Archiwa tagu: samorząd terytorialny

W stronę karykatury

Byłem ostatnio na sesji rady jednej z dzielnic mojego miasta. Wiem już dokładnie, i na przykładach, dlaczego „demokracja”, jaką znamy, nie działa. Dzielnica jako najbliższe obywatelowi przedstawicielstwo, jest soczewką, w której jak na dłoni widać wszystkie problemy.

Prawnikokracja

Radni podejmują decyzję o wyborze przewodniczącego komisji. Już ma dojść do głosowania, gdy ktoś mówi – Hola! Czy członek zarządu może być przewodniczącym komisji? Jedni mówią – Tak, oczywiście. Inni – Nie, skądże. Jedni i drudzy powołują się na prawo. Wreszcie przewodniczący ucina dyskusję – sprawa wymaga opinii prawnej z urzędu gminy. Czyli radnymi – przedstawicielami ludu – rządzi prawnik-urzędnik.

Powodem jest gmatwanina sprzecznych przepisów, w tym tak podstawowych jak statut dzielnicy i regulamin jej rady. Dokumenty te oczywiście nie zostały w żadnym stopniu przyjęte przez radę, ale spisane przez urzędników i oktrojowane przez organy gminy. Czy zawierają tyle wad dlatego, że spisali je światli fachowcy (obywatele – nie-parwnicy nie daliby sobie z tym rady), czy też po to, by wiązać ręce tym organom przedstawicielskim, które są najbliżej obywatela?

Jednostka pomocnicza

Dzielnica jest „jednostką pomocniczą” gminy. W czym jej pomaga? Ano, w kanalizowaniu pozytywnej, jak i negatywnej inicjatywy ludzi. Masz jakiś problem? Np. za oknem jednopiętrowego domu chcą ci postawić wieżowiec? Idź do rady dzielnicy. Ona wyda negatywną opinię o inwestycji. Opinia zostanie złożona w jakimś segregatorze, ale nie wpłynie na budowę wieżowca – gdyż nie jest wiążąca dla gminy. Paradoksalnie, masz większe szanse na wysłuchanie i przeprowadzenie swojej woli jako pojedyncza osoba, czy członek prywatnego stowarzyszenia, niż jako obywatel dzielnicy, która jest po to, by cię reprezentować. Jednak prawdopodobnie po skorzystaniu z instytucji dzielnicy, opadną ci ręce, a na to liczy władza skorumpowana przez inwestora.

Nie inaczej jest z aktywnością pozytywną. Np. jeśli dzielnica chce podjąć decyzję o wydatkowaniu skromnej nadwyżki budżetowej w sposób partycypacyjny, to oczywiście może to zrobić, ale ma na to tylko 4 miesiące – bo w lutym dowiaduje się z urzędu miasta, że nadwyżka będzie, a w czerwcu musi mieć przygotowany projekt wydatków. Przy długotrwałym procesie uchwałodawczym, konieczności akcji edukacyjnej wśród mieszkańców, żmudnym procesie weryfikacji wniosków i głosowania, oznacza to, że w praktyce ludzie będą mieli 2-3 tygodnie na przemyślenie i sformułowanie projektów budżetu partycypacyjnego. Jeżeli udział mieszkańców w kontroli nad tym procesem nie jest iluzoryczny, to tylko dzięki dobrej woli radnych, gdyż w ramach obowiązujących praw nic tego nie gwarantuje.

Mandat do teatru

W tym stanie rzeczy rady dzielnicy tylko w nieznacznym stopniu stanowią reprezentację społeczności. Znacznie bardziej przydają się jako przechowalnie działaczy partyjnych, którzy nie znaleźli się na listach wyborczych do innych – „wyższych” ciał. Ale nie tylko.

Praktyczna niemoc rady dzielnicy ws. rzeczywistych problemów społeczności prowadzi m.in. do tego, że radni szukają innego kanału ekspresji dla swoich osobowości. Tak powstaje pseudopolityczny teatr, w którym publicznością są głównie sami aktorzy (postronni obserwatorzy, jak ja, stoją oniemiali). Pretensje, krzyki, emocje podkręcone wypitym przed sesją alkoholem – a wszystko to w ramach procedur udzielania głosu, kwestii formalnych i „ad vocem”. W końcu czym byłby teatr bez teatralnych form?

Komedia, że Gogol by lepszej nie napisał. I za Gogolem można by rzec: „Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie”. Do samych siebie możecie mieć pretensje. Czy jedynie? Nie. U źródeł tej karykatury leżą całkowicie błędne założenia dotyczące samorządności:

  • Że samorządność może być odgórna (poziom niższy zależy instytucjonalnie i politycznie od wyższego, a nie na odwrót).
  • Że mandaty przedstawicieli samorządowych mają być wolne.
  • Że wewnętrzny ustrój samorządów nie może być regulowany przez nie same, tj. przez ludność, która samodzielnie tworzy swoje instytucje.

Trzymanie się tych założeń jest źródłem powszechnie znanych wypaczeń samorządu terytorialnego. I tu Gogol się kłania. Bo kto się tych założeń kurczowo trzyma? Pan, pani, społeczeństwo.