. Właśnie z myślą o Kochnie napisał powieść „Efebos”, której większość spłonęła w czasie wojny. Odtwarzana z relacji J. Iwaszkiewicza, korespondencji autora i jedynego ocalałego rozdziału, została gruntownie omówiona w interesującym blogu Kompromitacje. Niektórzy uważają ją za literacki „program” do „Króla Rogera”. Czy jest istotna? Jako znak czasu.

Otóż „Efebos” jest apologią homoseksualizmu na płaszczyźnie etyczno-estetycznej. Ukazanego jako najczystsza (bo wyzwolona od zwierzęcego instynktu przedłużenia gatunku) odmiana seksualizmu, stanowiący wyraz kultury, tego co wyższe wobec tego co niższe, idealizmu przeciw utylitaryzmowi. Dalej dowodzi, że „utylitarystyczna” etyka seksualna została narzucona Europie przez Żydów, wraz z chrześcijaństwem stanowiącym ledwie nadbudówkę do judaizmu, ale tłumiącym ukryty potencjał „człowieka Zachodu”. Jak uzupełnia autor Kompromitacji, Szymanowski szedł tu m.in. za Tadeuszem Zielińskim, którego próbka poglądów również warta jest uwagi.

Podobne idee nie były niczym niezwykłym w tamtych czasach – takich „twórczych rozwinięć” nietzscheanizmu, prowadzących opłotkami w stronę rasizmu i nie tylko faszystowskiego totalitaryzmu, było sporo. Nie zapominajmy, że dychotomia apollińsko-dionizyjska była nie tylko jednym z centralnych zainteresowań Szymanowskiego, ale też „elementem obowiązkowym” ówczesnego „dyskursu”.

Arno Breker, "Orfeusz i Eurydyka", fot. Museum Arno Breker/MARCO-VG, Bonn Hernieuwde @ Wikipedia, lic. CC-BY-SA-2.5

Arno Breker, „Orfeusz i Eurydyka”, fot. Museum Arno Breker/MARCO-VG, Bonn Hernieuwde @ Wikipedia, lic. CC-BY-SA-2.5

Jak pamiętamy, kariera Nikodema Dyzmy zaczyna się od zrugania ministra. Zachwyt nad „niezłomną wolą” i „prawdziwym mężczyzną” był możliwy właśnie w takim klimacie intelektualno-estetycznym, wyczekiwania „silnego człowieka”. Antysemityzm postnietzscheański w warstwie estetycznej po prostu musiał odwoływać się do ideału męskiej urody i – siłą rzeczy – przynajmniej pośrednio przeciwstawiać męskość kobiecości jako lepszą (spójrzmy tylko na płaskorzeźbę „nadwornego” rzeźbiarza Hitlera, Arno Brekera, przedstawiającą pięknego – a w każdym razie dopracowanego – Orfeusza i niekształtną Eurydykę). Stąd już tylko krok do porozumienia K. Szymanowskiego z Ernestem Röhmem, który widział w homoseksualistach „panów rasy panów”.

W tym kontekście Bytnar – antysemita pasowałby do Bytnara – geja jak ulał. To tak ku przestrodze, i aby wyjść poza schematy homo-lewica, hetero-prawica. A także trochę dla śmiechu, bo może dzięki „ujawnieniu” homoseksualizmu Bytnara lepiej zrozumiemy roszczenia narodowców, by „Rudy” był jednym z nich.

Autorzy dzieł wielkich – prywatnie

I druga refleksja: Czy ma znaczenie, jakiej orientacji byli bohaterowie „Kamieni na szaniec”? Czy biseksualizm Iwaszkiewicza wpływa na ocenę jego prozy? I – jeśli by uznać orientację seksualną za kategorię etyczną – czy per analogiam to, że Mickiewicz maltretował żonę, wpływa jakkolwiek na ocenę „Dziadów”? Czy antysemityzm Szymanowskiego sprawia, że mniej cenimy jego muzykę?

Na zlecenie barbarzyńcy

Ten wpis będzie krótki, bo mało mam czasu – wyjeżdżam. Zobaczyć m.in. mauzoleum Teodoryka, króla Gotów, który podbił Cesarstwo Zachodnie. Barbarzyńca zechciał, by jego grób stworzyli najprzedniejsi „inteligenci” jego czasów.

Mauzoleum Teodoryka. Fot. moja. Lic. CC, za podaniem źródła.

Mauzoleum Teodoryka. Fot. moja. Lic. CC, za podaniem źródła.

Literaci i filozofowie wymyślili symbolikę. Plastycy („arci”, mówiąc współcześnie) opracowali zdobienia. Kopuła – wykonana z jednego bloku kamienia – do dziś stanowi zadziwiający przejaw geniuszu inżynierii, a także organizacji pracy („zarządzania”, mówiąc współcześnie, czyli bardziej hierarchicznie). Słowem, inteligenci się napracowali. Wzięli zlecenie od prostaka-barbarzyńcy. Jak i my dzisiaj. Do porównań skłania szczególnie kształt kopuły grobowca – bardzo przypominający…

 

image

Fot. za: Hektorka, ttaakk.pinger.pl

…wieczko od lodów Koral.

To wieczko będzie świadczyć o naszym kunszcie jeszcze przez setki lat. Kto wie, czy nie przeżyje raweńskiego mauzoleum. Będzie też świadczyć o postawach współczesnych barbarzyńców i współczesnych inteligentów.

Koledzy z agencji reklamowej cieszą się z obsługi wielkiej galerii handlowej. Wygrali „mocno obstawiony” przetarg i trudno im odmawiać zawodowej dumy, mimo, że inwestycja, którą będą promować, ma niszczycielski wpływ na swoją okolicę. Gdyby dostali obsługę Coca-Coli sytuacja byłaby podobna – duma proporcjonalna do niesmaku, jaki musi wywoływać działalność globalnej korporacji.

Ja sam mam właśnie przerwę w pisaniu artykułu o serze. Staram się, to jasne, by tekst był napisany pięknie a prosto. I pewnie będę zadowolony z efektu, i z własnego profesjonalizmu (mój barbarzyńca raczej nie przeszkadza w pracy). Czy jednak istotnie będę miał powód? Moja „perełka content marketingu” będzie miała wartość wieczka od lodów. A nawet podobne przeznaczenie.

Barbarzyńca Teodoryk był chciwy i żądny władzy zapewne nie mniej niż panowie Koralowie, a pewnie i bardziej. Dlaczego budowle i pomniki wzniesione przez tych drugich nie zachwycą ani współczesnych, ani potomnych? Myślę że powody są następujące:

Nie zawstydzamy barbarzyńcy. Teodoryk, choć potężny, musiał mieć kompleks niższości względem łacińskich „inteligentów”. Na ich pozycję pracowały wieki przewagi cywilizacyjnej. Na naszą – pracujemy my i nam podobni. Już dawno powinniśmy byli pokazać kacykom biznesu te lata świetlne, które powinny nas od nich oddzielać. Odmowa wykonania pracy, która nie ma waloru etycznego, powinna być i środkiem, i celem tego oddalenia. Oczywiście, będzie trudno. Dopóki nie jesteśmy dość solidarni, by choćby nie godzić się na wielokrotnie zaniżone stawki, i dopóki nie przestaniemy dążyć do zrównania się z kacykami (to oni nas zawstydzają), dopóty oni nie będą dążyć ku nam. Nie będziemy twórczą inteligencją, z ważną funkcją społeczną, ale dodatkowym kosztem, wrzodem na ciele społeczeństwa. Do zmiany należałoby jednak odzyskać tożsamość, godność i etos naszej grupy.

Brzydkie wyrazy

Miało być o jednym, na „k”, ale tych brzydkich wyrazów jest znacznie więcej. Język jest kształtowany przez elity (czy dlatego coraz bardziej prostacki?) i wyraża to, co należy. Obawiam się, że jest jednym z najpoważniejszych czynników petryfikujących szeroko rozumiany „system”.

„A” jak „anarchia”, „anarchizm”, „anarchistyczny”

images„Chyba nie chcemy tu anarchii?” – pyta retorycznie Skipper w „Pingwinach z Madagaskaru”. „Pingwinów” nie można lekceważyć – precyzyjnie i mocno amplifikują kody popkultury, także dzięki doskonałym polskim dialogom (tu cytuję z pracy Tomasza Robaczewskiego). Oglądanie tego serialu potrafi zastąpić żmudne badania semiologiczne. Jeśli więc Skipper coś mówi, mówi to za całą formację społeczno-intelektualną, i mówi to do niezwykle szerokiej publiczności.

Za Skipperem powtarza np. pewien radny, realizujący pewien projekt wraz z anarchistami: „Na plakacie nie może być ‚Federacja Anarchistyczna’ bo ludziom kojarzy się z chaosem, i wywrotowo, i że to niedobrzy ludzie są”. Oczywiście można odparować, że niedobrzy ludzie to zasiadają w instytucjach przedstawicielskich, i tak to się kojarzy ludziom: z chaosem, złodziejstwem itd. Ale przynajmniej uzus językowy jest po stronie radnego.

„K” jak „klasa”, zwł. w związku „walka klas”

Brzydki wyraz, w dodatku oldschoolowy, trochę w stylu „Polska Ludowa”, „pierwszy sekretarz” lub „klawo”. Po prostu, takich rzeczy się nie mówi. Trend jest wyraźny: hasło „klasa społeczna” w Google Trends jest od roku 2009 coraz mniej popularne. Co ciekawe, trendu tego nie znajdziemy w skali międzynarodowej. Zainteresowanie anglojęzycznym tematem „social class” powoli, ale wyraźnie rośnie.

Względne ilości wyszukań hasła w czasie wg Google Trends

 

Względne ilości wyszukań hasła w czasie wg Google Trends

 Względne ilości wyszukań hasła w czasie wg Google Trends

„Walka klas”, czy choćby „konflikt klasowy” mają oczywiście jeszcze niższe statystyki. Albo boimy się o nich mówić, bo być może to jakieś złe zaklęcie, albo wolimy utrzymywać, że konflikt klasowy nie istnieje, może wstydząc się swoich klas. Kto się nie wstydzi? Np. Warren Buffet: „Tak, walka klas istnieje, ale to moja klasa, klasa bogatych, tę wojnę prowadzi i wygrywamy” (?There?s class warfare, all right, but it?s my class, the rich class, that?s making war, and we?re winning.?, cyt. za NYT). Szkoda że w Polsce kapitaliści są tak pruderyjni.

„P” jak „pauperyzacja”

Na „P” mogłyby być „PKB”. Ale jest „pauperyzacja”. Słupki rosną, Polska to statystyczna zielona wyspa (jak za Gierka statystyczna królowa ziemniaka). Inteligent pracujący wśród podobnych sobie nie usłyszy, że ludziom żyje się gorzej. Jemu samemu nie jest tak źle, choć siła nabywcza jego wypłaty również (slowly but surely) maleje.

Ludzie, którzy nigdy nie słyszeli brzydkiego słowa „pauperyzacja” (bo inteligenci tworzący media im o nim nie napomknęli) znają to zjawisko i chętnie Wam o nim opowiedzą. Wystarczy wyjść z getta względnego dobrobytu (bo nie ma w Polsce czegoś takiego jak getta biedy) i porozmawiać z ludźmi na ulicy, w sklepie itd.

„W” jak „wyzysk”

Wszyscy ciężko pracujemy i zaciskamy pasa. Nie ma wyzysku, tylko solidarna ciężka praca, żeby każdy miał kiedyś lepiej. Kto używa słowa „wyzysk”, podnosi bezzasadne roszczenia malkontentów, uważających, że im się coś należy za darmo. Wszyscy? Każdy? Kiedyś?

Są ludzie, którzy ciężko pracują. Magazynierki w chłodniach w hipermarkecie. Świeżo dyplomowani reklamiarze, ślęczący po nocach nad projektami, których nikt nie doceni. Mikroprzedsiębiorcy, którzy albo wypruwają sobie żyły od nadmiaru zleceń realizowanych po kosztach, albo nie mogą spać po nocach z ich niedoboru. Kto ma pracę, pracuje średnio 50 godzin w tygodniu. Są i ludzie, ale chyba przede wszystkim instytucje („struktury grzechu”), którzy na nich żerują. Są tacy, którzy tylko doglądają kapitału (przedsiębiorstw, mieszkań, podatków), wprawianego w ruch wysiłkiem nas – pracujących.

Z solidarnością nie ma to nic wspólnego. Zaklęci w „kryzys” nie domagamy się podwyżek, ani nawet waloryzacji płac w geście solidarności z pracodawcami, podczas gdy sprzedaż luksusowych aut rośnie.

Brzydkich wyrazów jest na pewno znacznie więcej, na ok. 0,5 miliona polskich słów. Znacie więcej? To wymieńcie.

Patroni ulic

Stanisław Kunicki

Stanisław Kunicki

Dziś, 28 stycznia, mija rocznica śmierci patrona mojej ulicy, S. Kunickiego. Narodnik i współtwórca Proletariatu, zginął na stokach Cytadeli w 1886 r. Przypominam sobie, że jeszcze w dzieciństwie patroni ulic wywarli na mnie wpływ.

Byłem dzieckiem, ale już wiedziałem, że „komuniści” to źli, odbierają ludziom wolność, sprawiają, że dorośli ściszają głos, no i jest bieda – ustrój „socjalistyczny” tak właśnie wyglądał oczami dziecka. Tak więc, kiedy nauczyłem się czytać i spytałem mamę o patronów ulic, byłem mocno zaskoczony odpowiedziami.

Frapowali mnie Okrzeja (co to jest okrzeja?) i Dubois (powinno się czytać „dubojs”, a nie jakieś dziwne „dibuła” – bibuła). Kim byli? Socjalistami. To byli źli? Nie, synku, walczyli o wolność.

 

Byłem na „Jezusie”

Chodzi o ?Jezusa Chrystusa Zbawiciela?, wystawionego przez Michała Zadarę w Łaźni Nowej na podstawie słynnego monodramu Klausa Kinsky?ego z 1971 r. Nad samym przedstawieniem nie będę się zbytnio rozwodził, ale zabiegi uczynione z tekstem dają do myślenia.

Mam szczęście rozumieć niemiecki ? język oryginału (zresztą, mój germanista z liceum także mignął mi w szatni, pozdrawiam i dziękuję, profesorze S.!). Porównałem więc zapis występu Kinsky’ego w Berlinie w 1971 z tym, co usłyszałem w ostatnią sobotę.

Tekst polski jest nie tylko tłumaczeniem, ale skrótem i tuningiem oryginału. Co dziwne, z jednej strony jest bardziej politycznie poprawny, z drugiej ? jak gdyby mniej. Z jednej strony ze swoistego refrenu mówiącego o tym, do kogo przychodzi Jezus (wykluczeni, prostytutki, bezrobotni itd.) zniknęli Cyganie; nie ma też w ?liście gończym? za Jezusem przypuszczenia, że ?być może jego matka była dziwką? (za ostre dla katolików, czy zbyt demaskujące ?racjonalistów??). Z drugiej ? zamiast ?prawdowaców?, których można interpretować dość szeroko uczyniono ?posłów?, a bogacza zamiast ?głupcem? nazywa się ?debilem?. Takich zmian jest jeszcze kilka. Po co, czy raczej ? dlaczego?

Myślę, że autorów polskiej wersji poniosła trochę mania aktualizacji i obowiązkowego obecnie w teatrze modyfikowania tekstów. Niech będzie, o ile taki zabieg idzie z duchem oryginału i nie przegina. Bo już przegięciem ? choć nie powiem, bardzo dobrym ? jest podmienienie źdźbła i belki w oku na kastet i czołg. I niech będzie konsekwentnie. Bo skoro ?Wietnam? zamieniamy na ?gdzieś w Azji?, to co robią ?hipisi?, którzy są równie grubym anachronizmem? Bo chyba nie chodzi o Sipowicza i Legutkę? Ale zmiany w tekście wynikają też pewnie z koncepcji inscenizacyjnej.

Kinsky występował z wyżyn gwiazdorstwa i sztuki, w aurze szaleństwa i geniuszu. Jego występ mógł być surowy, takoż tekst, stanowiący delikatnie tylko uwspółcześnione wypisy z Ewangelii. Autorzy polskiej prapremiery zdecydowali się na formułę kontestacyjno-młodzieżową (zresztą muzyka wykonywana przez Leszka Lorenta i Bartka Tycińskiego w przedstawieniu gra dużą rolę i jest naprawdę świetna). Stąd i aktorka ? Barbara Wysocka ? (zresztą bardzo dobrze, że kobieta, uniknięto ryzyka zgrywania Jezusa, co się chyba samemu Kinsky?emu nie udało) upozowana na gwiazdę sceny, w hipsterskiej czapeczce i lakierkach z cholewami. Stąd też przerysowania w tekście. I stąd przemilczenia.

W przedstawieniu Zadary pominięto scenę agonii Jezusa. Może nie mieściła się w założonym czasie przedstawienia, a może w przestrzeni pojęciowej narzuconej formułą opowieści o Jezusie ? społeczniku? Podobnie jak passus o rzucaniu kamieniem, oraz że ?Godzien jest robotnik zapłaty swojej?? Ale u Kinsky’ego to wszystko się mieści i przekazu społecznego nie rozmywa. Możliwe też, że aktorka nie mogła sobie przypomnieć tekstu (nie do końca jarzę te wszystkie metazabiegi w teatrze).

Waloru spektaklu jako głosu w dyskursie chrześcijańskim nie da się przecenić: Przypomina o tym, że królestwo Jezusa nie jest z tego świata, że chrześcijaństwo to negacja wszystkiego innego (?Nie wierz w nic poza moją nauką?). Dobrze, że podkreśla tę prawdę w aspekcie społecznym, ?oskarżając? Jezusa o ?anarchistyczne tendencje?, ?spisek przeciw potędze państwa?, sprzeciw wobec „wszystkich stosunków, w których człowiek jest poniżany, kategoryzowany, instrumentalizowany czy wykorzystywany”. Dobrze że obnaża hipokryzję święcenia broni, sojuszu tronu i ołtarza. Mam jednak wrażenie że autorzy bardzo się starali na swoją modłę oswoić Jezusa. A może uznali, że w polskiego widza trzeba troszkę mocniej walić młotkiem? Byłbym wdzięczny, gdyby wytłumaczyli się ze swoich decyzji tekstowych.

Czy warto pójść do teatru? Nie wiem. Ale warto skonfrontować się z tekstem – choć to „tylko” wypisy. Nazajutrz po spektaklu, jak dobry mieszczanin, poszedłem z rodziną do kościoła. Czytania z Izajasza słuchałem ze łzami w oczach.