Wyzysk w handlu czyli między kapitalizmem a wolnością gospodarczą

Pracownicy łódzkiego Tesco walczą z wyzyskiem różnymi metodami, w tym przez działalność publicystyczno-informacyjną w blogu i na Facebooku. Ale nie oni jedni padają ofiarą handlu wielkopowierzchniowego. Zarówno im, jak i innym poszkodowanym będzie jeszcze ciężej ? dzięki „zdrowej” konkurencji na rynku sklepów detalicznych.

Marusi?a._Reirrei._Vilarromarís_C

Biedronka to drapieżnik. Fot. Lmbuga, lic. Creative Commons Attribution-Share Alike

O wyzysku pracowników w tego typu sklepach wiadomo nie od wczoraj. Najniższe możliwe wynagrodzenia i najbardziej „śmieciowe” warunki zatrudnienia doprowadzają do sytuacji kuriozalnych: Np. w magazynach, przy ciężkiej fizycznej robocie w szkodliwych warunkach (chłodnia) pracują prawie wyłącznie kobiety ? mężczyźni na ogół nie biorą takiej „oferty”. Ale co gorsza, warunki te obdzierają pracę jednostki z walorów etycznych. Powszechny mobbing różnych kierowników, „nadszyszkowników” itd. ma te same źródła co niedbałość czy kradzieże ze strony szeregowych pracowników: słuszne poczucie, że praca nie jest doceniona, zastąpienie wartości ludzkich ? korporacyjnymi a uczciwości ? nadmierną kontrolą. Czy to powinno dziwić? Nie. Sytuacja pracowników Tesco (a pewnie i wielu innych sklepów wielkopowierzchniowych) jest tylko soczewką w której odbijają się z całą jaskrawością wszystkie znane problemy alienacji pracy i jej utowarowienia.

Wyzysk a dobro konsumenta

Powodem fizycznego i duchowego cierpienia pracowników hipermarketów i dyskontów jest dominacja sklepów tych klas na polskim rynku. Dominacja wynikająca m.in. z? wyzysku pracowników. Dzięki niskim kosztom oferują niskie ceny, na poziomie coraz trudniejszym do osiągnięcia przez małe sklepy. Skutkiem tego te ostatnie muszą stosować te same praktyki: Umowy-zlecenia zamiast nadgodzin, podnoszenie norm ilościowych pracy, itd. A i to nie starcza by utrzymać się na rynku. W latach 2010-2011 w woj. małopolskim ubywało ok. 5% sklepów rocznie. Oto co naprawdę znaczy ukuty już w latach 90. w branży slogan „Tesco ? tanio kurewsko„.

Na konsolidacji rynku tracą także dostawcy towarów, których zyski zjadane są przez opłaty półkowe, „faktury marketingowe”, czy darowizny dla fundacji prowadzonych przez sieci, nie mówiąc już o zwykłych rabatach handlowych. Np. efektywna marża dostawcy sprowadzającego artykuły przemysłowe z Chin to ok. 20%. Jeśli sprzedaje do hipermarketów ? mniej-więcej połowę mniej.

No dobrze ? powie konsument ? ale przecież gdyby nie konkurencja, miałbym o wiele drożej. Czyżby? Jeśli popatrzeć na raporty „Koszyk cen dlahandlu.pl”, zobaczymy, że poziomy cen w sklepach różnych klas są podobne. Rzekoma taniość hipermarketów i dyskontów to iluzja. Czasem nawet najtańsza w rankingu okazuje się Alma, pozycjonowana jako sklep dla bogatych (Obecnie ? grudzień/styczeń różnica cen między Almą a Tesco w Krakowie nie przekracza 1%).

Weźmy pod uwagę że – jak podaje „Gazeta Prawna”jedno nowopowstałe miejsce pracy w dyskoncie kosztuje pięć w doprowadzonych do bankructwa sklepach tradycyjnych (w tym kontekście wyjątkową hipokryzją jawią się szumne ogłoszenia podwyżek płac w Biedronce).

Weźmy też pod uwagę prosty fakt, że dzięki olbrzymiej skali zarówno ceny zakupu jak i koszty logistyki są dla sieci wielkopowerzchniowych kilkadziesiąt procent niższe niż dla małych graczy. Wniosek nasuwa się sam: Rentowność sieci wielkopowierzchniowych musi być wielokrotnie wyższa, niż handlu tradycyjnego. Widzisz to na paragonie? Nie? Zdzierstwo to też wyzysk.

A podnieść jeszcze trzeba kwestię obiektywnej wysokości renty i poziomu życia właścicieli sklepów. Znam niejednego z nich. Niektórzy mają na godne życie dla siebie, choć niekoniecznie dla rodziny. Niektórym udało się założyć po kilka placówek ? oni mogą sobie pozwolić na duże domy i drogie samochody (choć nie z najwyższej półki). Jednak najczęściej właściciel sklepu, naprawdę ciężko pracując, zarabia może 3 razy więcej niż jego pracownik. Jest w tym zarobku i premia za ryzyko, i jakieś zabezpieczenie na gorsze czasy ? nie myślę więc, by można nazwać sklepikarza wyzyskiwaczem. A właścicieli Jeronimo Martins, Tesco czy Carrefoura? To znów kwestia alienacji ? tym razem kapitału.

Konsument nie zyskuje na cenach, a traci sporo: Zamiast pójść do sklepu za rogiem (który splajtował, może zrobią tam teraz oddział banku?), musi czynić wyprawę do dużego sklepu ? to koszty i czas. Zamiast wybrać i zamówić towar ulubionego producenta, musi brać co akurat dają. Wreszcie traci jako członek społeczności, która ubożeje materialnie i kulturowo, i jako podatnik ? łożąc na łatanie dróg rozjeżdżonych przez tiry, i na zasiłki dla bezrobotnych.

Będzie gorzej

Wyzysk pracowników w wielkich sklepach wzrośnie. Dlaczego?

Od kilku lat można zaobserwować stale rosnącą tendencję do koncentracji handlu detalicznego i hurtowego. Oczywiście pod presją sieci wielkopowierzchniowych. Łączą się sieci, lokalni dystrybutorzy (hurtownicy) padają ofiarą wrogich przejęć. Jednym ze skutków jest wzrost bezrobocia w handlu, ale także ? drogi konsumencie ? obniżenie konkurencyjności rynku i summa summarum osłabienie pozycji klienta końcowego.

Z drugiej strony, także wielcy podlegają świętemu prawu konkurencji, które sami czczą. Najbardziej agresywny i największy gracz ? Biedronka ? narzuca warunki, przy których konkurenci ? zwłaszcza hipermarkety ? stają przed wyborem: Konsolidacja (tyleż dla zwiększenia skali ile dla obniżenia kosztów poprzez redukcję dublujących się etatów) czy samodzielne cięcie kosztów. Bo zmniejszenie skali wyzysku nie wchodzi w grę. W jednej z sieci po zwolnieniu kilkuset osób w ub. r. następna, podobno dużo głębsza redukcja zatrudnienia przewidziana jest na ostatni kwartał br. A plany sprzedaży oczywiście rosną, tak więc mniejsza liczba ?ludzików? (bo i tak ?menedżment? określa pracowników, zwłaszcza niskokwalifikowanych) będzie musiała wykonać większą pracę.

Rozwiązania?

Oczywiście jedynym w pełni satysfakcjonującym rozwiązaniem byłaby rewolucja moralna. Jednak dopóki więcej kujemy mieczy, niż lemieszy, potrzebujemy działań doraźnych.

Swoich zwolenników ma podatek od handlu wielkopowierzchniowego. Ja jestem sceptyczny. Z jednej strony taki podatek łagodzi nierówności między wielkimi a małymi graczami. Z drugiej jednak, zostanie on rozłożony po części na konsumentów, dostawców i oczywiście na pracowników sklepów. A rykoszetem uderzy także w małe sklepy (dostawcy, którzy nie będą sobie mogli pozwolić na ograniczenie sprzedaży w największym kanale dystrybucji, przerzucą koszt w cenach na rynek tradycyjny, który z kolei nie może sobie pozwolić na niehandlowanie pożądanymi przez konsumentów markami).

Przykład handlu detalicznego pokazuje jasno, że kapitalizm nie równa się wolność gospodarcza. Bo gdy sklepikarzowi postawi się dyskont, będzie on miał co najwyżej wolność zwinięcia interesu. Może więc warto, byśmy my sami stawiali tamę ekspansji sklepów wielkopowierzchniowych. W obowiązującym modelu prawnym, zgodę na budowę sklepu wydaje gmina. Naszą rolą jest naciskać na urzędników nie mniej energicznie, niż naciskają przedstawiciele sieci dyskontów. Oni mają pieniądze ? my rację.

Nie powinniśmy też zapominać o bojkocie. Czasem ? owszem ? liczyć trzeba każdy grosz. Ale bądźmy szczerzy ? nie zawsze. Że w dyskoncie są tanie wędliny? Wolę dobrą pasztetową niż złą szynkę. Od dobrej pasztetowej jeszcze nikt nie umarł. Z wyzysku ? już wielu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *