Wierszyk

Od czasów liceum raczej rzadko sięgam do tej formy. Emocjonalnej i ekshibicjonistycznej. Ale co tam, czasem trzeba dać ujście emocjom. Co wy tam wiecie o konflikcie klasowym.

Dzieci

Czwórka dorodnych, szczęśliwych
Pracuję by nic im nie brakowało
I są zadbane, pewnie szczęśliwe
Chodzą z tatą na ryby
Nie muszą się martwić o przyszłość
swoich dzieci

Karmię je jak pelikan
Ciałem i krwią
Godziny wypadają
I siwieją

To nie są moje dzieci
To nie są moje dzieci

Moje dzieci widuję dwie godziny dziennie
Do czasu, kiedy wyemigrują
Karmić cudze dzieci

Świadek obrony, albo o pożytkach z Konkursu Chopinowskiego

Mija właśnie I etap Konkursu Chopinowskiego. Chcę przy tej okazji podzielić się wspomnieniem sprzed 10 lat. I podziękować.

Był to dla mnie czas bezrobocia. Czując ciężar odpowiedzialności za rodzinę, na garnuszku rodziców, jeździłem po całym mieście szukając jakiejkolwiek pracy (jaką znalazłem – opisałem w innym wspominkowym wpisie). Pamiętam jak szedłem na rozmowę do zakładu, który znajdował się poza zasięgiem komunikacji publicznej. Maszerując na „interview” wśród zbronowanych pól natknąłem się na leżącego na drodze buraka. Był to trafny omen. Rozmów z buraczanymi biznesmenami odbyłem wtedy niemało, płaszcząc się przed ich władzą. Oczywiście, rzutowało to na psychikę. Na szczęście, miałem telefon z radyjkiem.

A w radyjku jedyna stacja, której dało się słuchać, to była Dwójka, nadająca właśnie w kółko przesłuchania Konkursu. Żaden ze mnie meloman, i oczywiście różnic w wykonaniach utworów z początku w ogóle nie słyszałem. Ale że niektóre „kawałki” już wcześniej kojarzyłem, że wreszcie lepiej wsłuchać się w muzykę niż myśleć o kłopotach – wsłuchałem się. I rzeczywiście, z czasem zacząłem smakować Chopina, poznawałem jego muzykę i grę poszczególnych pianistów.

To oni dali mi wtedy nieoczekiwane wsparcie. Napełnili urodą przestrzenie które przemierzałem jeżdżąc na te głupie rozmowy z głupimi ludźmi. Wyzwalali z paraliżującego lęku. Uchronili przed depresją. Dziś chciałbym im podziękować – całej osiemdziesiątce. Tak, oczywiście, jestem przeciwnikiem profesjonalizacji sztuki, czyli jej oddzielenia i przekształcenia w narzędzie opresji. Ale gdy trybunał ludowy będzie sądził Konkurs Chopinowski – będę świadkiem obrony.

Złe książki dla dzieci – polecam

Jeśli chcesz, by twoje dziecko stało się w przyszłości nieco bardziej krytyczne i niezależne, jeśli chcesz by było bardziej współczujące, jednym słowem ? mądrzejsze i bardziej niezadowolone ze świata ? podsuwaj mu odpowiednie książki. Poniżej – kilka propozycji.

pitr_Alice_in_Wonderland_-_42_-_cards_flyingOstatnio znów przypomniałem sobie ulubioną scenę z „Alicji w Krainie Czarów”, kiedy dziewczynka odmawia udziału w procesie Waleta Kier, rozrzuca karty i wraca do swoich normalnych rozmiarów. Obraz ten, i słowa „jesteście zwykłą talią kart, niczym więcej”, towarzyszą mi już blisko 30 lat w sytuacjach konfliktów z grupami i strukturami. Niedawno mówiłem publicznie o tej scenie z książki Carrolla, jako o symbolu emancypacji człowieka ? przynajmniej intelektualnej ? z chorych struktur społecznych i odzyskiwania swoich virtutes. To drugie znaczenie ? fakt, że Alicja rośnie ? docierało do mnie całe dekady i pojąłem je ostatecznie już jako dorosły. Ale jako dzieciak przypominałem sobie we właściwych momentach, że nie warto dyskutować z kartami.

Bardzo silne wrażenie wywarły na mnie dwa z trzech  opowiadań Any Marii Matute, wydane w 1977 r. przez Naszą Księgarnię w tomiku „Szalony konik”: „Carnavalito” to trochę oniryczna baśń o sierotach wojennych i, choć dobrze jej nie rozumiałem, dobrze się stało, że sięgnąłem po nią pomiędzy kolejnymi odcinkami „Czterech pancernych i psa”. Z kolei „Szalony konik” to jeden z najsmutniejszych tekstów jakie kiedykolwiek czytałem. Fabuła opowiada o tym, jak dziki źrebak, odtrącony przez stado postanawia zaprzyjaźnić się z odtrąconym przez społeczność chłopcem. Pomimo okrucieństwa, jakim chłopiec darzy zwierzę, ono aż do tragicznego finału (wszystkie opowiadanie w tomiku mówią o śmierci) wierzy w przyjaźń. Mamy tu więc trudne relacje jednostki i zbiorowości, czystą miłość i jej skażenie przez społeczną opresję, utratę niewinności. Gdy przeczytałem „Konika” jako dziecko, umocnił we mnie ? jeśli nie zbudował ? szacunek dla każdego, bez wyjątku, outsiderstwa i obcości: „Jeśli to co widzę w twoich oczach, jest szaleństwem, w takim razie kocham szaleństwo.”

Fot. OperationPaperStorm  @Flickr, lic. CC BY 2.0

Fot. OperationPaperStorm @Flickr, lic. CC BY 2.0

Skoro o młodocianych outsiderach mowa, dziw aż bierze, że w swoim czasie nie przeczytałem „Pippi Pończoszanki” ? była to przecież „pierwsza postać w glanach pokazana przez polską telewizję”. Ostatnio z córką nadrobiłem zaległości  i… aż włos się jeży od interpretacji dzieła Lindgren. Oto sierota społeczna („mój ojciec jest królem murzyńskim, hej ho!”), bimba sobie z instytucji takich jak szkoła, czy policja ? a gdy już wchodzi z nimi w bliższy kontakt, ściąga na nie klęskę. A jednak ma wyostrzony zmysł moralny i społeczny, i gdy trzeba ? potrafi wykazać się bohaterstwem. Prawdziwy anarchistyczny ideał. I postać-pytanie: Czy świat nie byłby lepszy, gdybyśmy mniej „kształtowali” dzieci?

Wśród książek, które warto przeczytać, lub podsunąć dziecku jest na pewno coraz bardziej aktualna „Momo” Michaela Ende ? książka o dziewczynce, która musi uratować siebie ? i świat ? przed „szarymi panami”, handlującymi ludzkim czasem. Apokaliptyczna wizja rozpędzonego świata dorosłych, którzy nie mają czasu dla siebie i dla dzieci, bo go „zainwestowali” jest tyleż przerażająca, co rzeczywista. Książka mistrzowsko łączy thriller z baśnią i nawet jeśli nie dla treści, to dla przyjemności warto sięgnąć po tę jedną z lepszych książek jednego z najlepszych pisarzy dziecięcych.

Całkiem niedawno dowiedziałem się o bardzo śmiesznej i mądrej książce, która to, co Ende przedstawił w baśniowym dramacie, pokazuje w formie przygodowo-szpiegowskiej komedii z powiastkami filozoficznymi w tle. To „A w Patafii nie bardzo” Jacka Nawrota. Opowiqada o tajnej misji do Patafii ? kraju ogarniętego psychozą pogoni za zyskiem. Napisana została w latach 80. ub. w. i ku przestrodze wyśmiewała „niestworzone” i „przerysowane” patologie kapitalizmu. Ale gdy czytamy o celowym skracaniu żywotności produktów, albo o toksycznych nawozach, albo o publiczno-prywatnej praktyce lekarzy („Lekarze teraz, panie, zarabiają… Powie panu w przychodni, że groźna choroba, że on tutaj ma za mało czasu, poda swój adres… I biega pan, i pieniążki lecą…”) okazuje się, że rzeczywistość prześcignęła fikcję już dawno. To zwierciadło wcale nie jest krzywe. Wśród postaci spotkamy m.in. małego insurekcjonistę, a wśród epizodów ? przystępny wykład o alienacji. Wszystko wartko i z humorem.

Zestaw__Inny_Mek_547d9ca879d6eWszystko to książki nienowe. Na koniec chciałbym wspomnieć o rzeczy świeżej: „Inny Meksyk. Opowieści zapatystów”. Książka zawiera teksty neozapatystowskie, w tym przemówienia i deklaracje polityczne, oraz… opowiadania dla najmłodszych i nie najmłodszych dzieci, przypisywane Podkomendantowi Marcosowi. Opowiadania są krótkie, kilkuminutowe. Mówią o odwadze, sile, inności. Ale też o „tych sprawach”, kontrabandzie (ulubione opowiadanie A., w którym myszka nękana przez kotka robi użytek z karabinu maszynowego), czy neoliberaliźmie. Ich niezwykły idiom, łączący indiańskie tradycje, elementy realizmu magicznego, i mówienie wprost o problemach społecznych, sprawia, że ta lektura naprawdę wzbogaca. Warto to czytać razem z dzieckiem ? i rozmawiać. Czytałem A. w kolejce do lekarza. Podszedł do nas inny ojciec i, wyraźnie będąc pod wrażeniem tekstów, pytał, co to za książka. Przyznacie, rzadko się to zdarza.

Jakimi jeszcze lekturami uczynić życie dziecka bogatszym i trudniejszym? Czekam na propozycje.

Wydaję „Anarchię i chrześcijaństwo” J. Ellula

Tym wpisem pragnę przeprosić za dość długie milczenie ? i wynagrodzić… książką. Milczenie bowiem było wywołane po części tym, że zamiast przykładnie pisać blog ? wydaję książkę.

J. Ellul na zdjęciu Patricka Chasteneta

J. Ellul na zdjęciu Patricka Chasteneta

Nie, to nic wielkiego ? będzie ze 130 stron kieszonkowego formatu B6. „Anarchia i chrześcijaństwo” francuskiego socjologa, teologa i anarchisty, Jacquesa Ellula. Pokazuje ona że można ? choć nie jest to jedyna możliwa droga ? łączyć anarchistyczną praxis z wiarą w Chrystusa. Nie będę jej tu zachwalał, bo robię to gdzie indziej (zapraszam do zamówień i wsparcia), skupię się dzisiaj na swojej czytelniczo-wydawniczej przygodzie.

Mijają 3 lata odkąd książka wpadła mi w ręce. Stało się to we właściwym momencie. Kiedy dojrzałem do politycznego samookreślenia, wśród różnych dylematów miałem i ten: czy można wyznawać chrześcijaństwo i polityczny anarchizm? Podobnie, jak Ellul, zastanawiałem się, ?czy ostatecznie nie zostanę po prostu schizofrenikiem?. Wówczas natrafiłem na angielski przekład (a właściwie parafrazę) ?Anarchii i chrześcijaństwa?. Dowiedziałem się, że nie jestem osamotniony, i nawet jako schizofrenik mogę mieć niezłe towarzystwo. Ellul był bowiem cenionym naukowcem (jakże chętnie sięgnąłbym po jego Propagandę, gdyby ktoś wydał ją po polsku) i reprezentantem wielkiego pokolenia myślicieli-aktywistów. To ważne, jeśli jest się dziwadłem do kwadratu ? wśród anarchistów-materialistów, wśród współwiernych-poddanych, w świecie codziennie pozbawianym wolności i wiary. Dlatego pomyślałem, że warto przybliżyć tę książeczkę innym użytkownikom polszczyzny. Być może jest wśród nich jeszcze trochę takich rarogów jak ja, którym egzystencji również ta lektura nieco ulży. Myśl wydania „Anarchii i chrześcijaństwa” po polsku pojawiła się u mnie niemal od razu po lekturze.

Okladka---Jacques-Ellul---Anarchia-i-chrzescijanstwo-v0.3

Okładka autorstwa Janiny Żylińskiej

Dlaczego akurat Ellul? Czemu nie zacząć chociażby od Dorothy Day, skoro sam za katolika się uważam (Czy słusznie? Wielu będzie odmiennego zdania) i nie pod każdą tezą Ellula mogę się podpisać. Otóż zaletą niniejszej książeczki jest jej objętość. Można ją było wydać pracując w wolnym czasie, w oparciu o dobrą wolę współpracowników-ochotników, i w dużej mierze własnym sumptem. Oczywiście, w kolejce czeka chociażby Vernard Eller i, rzecz jasna, Day, której piśmiennictwo jest tak bogate, że wymaga długotrwałych studiów (plan na emeryturę, jeśli jej dożyję). Dostępny po polsku jest i Lew Tołstoj, choć może warto by się pokusić o zbiór jego tekstów ?anarchochrześcijańskich?. Jeśli po wydaniu Ellula znajdą się chętni do wspólnej pracy ? można by stworzyć nawet serię wydawniczą.

Tu dochodzimy do kwestii przygody. Gdy prof. Antoni Szwed, którego poprosiłem o pomoc w przetłumaczeniu użytych w książce cytatów z Kierkegaarda, poprosił, bym napisał mu coś o sobie, odpowiedziałem: jestem nikim takim. Ludzie się dziwili, i momentami sam się dziwiłem, że tak ni stąd ni zowąd z „nikogo takiego” stałem się „animatorem”, jeśli nie „twórcą” kultury. Po prawdzie, nie powinno to dziwić nikogo: Jestem bowiem obarczony „etosem” i „misją”, ale też obdarzony ? jak każdy, wcale nie tylko inteligent ? popędem kreacji kulturowej, motywowanym „bo tak”.

No i poradziłem sobie, dzięki bardzo wielu osobom. Dziękuję pierwszej z dwóch tłumaczek, Justynie Gru, konsultantom Leszkowi Jańczukowi i Piotrowi Popiołkowi, oraz wymienionemu już prof. A. Szwedowi, Ewie Małopolskiej za korektę i krytyczne spojrzenie na literacką stronę tekstu, i oczywiście Maćkowi Hajokowi z Trojki, który otworzył tekstowi drogę do wydania. Półdarmo pracowały również druga tłumaczka, Aleksandra Dudra i ilustratorka Janina Żylińska. Dziękuję też ponad 60 osobom, które wsparły projekt. Wreszcie dziękuję żonie, Joannie, bez której miłości i wsparcia nie doprowadziłbym książki do wydania.

Co sędziowie mówią pracownikom

Dwa wyroki w sprawach sporów zbiorowych: w Aelii i Jastrzębskiej Spółce Węglowej, wskazują ? mam nadzieję ? ogólniejszy trend. Tępi, dyspozycyjni sędziowie mówią społeczeństwu: każdy protest może być nielegalny, a więc radykalizujcie się!

Pozwólcie, że przypomnę (szerzej pisze Inicjatywa Pracownicza): 22 października warszawski sąd na wniosek sieci sklepów Aelia, która nielegalnie zwolniła pracownicę, Anię Kucharzyk, za działalność związkową, oraz stosuje mniej lub bardziej rażące formy wyzysku a także utrudnia działalność związkową, zakazał Inicjatywie Pracowniczej m.in.:

  • publikowania w środkach masowego przekazu materiałów zawierających hasła dotyczące wyzysku oraz represjonowania za działalność związkową i zastraszania pracowników i pracownic Aelii za ich działalność związkową;
  • dystrybuowania 41 numeru biuletynu ?Inicjatywa Pracownicza? oraz ulotek ?Kupon etycznego konsumenta?;
  • organizowania pikiet związanych z wyzyskiwaniem oraz zastraszaniem i represjonowaniem pracowników i pracownic Aelii.

Jednym słowem, odmówiono praktykowania wolności słowa i rutynowych ? rzec można ? działań walki związkowej. Jak przystało na stary, PRL-owski styl sądownictwa na zamówienie, rozprawa odbyła się niejawnie, oczywiście bez udziału przedstawicieli związku.

12 lutego sąd uznał niezgodność z prawem strajku w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Zgodnie z literą prawa, strajk rzeczywiście nie był legalny: w momencie ogłoszenia nie było już przedmiotu oficjalnego sporu zbiorowego. Nowe postulaty zgłosili już po wszczęciu strajku. Czyli zrobili to na szybko, wiedząc, że nie mają czasu na formalną procedurę. Oczywiście, istniał przedmiot sporu, istniały rozbieżności których nie usunęły negocjacje z zarządem, istniała niemal jednomyślna wola załogi co do strajku ? czyli wszystkie czynniki legalizujące strajk. Ale nie przeprowadzono procedury rokowań, mediacji i strajku ostrzegawczego. Kto się trochę na tym zna, wie, że może to trwać długie tygodnie, jeśli nie miesiące. W praktyce wymóg zachowania procedury wiąże ręce organizacjom zakładowym.

Ale choć strajk był nielegalny, okazał się skuteczny. Przynajmniej w warstwie symbolicznej ? odwołano prezesa.

Co komunikują obydwa wyroki pracownikom?

Jeśli chcemy skutecznie walczyć z pracodawcą, potrzebne są nowe, wymyślne środki umykające prawu napisanemu z myślą o supremacji kapitału nad pracą. Jeśli związek zawodowy nie może krytykować Aelii, to może stowarzyszenie, albo 15 stowarzyszeń będzie czekało po kolei na 15 wyroków, rotacyjnie prowadząc kampanię w obronie pracowników?

Niezależnie od tego, czy się staramy utrzymać legalne formy walki, czy nie, zawsze znajdzie się usłużny funkcjonariusz, który autorytetem państwa zabroni nam działać. Co ważne ? otworzy ?pracodawcy? drogę do roszczeń cywilnoprawnych. A wielu z nas wolałoby dostać wyrok karny niż spłacać realne lub urojone straty wyzyskiwaczy ? choćby dlatego, że nas nie stać.

Prawo jest zredagowane tak, by móc w każdej chwili ?przywołać do porządku? ludzi pracy. W jego obrębie nie są możliwe nie tylko zmiany społeczne, ale nawet rozwiązanie problemu w konkretnym zakładzie. Związek zawodowy chcący działać w obrębie obecnego prawa związkowego jest jedynie ?partią umiarkowanego postępu w granicach prawa?, wentylem bezpieczeństwa zakładu i systemu, niczym więcej.

A skoro ? jak mówią sądy ? niezależnie od naszych starań możemy dostać po głowach, to może nie warto się starać o legalność? Skoro nielegalny strajk okazuje się skuteczny? Skoro akcja bezpośrednia robotników doprowadza do zrealizowania zaległych wypłat? Okazuje się mniej ryzykowna, bo zwycięskich budowlańców nie ścigają prawnicy.

Broniewski w hipermarkecie

Chyba już w każdym hipermarkecie są kasy samoobsługowe. To znaczy takie, w których klient pracuje za kasjera. Część kasjerów można więc było ?zredukować? ? bycie „zredukowanym” wcale nie jest przyjemne, podobnie jak użeranie się z maszyną kasową. Jednak jedna z sieci postanowiła ? z pełnym kpiny humorem ? nazwać samoobsługową kasę ?Miła?. ?Ulica Miła wcale nie jest Miła/ Ulicą Miłą nie chodź, moja miła? ? za każdym razem gdy jestem w ?hiperze?, słyszę te wersy Broniewskiego.

Wiele troski zobaczysz, miła, przechodząc miastem,
ale najwięcej na ulicy Miłej pod numerem trzynastym.

Kasy "Miłe", fot. materiały prasowe Auchan

Kasy „Miłe”, fot. materiały prasowe Auchan

Bo kasa ?Miła? też wcale nie jest miła. Nie chodzi bynajmniej o to, że się zacina. Chodzi o to że ludzie potracili posady: Każda taka kasa to 2?3 ?zredukowane? stanowiska (zależnie od godzin otwarcia sklepu i z uwzględnieniem pracowników, którzy jednak muszą tych kas doglądać). Z tej przyczyny możemy sobie podstawić zamiast pięter spod numeru trzynastego ? numerki kas i otrzymamy współczesną wersję poniższej wyliczanki. Tak uprzytomnimy sobie co znaczy ? tak, wciąż! ? bezrobocie:

W suterenie pogrzeb.
Niedobrze.
Na parterze
płacze wdowa po fryzjerze.
Na pierwszym piętrze – plajta, komornik. A na drugiem
Służąca otruła się ługiem.
Na trzecim piętrze rewizja – mundurowi, tajniacy.
Na czwartym czytają „Kurier Warszawski” ? „poszukiwanie pracy”.
Na poddaszu dziewczyna dziecko dwudniowe zabiła.
Miła ulica.
Ulica Miła.

Poza tym sam fakt, że sieć handlowa nie płaci za tę pracę, nie oznacza, że praca nie jest wykonywana. Jest wykonywana, za darmo, przez klientów, którzy jednocześnie płacą za ?usługę sklepową?, w tym za pracę kasjerów, w cenie swoich zakupów. A wszystko to dlatego, że tak jest ?nowocześnie?.

Krótko mówiąc ? do kasy ?Miłej? nie chodź, moja miła.

I jak przystało na sprawy handlowe, mam dla ciebie ofertę:

W nagrodę możesz posłuchać Władysława Broniewskiego czytającego ten właśnie wiersz. A jest w nim i liryczne współczucie dla mieszkańców Miłej, i trochę magii, i realizm społeczny, i gniew. Obiecujesz bojkotować kasy samoobsługowe? Świetnie ? tu masz link do unikatowego ? przynajmniej w internetach ? nagrania.

Od ?Prawa do Miasta? do ?Krakowa Przeciw Igrzyskom?. I z powrotem?

Lokalne referendum, w którym przepadł pomysł organizowania Igrzysk Olimpijskich w Krakowie, jest powszechnie uznawane za sukces ruchów oddolnych. Jednakże, w beczce miodu jest i sporo dziegciu. M. in. z powodu słabości ruchu anarchistycznego.

Bo wszystko zaczęło się od inicjatywy lokatorsko-anarchistycznej ? Miasteczka Namiotowego na Rynku Głównym, wiosną 2012 r. Miasteczko miało być długotrwałą demonstracją na rzecz poważnego traktowania problemów lokatorskich przez władze gminy, oraz politycznego upodmiotowienia mieszkańców. Formuła Miasteczka była otwarta, stąd na płycie Rynku zasiedli pospołu z anarchistami przedstawiciele ?młodej lewicy? czy ?ludu smoleńskiego?.

Po brutalnym rozpędzeniu Miasteczka zawiązała się Inicjatywa ?Prawo do Miasta?. Jej założycielami byli anarchiści, zarówno zrzeszeni w obu lokalnych sekcjach Federacji Anarchistycznej, jak i spoza niej, działaczki lokatorskie i osoby ze środowiska Krytyki Politycznej. Celem Inicjatywy było kontynuowanie walki o odzyskanie miasta przez mieszkańców. ?Stoimy na stanowisku, że na gruncie demokracji przedstawicielskiej nie jest możliwa zmiana tej sytuacji [politycznej mieszkańców]. Żądamy podporządkowania procesu decyzyjnego w mieście potrzebom mieszkańców i mieszkanek.? ? stanowi manifest IPdM. Inicjatywa w swoich postulatach mocno powiązała elementy polityczne (partycypacja), gospodarcze i społeczne (zaprzestanie prywatyzacji i komercjalizacji, kwestie zadłużenia). Inicjatywa miała być otwarta dla każdego i rządzić się konsensusem.

Po manifeście przyszły jednak wakacje i Inicjatywa stopniowo popadła w bezruch. Na jesieni, zasilona nowymi osobami, m.in. z Krytyki Politycznej czy przyszłymi członkami Polskiej Partii Socjalistycznej, zaczęła szukać kierunków i form działania. Członkowie FA Kraków wycofali się z działalności Inicjatywy, już to ze względu na brak czystości ideowej kolektywu (udział ?Krypoli? i partyjnych), już to z braku czasu i chęci do pracy.

Późną jesienią zaczęły się działania, w bardzo konkretnych 3 kierunkach ?obronnych? i jednym pozytywnym. Wśród tych pierwszych znalazły się ?Okrągłe Stoły? ? mieszkaniowy i edukacyjny, w których przedstawiciele IPdM i in. inicjatyw stawiali opór prywatyzacyjnym zakusom władz miasta i pomysłom likwidacji szkół. Trzecim kierunkiem ?obronnym? była krytyka pomysłu organizowania Igrzysk. Czytano otwarty list do radnych, lobbowano poprawki do budżetu, pisano interpelację poselską.

Zimą nasiliły się protesty zw. z pomysłami likwidacji części szkół, w tym duża demonstracja pod magistratem, następnie wiosną ? okupacje szkół. Jednym z głównych organizatorów działań zw. z edukacją był Tomek Leśniak z ?KP?, obecny kandydat na prezydenta miasta. Dalszy rozwój sprawy igrzysk zahamowano na wniosek części uczestników, którzy mówili „spoko, spoko, Tomek coś szykuje, coś wymyśli”.

Natomiast projektem pozytywnym był pilotażowy projekt budżetu partycypacyjnego w jednej z 18 dzielnic Krakowa, pn. ?Priorytet Obywatelski?. Projekt, początkowo szerzej angażujący Inicjatywę ostatecznie ciągnęli głównie anarchiści. O jego wynikach można przeczytać w raporcie FA Kraków.

Na wiosnę PdM przygotował jeszcze Forum Mieszkanek i Mieszkańców Krakowa, konferencję ruchów oddolnych i organizacji pozarządowych. Potem przyszło lato, a wraz z nim gorączkowa akcja zbierania uwag w ramach konsultacji społecznych do projektu studium zagospodarowania przestrzennego miasta.

Tymczasem ws. igrzysk,

wobec zapowiedzi działań propagandowych władz, w październiku ruszyła strona Kraków Przeciw Igrzyskom – inicjatywa Tomka Leśniaka, co można uznać za początek kampanii, jak widać – poza PdM. Wobec wzajemnej rezerwy środowisk KP i FA, ta ostatnia nie zaangażowała się w KPI, choć ją poparła. Działania miały charakter medialny (Facebook, blogi, media lokalne, debaty, z czasem doszła forma otwartych spotkań i demonstracji, oraz list otwarty ws. referendum). Wkrótce KPI ogłosiła postulat referendum, a doprowadzenie do jego uchwalenia było pierwszym z 2 sukcesów KPI.

Skąd wziął się ten sukces? Czynniki, moim zdaniem, były następujące:

  • Determinacja i upór grupki aktywistów, połączony z dużym zaangażowaniem czasowym.
  • Dobrze wymierzony cel (referendum).
  • Słaby przeciwnik, wciąż strzelający sobie w kolano i posiadający bardzo wielu przeciwników, chętnych do dołożenia magistratowi. Prócz KPI działały tu Polska Razem, różne drobne organizacje polityczne i stopniowo zmieniający front radni rozmaitych klubów.
  • Sam pomysł igrzysk – po prostu idiotyczny.

Jednakże uchwała Rady Miasta dotycząca referendum dodała o wiele więcej niż łyżkę dziegciu do tej beczki miodu – radni „dorzucili” pytania o ścieżki rowerowe, metro i monitoring wizyjny. Sformułowane zresztą demagogicznie. Do dziś trwają spory po co – czy była to tylko złośliwość w stylu „i tak wam pokażemy”, czy również alternatywa mniejszego skoku na kasę zamiast większego (po upadku pomysłu igrzysk, zawsze można zarobić na monitoringu, po 50 tys. zł od kamery).

I tu cała „strona społeczna” poległa całkowicie, zignorowawszy problem. Anarchiści nie docenili zagrożenia. Ekipa KPI – ustami Tomka Leśniaka – mówi, że brakło czasu: „Jedynie kilka tygodni dzieliło uchwalenie dodatkowych pytań od referendum. W przypadku metra nie było danych do dyskusji ? dopiero teraz trwa Kompleksowe Badanie Ruchu, a za rok mają być wyniki tzw. ?analizy ruchowej?. Podobnie w przypadku monitoringu ? można się było opierać jedynie na doświadczeniach innych miast, jak np. Londynu. Tak więc argumenty były dość słabe, a czasu na ich przekazanie niewiele. Samą facebookową stronę KPI budowaliśmy przecież wiele miesięcy, i nie miała ona wielkiej rzeszy fanów.”

Mnie argument o argumentach – braku danych do dyskusji – nie przekonuje. Ostatecznie argumentacja kampanii przeciw igrzyskom nie była bardziej rozbudowana niż naprędce skleconej, tygodniowej kampanii przeciw monitoringowi, którą zrobiliśmy w kilka osób (anarchiści z partyjnymi w przykładnej współpracy), obudziwszy się z ręką w nocniku po ostatnim przedreferendalnym sondażu. Teraz władza ma nas w szachu, bo przecież „vox populi”.

No ale igrzyska przepadły z kretesem, i trzeba przyznać, że w kampanii referendalnej KPI zrobił wszystko co mógł: Od niemal pełnego przekonania mediów, poprzez skargę sądową na nieuczciwą kampanię ze strony urzędu (proces w trybie wyborczym KPI przegrał, ale skompromitował zarówno „władze” miasta, jak i wymiar „sprawiedliwości”), po zbiórkę datków na druk plakatów. I wierzę, że mogli nie mieć już głowy do monitoringu czy metra.

Co dalej?

Ano KPI startuje w wyborach samorządowych. Start Tomka na prezydenta jest oczywiście wybiegiem dla przejęcia większej uwagi mediów. Ambicją „komitetu wyborczego” KPI jest zdobycie kilku mandatów w Radzie Miasta. Na pytanie, czy nie boją się alienacji, otrzymałem jedną wręcz histeryczną reakcję, ale Tomek twierdzi, że brak realnej szansy na trwałą koalicję z którymkolwiek z pozostałych ugrupowań w RM oznacza również brak pokus. „W Radzie Miasta będziemy przedłużeniem ruchów miejskich, ale ? jako przedstawiciele władzy ? podlegając krytyce. Nie wyobrażam sobie, że po wyborach miałoby nastąpić ograniczenie działalności ruchów miejskich czy organizacji pozarządowych.” – mówi. Wskazuje na mandaty radnych jako na znaczne rozszerzenie możliwości ruchów oddolnych, które w Krakowie dotąd mogą działać jedynie reaktywnie – protestując (co nie jest do końca prawdą, jak widać na przykładzie budżetów partycypacyjnych).

Jednak członkowie Inicjatywy Prawo do Miasta mają prawo do wątpliwości – otóż jakiś czas temu doszło do bardzo słabo „ogłoszonego” spotkania Inicjatywy, na którym przegłosowano głosami członków KP i partii politycznych – wbrew zasadzie konsensusu – zawieszenie jej działalności. Anarchiści zaprotestowali i… utracili możliwość administrowania internetowymi mediami IPdM. Na szczęście wszystko szybko wróciło do normy i Inicjatywa póki co działa. Co istotne, do całej sytuacji na pewno by nie doszło, gdyby anarchiści brali bardziej aktywny udział w życiu IPdM. W stosunku do kolegów z partii sprawdza się bowiem leninowska maksyma o kontroli jako podstawie zaufania.

Wnioski dla ruchu anarchistycznego

Działania KPI były skuteczne, bo skoncentrowane, długotrwałe i prowadzone z determinacją. Podobnie rzecz się ma np. z Krakowskim Alarmem Smogowym. Te inicjatywy łączy wspólna cecha – działają w nich ludzie mający dużo wolnego czasu – studenci lub pracujący elastycznie (pracownicy naukowi, przedsiębiorcy). „Nasz” długotrwały projekt, wymagający podobnego zaangażowania – cząstkowy budżet partycypacyjny Dzielnicy I – wyczerpał nas do cna. Kampania przeciw kamerom – w sumie 2 tygodnie – była prowadzona przez 2-3 osoby, w tym jedną mieniącą się anarchistą.

Jednocześnie trzeba powiedzieć, że KPI również robiła ekipa nieliczna i że Kraków Przeciw Kamerom również odniósł – jak na czas trwania – pewne sukcesy. Czyli – da się doprowadzić nawet do poważnych – choć cząstkowych, izolowanych – zmian w mieście wielkości Krakowa w kilka osób.

Warto wybierać projekty, czy inicjatywy, które chcemy i możemy zrealizować. A to co się rozpocznie, trzeba bezwzględnie doprowadzić do udanego końca.

Ponieważ jednak czas to nie pieniądz, należy się zastanowić, skąd wziąć „roboczogodziny”. Rozwiązaniem wydaje się być praca nad własną tożsamością i funkcją grup „anarchistów politycznych” (bo przecież nie każdy anarchista jest działaczem politycznym). Moim zdaniem grupa taka powinna stanowić oś, czy punkt zborny różnych inicjatyw, pokazywać nie-anarchistom metody i podstawowe idee oddolnej samoorganizacji. Czyli powrót do pierwotnej koncepcji Prawa do Miasta i ponowne zadbanie o ten byt. W ten sposób zyskalibyśmy szansę na więcej rąk do pracy, lepszą spójność „ruchu miejskiego” z ideami anarchistycznymi, a co za tym idzie także wieloraki wpływ na poszczególnych ludzi i społeczność miasta.

Wypowiedzi Tomka Leśniaka pochodzą z nie opublikowanego wywiadu, jakiego udzielił mi na początku lipca.

Pokolenie Korybutów

?…życzą sobie de sanguine gentis i mówią: ?Niewiele by nam trzeba szukać króla, mamy go między sobą. Wspomniawszy na cnotę i poczciwość i przeciwko ojczyźnie wielkie merita księcia ś. pamięci Hieremiego Wiśniowieckiego, słuszna by rzecz zawdzięczyć to jego posteritati. Owo jest książę JMość Michał; czemuż go nie mamy mianować? Alboż nie z dawna wielkich książąt familiej? Alboż nie godzien korony??

Że w elekcji 1669 wybiorą ?Piasta? ? wynikało z przyczyn, które można by nazwać obiektywnymi. Ale za kandydaturą Michała Wiśniowieckiego przemawiał właściwie tylko jeden argument ? osoba ojca. Dziś, po 25 latach ?wolności?, w polskich przedsiębiorstwach na stolce wstępuje całe pokolenie synów swoich ojców.

Ojciec, owszem. Powiększył rodzinne włości, stosując sądowe procesy, akcje militarne, czy ? jak w sporze z Koniecpolskim ? zbrojno-polityczny szantaż. Słowem, biznesmen, jak się patrzy, taki, co sieje, gdzie nie orał, zbiera, gdzie nie posiał. Ze zdobytych zasobów umiał zrobić użytek, bo faktycznie wiśniowiecczyzna stała się pod kniaziem Jeremim polem bezprzykładnej akcji kolonizacyjnej.

Wreszcie, pokazał, jak radzić sobie z buntem: Umiejętne manewry i bitwy w wojnie z Kozakami, przysłowiowa wręcz bezwzględność wobec Czerni. Sądzę, że A., który w swojej fabryce w kilku starciach rozbroił związkowców, a następnie wziął się za systematyczne zwolnienia robotników, by zatrudnić ich przez agencję pracy, mógłby portret Jeremiego powiesić w gabinecie.

Tak, starszy Wiśniowiecki, ze swoją niespożytą energią i brawurą, ale też okrucieństwem i warcholstwem mógłby być symbolem pierwszego pokolenia polskich biznesmenów po 1989 r.: rzutkich, upartych, bezwzględnych i pysznych. A jaka jest kolejna generacja?

Daniel Schultz młodszy, Michał Korybut Wiśniowiecki

Daniel Schultz młodszy, Michał Korybut Wiśniowiecki. A jak wygląda Twój dziedzic?

Michał Korybut otrzymał ? mimo upadku ojcowskiej fortuny ? okazję do wysokiego i wszechstronnego wykształcenia. Czy skorzystał? Używał łaciny i francuszczyzny, potrafił też nieco po włosku. Nic więcej o jego wiedzy nie wiemy, jednak świadkowie epoki i rzucone tu i ówdzie wzmianki sugerują, że nie miał wiele w głowie. Praktykę polityczną znał nieźle, ale obycia na dworach nie potrafił wykorzystać. Wstąpił na tron w bardzo trudnej sytuacji, co jednak nie usprawiedliwia chwiejnej, widocznie nie ugruntowanej polityki tak wewnętrznej, jak zewnętrznej, ani tym bardziej bierności, wielotygodniowych przestojów w sprawowaniu funkcji. Być może dojrzałby do roli, gdyby nie przedwczesna śmierć, ale przyjąwszy koronę ? tak jak prezesurę ? trzeba działać tu i teraz. Królem był kiepskim.

Czy jest współczesna analogia? Dzisiejsze księstewka są dziedziczne, nie elekcyjne. Jednak wymianie pokoleń towarzyszy ? jak i A.D. 1669 r. ? entuzjazm opinii publicznej. Entuzjazm ? obawiam się ? zupełnie nie uzasadniony. Poznałem kilku dziedziców, i muszę powiedzieć, że nie dorastają do pięt Michałowi Korybutowi. Znajomość linguae Francae, umiejętność rachowania i podtrzymywania rozmowy (do pewnego poziomu, pamiętacie Klimta?) to wszystkie pozytywy, które z nim dzielą. Wspólne negatywy mają trochę większy ciężar gatunkowy: Niezrozumienie uwarunkowań w jakich działają, brak wizji, niezdecydowanie, lenistwo, brak zaufania do współpracowników.

Wszystko to każe myśleć o polskich firmach w najbliższych latach w kategoriach kryzysu ? abstrahując zupełnie od wskaźników liczbowych, patrząc na dynamikę biznesu i tępe twarze z drugich stron folderów ?o firmie?. Wysokie koszty konkurencji, spóźnione innowacje, oddanie rynku.

Zapyta ktoś, parafrazując kwestie z ?Wyzwolenia? – ?My Czerń?. Co nas obchodzi, ?że ICH synowie zburzą, co ONI budowali?? Otóż przypomnieć sobie należy, że to nie do końca oni, ale myśmy budowali. A ICH ruina będzie również ruiną naszą. A mówiąc bardziej praktycznie ? warto pomyśleć o swojej przyszłości w gospodarce położonej przez jaśnie państwa.

Syndrom sztokholmski

Kolejna afera taśmowa nie wstrząśnie rządem. Fabrykant P. nie wystraszy się związkowców, ale systematycznie ich pozwalnia i przerzuci się na agencje pracy czasowej. Co łączy te nie-wydarzenia? Dlaczego łączy? I czy można coś z tym robić?

W zeszły wtorek Inicjatywa Pracownicza pikietowała przed sklepem Aelii na lotnisku w Balicach w obronie bezprawnie zwolnionej pracownicy. Pikieta została przerwana przez straż lotniska, NA WNIOSEK PRACOWNICY SKLEPU. Chciałoby się powiedzieć: durna dziewucho, po której jesteś stronie? Tak lubisz za półdarmo ? jak mówi pan minister ? robić im laskę?

Niestety, durna i chętna okazuje się większość społeczeństwa, wraz z jego mechanizmami. Bardzo zbliżona do „taśm ‚Wprost'” scenariuszem i meritum afera Rywina doprowadziła do zasadniczej zmiany w systemie partyjnym (co oczywiście nie jest równoznaczne z zasadniczą zmianą w ogóle). „Taśmy Beger” ? właściwie to samo, tylko parę lat później ? były przyczyną zmian personalnych w rządzie. Afera taśmowa A.D. 2014 skończy się na kilku demonstracjach zorganizowanych przez partie następne w kolejce do koryta (jak było i w przypadku „taśm prawdy”) oraz serii memów internetowych.

Dlaczego? Degrengolada „elit”, począwszy mniej-więcej od prowokacji bydgoskiej, postępuje w parze z obezwładnieniem „mas”. Oni są coraz bardziej bezczelni, w miarę jak my – coraz bardziej bierni. I odwrotnie.

Popatrzmy na inny przykład: „Walki związkowe” w zakładzie P. Działacze tłumaczą robotnikom: Danej akcji się nie da przeprowadzić, inna byłaby nielegalna, pikieta pod zakładem dla czegoś nie wyszła. Z żądań płacowych i postulatu ludzkiej organizacji pracy związek (ten w cudzysłowie i dużą literą) przeszedł do żądania tablicy ogłoszeń. Za cenę głów kilku porządnych gości, zmuszonych do odejścia. Tymczasem grupami po kilkanaście-kilkadziesiąt osób zwalnia się pracowników etatowych i rozszerza współpracę z agencjami pracy tymczasowej. Czyli nadbudowa na oddolnym ruchu zrobiła swoje, zupełnie jak w skali ogólnokrajowej robi od lat 80: przejąć inicjatywę, skanalizować, rozbroić, przekonać że to dla naszego dobra. Efekt – zniechęcenie robotników prowadzi do pogorszenia ich sytuacji, nawet w porównaniu ze stanem sprzed założenia związku. Przy akompaniamencie skomleń związkowców, że nie chcą się wtrącać w zarządzanie (to w co, do cholery?). Robotnicy już nie pisną.

Czy rzeczywiście te trzy sytuacje są symptomami jednego zjawiska? Może syndromu sztokholmskiego. Mówią, że jest on mechanizmem obronnym. Jak pisze psycholog, Anna Błoch-Gnych, „by zaistniał, muszą wystąpić określone warunki. Ofiara:

  • spostrzega, że jej przeżycie zależy od dobrej woli sprawcy;
  • nie widzi możliwości ucieczki;
  • dostrzega drobne uprzejmości ze strony sprawcy;
  • jest izolowana od perspektyw odmiennych od perspektywy sprawcy.”

Proste? Proste. Syndrom sztokholmski mamy nie tylko w terroryźmie prywatnym (jak napady na banki, przemoc domowa), ale też „publicznym” (jak napady banków, przemoc władzy politycznej). Zależność od dobrej woli sprawcy – mamy we wszystkich trzech przytoczonych przypadkach. Niedostrzeganie alternatyw – a jakże. Drobne uprzejmości ze strony sprawcy – no cóż, dziewczyna z Aelii w ogóle ma pracę, społeczeństwo ma igrzyska i trochę chleba, robotnicy u P. dostali w końcu tablicę. Izolowanie od perspektyw odmiennych? Otwórz podręcznik historii, włącz telewizor.

Psycholog radzi: „Żeby wyjść ze związku, w którym rozwinął się syndrom sztokholmski, ważne jest wsparcie i pomoc najbliższych. Należy podkreślać, że ofiara może liczyć na naszą pomoc, że ją kochamy i zawsze staniemy po jej stronie. Nie należy wywierać zbyt dużej presji, potępiać lub oceniać.” Zaiste, trudna rada ? przyznać, że może ta dziewczyna z Aelii niekoniecznie jest durna. Kiedy ma się ochotę tego czy owego sprać po pupie, przypomina się, że rewolucja ma się zacząć w nas.

Dlaczego przeciw kamerom

 

Gdy radni ?dorzucili? do referendalnego pytania o igrzyska kolejne trzy, opinia publiczna Krakowa przyjęła to jako drobną złośliwość wobec działaczy ruchów miejskich. Niestety, na tej złośliwostce możemy wszyscy dużo stracić, jeżeli nie podejdziemy do głosowania odpowiedzialnie. Namysłu wymaga również pytanie o monitoring ? tu myślenie schematami może się nam odbić przykrą czkawką. Jestem zdecydowanie przeciw.

Monitoring wizyjny jest nieskuteczny

Apologeci systemów monitoringu wizyjnego często powołują się na przykłady brytyjskie, szczególnie Londynu, czy Nottingham. Istotnie, są to najbardziej ?okamerowane? miasta na świecie. Ale czy ich mieszkańcom wyszło to na dobre? Badanie naukowczyń z Uniwersytetu w Birmingham, przeprowadzone na zlecenie Home Office, czyli brytyjskiego resortu spraw wewnętrznych wykazały, że w 13 na 14 badanych miast monitoring nie miał wpływu na poziom przestępczości. Wyjątek stanowił system CCTV (dozoru telewizyjnego) zainstalowany w Hawkeye, który miał służyć obniżeniu ilości przestępstw samochodowych.

Z kolei badanie B.C. Welsha i D. P. Farringtona (światowy autorytet w dziedzinie prewencji kryminalnej), obejmujące 22 systemy CCTV dedykowane zapobieganiu przestępczości, określiło spadek przestępczości po instalacji kamer na ok. 2%, przy czym dotyczył on przede wszystkim przestępstw na parkingach, gdzie kamery wykazały rzeczywiście dużą przydatność.

Przywoływane jako dowód skuteczności znikanie przestępców z pola widzenia kamer takim dowodem nie jest. Przestępcy zawodowi wybierają zakątki wolne od monitoringu (np. kradzieże aut w Birmingham), lub podejmują przemyślane, zdecydowane akcje pod okiem kamery (co jakiś czas wszyscy oglądamy zdjęcia z CCTV ukazujące złodziei rowerów). Z kolei przestępczość ?spontaniczna? nie ogląda się na monitoring. Pamiętamy jak w grudniu na ul. Grodzkiej ? gdzie nie tylko są kamery ale i pełno ludzi ? człowiek niemal zadźgał na śmierć drugiego o placki ziemniaczane. Napastnika złapali, ale ciężkie przestępstwo zostało popełnione.

Sam padłem swego czasu ofiarą kradzieży ? zwinięto mi portfel zaraz po tym, jak wypłaciłem większe pieniądze z bankomatu. Byłem obserwowany nie tylko przez profesjonalnego złodzieja, ale i przez kamerę sklepową. I co? Kiedy złodziej odesłał pusty portfel, policja odesłała zawiadomienie o niewykryciu sprawcy.

Polskie dane statystyczne potwierdzają wyniki brytyjskie, jak i codzienne doświadczenie ludzi. Badanie prowadzone w Poznaniu, obejmujące dwa podobne społecznie i urbanistycznie obszary wykazało, że przestępczość na obszarze monitorowanym spadała wolniej niż na obszarze wolnym od kamer (ilościowo ? o 3%). Kiedy na ?okamerowanej? Wildzie udaremniono przestępstwa przeciwko mieniu na kwotę 1,05 mln zł, w sąsiednich, wolnych od kamer Jeżycach ?uratowano? 1,37 mln zł. Tak słaby wynik uzyskano kosztem systemu za 2,2 mln zł. Badania prof. Pawła Waszkiewicza, porównujące spadek przestępczości w miastach z i bez CCTV pokazują, że nie ma statystycznej zależności pomiędzy istnieniem monitoringu a wskaźnikiem przestępczości.

Pojawia się więc pytanie:

Skoro nie widać różnicy ? po co przepłacać?

Wg danych NIK średni koszt eksploatacji miejskich systemów CCTV w latach 2010?2012 wynosił 21096 zł rocznie na jedną kamerę ? równowartość ponad pół etatu brutto policjanta. Jedyny wg NIK skuteczny pod względem wykrywalności zdarzeń (ale nie zapobiegania!) system warszawski zatrudnia dokładnie jednego pracownika na 2 kamery. Urząd Miasta Krakowa wyceniał dwa warianty systemu monitoringu, kosztujące ? wg cen z 2009 roku ? 57,7 lub 16,4 mln zł za odpowiednio 398 lub 56 kamer, instalacje, centrum monitoringu itd. Koszty eksploatacji ocenił na odpowiednio 20 lub 3,4 mln zł rocznie. Daje to w przeliczeniu na jedną kamerę 144 lub 278 tys. zł za instalację i 50253 lub 61082 zł za roczne utrzymanie. Dziś należałoby podnieść te kwoty o wskaźnik inflacji ? 15,89%.

Nie mamy lepszych wydatków? Za 18 mln moglibyśmy zapewnić miejsce w przedszkolach wszystkim potrzebującym dzieciom. Za 2 miliony miasto ?dokupiło? właśnie 10 tys. służb patroli policji.

Wydatek na nowe kamery będzie zbędny tym bardziej, że monitoring wizyjny policji i straży miejskiej już mamy ? to łącznie 71 kamer. Dodatkowo ZIKiT używa 97 kamer do kontroli ruchu drogowego, mamy też 1664 kamery w pojazdach MPK. Systemy CCTV pracują też w 274 miejskich placówkach oświatowych. Jest to razem co najmniej 2009 kamer.

Cui prodest?

Można oczywiście podnosić, że chociaż przestępstw nie ubywa, przestępców łatwiej wykryć. Jednak sama brytyjska policja przyznaje, że ?statystycznie rzecz ujmując, na tysiąc kamer monitoringu wideo w Londynie przypada statystycznie jedno wyjaśnienie przestępstwa?. To właśnie w Londynie skazano za zabójstwo człowieka, dlatego że był ubrany podobnie do sprawcy (którego twarzy kamera nie zarejestrowała) i? że był imigrantem z Polski. Natomiast profesjonalni przestępcy doskonale sobie radzą z kamerami (albo ich obsługą).

Każdy myślący człowiek powinien sobie zadać pytanie ? czemu to służy, skoro nie bezpieczeństwu? Odpowiedź kryje się ? moim zdaniem ? w ogromnych budżetach na tego typu wdrożenia, oraz na utrzymanie systemów. W raporcie NIK o monitoringu wizyjnym sporo jest informacji o nieprawidłowościach w zakupie sprzętu i usług. Moim zdaniem jest to kolejny ? po Igrzyskach ? Barejowski ?Miś?, na który niejeden tow. Ochódzki ma chrapkę. Może i ten miś nie jest aż tak kosztowny ? co to jest 57 milionów dla tak zamożnego miasta ? ale ma kły i pazury.

Kontrola nad kontrolą

Bo chodzi jeszcze o to, co się dzieje z obrazami rejestrowanymi przez CCTV. Raport NIK nie pozostawia złudzeń: Systemy monitoringu łamią prawo o ochronie danych osobowych. Jedynie co szósty zgłosił swoją działalność do Głównego Inspektora Danych Osobowych, co jest obowiązkiem nawet fryzjera gromadzącego numery telefonów klientów. W 22% systemów dane nie mają wystarczającej ochrony technicznej i proceduralnej ? można je więc łatwo wykraść metodami hakerskimi, czy zwykłą socjotechniką. To drugie jest tym łatwiejsze, że ponad ? miejskich systemów monitoringu zatrudnia osoby bez odpowiedniego upoważnienia.

Jak wykazała kontrola NIK, służby miejskie nagminnie przechowują nagrania nie zawierające przestępstw, czy interwencji ponad 20 dni, co jest nielegalne i stwarza pytanie: po co przechowywać nagrania przechodniów, czy uczestników pokojowych demonstracji? Dziś nie wydaje nam się to problemem, ale dla nikogo nie powinno być nowiną, że do polityki garną się także ludzie niegodziwi, oraz że w gminnej hierarchii nie brak okazji do wystawiania na próbę uczciwości strażników miejskich przez ich pryncypałów. 2+2=4.

Problem stanowi brak społecznej kontroli nad monitoringiem, wynikający z braku regulacji prawnych ? ustawy, którą postuluje NIK, oraz z braku odpowiednich obyczajów politycznych mieszkańców i urzędników naszego miasta.

Jestem więc przeciw, i każdego namawiam by również głosował przeciw. Nawet będąc ?generalnie na tak? trudno nie przyznać, że zarówno koszty, jak i szereg wątpliwości ? począwszy od regulacji prawnych, skończywszy na rzetelnej analizie potrzeb i możliwości ? skłaniają do głosu ?na razie nie?.

Specjalne podziękowania dla Jakuba Lewandowskiego z CamsOff oraz dla Fundacji Panoptykon za „wsad” merytoryczny.

Źródła: