Archiwa tagu: „S”

Solidarność pisana na żółto

Jak sentymentalna panna „S” na kurwy zeszła

Po kilku latach uważnego obserwowania konfliktów pracowniczych mogę coś doradzić wszystkim pracującym: Organizujcie się, ale najlepiej z dala od „Solidarności”.

Kilka lat temu pracowałem w dużej, bardzo dobrze radzącej sobie firmie. Zatrudniała 1,2 tys. osób, z czego ok. 1 tys. tylko na produkcji. Założyli związek zawodowy – przystąpiła do niego od razu 1/3 załogi produkcyjnej. Jak pisali na stronie komisji:

„W ciągu poprzedniego roku przyjęto wiele niekorzystnych dla nas – a po części także dla firmy – decyzji […] Nałożyły się na to błędy w organizacji pracy, przez które bywa, że robotnik musi pracować cięgiem przez 2 tygodnie bez dnia przerwy. […] Chcemy, by zarządzanie – przede wszystkim produkcją – było rozsądne i pozwalało nam na odpowiedni zarobek i normalne życie poza pracą.”

Zarząd firmy zareagował agresywnie, a zarazem histerycznie. Pracownikom podtykano oświadczenia wystąpienia ze związku. Prezes miał emocjonalną przemowę, gęsto przetykaną „kurwami” („Tak samo jak w 1980” – skomentowała moja matka). Widać było, że robotnicy mają przewagę. Załoga postanowiła przyłączyć się do jakiejś centrali – padło na teoretycznie najsilniejszą „Solidarność”. I to był gruby błąd.

Mądrale z władz regionu doradzali spokój i łagodność. Zaczęli mediować – czyli rozmawiać z zarządem. Załoga przestała być podmiotem negocjacji. Działacze – jak wiem z licznych relacji – obiecali robotnikom pikietę solidarnościową – autobusy pełne związkowych towarzyszy. Robotnicy bardzo na to liczyli. Szeptem rozeszła się wiadomość o dacie demonstracji. Tego dnia oczywiście żadne autobusy do naszej specjalnej strefy ekonomicznej nie dojechały. Duch upadł – widać było, jak z godziny na godzinę zmienia się wyraz twarzy współpracowników. Ludzie zaczęli podpisywać deklaracje wystąpienia z „S”.

Nie minęły 4 miesiące od pierwszego do ostatniego zebrania komisji. Związek nie wywalczył kompletnie nic. Reprezentantów załogi zwolniono. Potem zaczął się proces zastępowania etatów agencjami pracy tymczasowej.

Nieco później, działając w Inicjatywie Pracowniczej, podejmowałem z towarzyszami akcje solidarności (od małej litery i bez cudzysłowu) ze szwaczkami z myślenickiego Trend Fashion, zrzeszonymi w tzw. „Solidarności”. Ich wielomiesięczna walka trwała właściwie bez echa na zewnątrz zakładu. Dopiero kiedy włączyliśmy się skromniutkimi siłami, uzyskując jakiś oddźwięk w mediach i wsparcie innych organizacji, region „S” zareagował i zorganizował pikietę. To było wszystko ze strony najsilniejszej, półmilionowej centrali związkowej. Staliśmy u boku szwaczek do czasu, gdy konflikt zakończył się 50-złotowymi (!) podwyżkami i faktycznym lokautem (zamknięcie jednej spółki, zatrudnienie pracowników w nowej, co automatycznie rozwiązywało związkową komisję zakładową).

Dlaczego piszę o tym teraz?

Po rozłamowych, jawnie antypracowniczych działaniach „Solidarności” w Teatrze Polskim we Wrocławiu, oraz bezczelnym pokazywaniu pracownikom Poczty Polskiej, „gdzie ich miejsce”, wreszcie całkowitym braku wsparcia dla strajkujących lotników LOT-u, zauważyłem, że wszystkie te przypadki łączy jedno: Mniej lub bardziej ukryty kierunek działań władz „Solidarności”. Od wyciszania konfliktu po jawne opowiedzenie się po jednej stronie – zawsze jest to strona pracodawcy. Pracowniku, pracownico – ostrzegam, nie idź do „Solidarności”.

Tekst pierwotnie, w nieco innej formie, ukazał się w magazynie A-Tak.