Archiwa tagu: anarchizm

O „Ludziach bez zasad”

Tekst powstał jako list do redakcji „Gazety Krakowskiej”, opublikowany w wydaniu papierowym 4 marca 2013 r.

Zniszczono pomnik Danuty Siedzik „Inki”. Nie wiadomo kto to zrobił, ale Paweł Kukla, pełnomocnik Ligi Obrony Suwerenności Okręgu Małopolskiego (dlaczego Okręg Małopolski miałby bronić swojej suwerenności?) rzuca oskarżenia. Jednocześnie jego organizacja nazywa krakowskich anarchistów „ludźmi bez zasad i wykolejonymi moralnie”. Otóż znam ich, i m.in. ze względu na ich wyjątkowe poszanowanie moralności, związałem się z ruchem anarchistycznym. Nie mogę zdzierżyć wyssanej z palca kalumnii.

Ci „ludzie bez zasad” ujęli mnie od początku stosowaniem zasady konsensusu – czyli jednomyślności w decyzjach. Byłem przekonany, że w praktyce zasada ta nie może zdać egzaminu: albo proces decyzyjny ciągnie się w nieskończoność, albo pojawia się naturalny wódz, czy klika bardziej władczych osobowości, narzucających ton. Byłem w błędzie. Zasada jednomyślności funkcjonuje doskonale – dzięki postawie stosujących ją osób.

„Wykolejeńcy” są niezwykle uwrażliwieni na zdanie i postawę bliźniego. Widzę, jak stale pracują nad sobą w tym względzie – to prawdziwy przykład samokontroli i wewnętrznej dyscypliny. Patrząc na nich rozumiem, jak to możliwe, że „cisi posiądą ziemię”.

„Ludziom bez zasad” nie brak odwagi, skoro głoszą publicznie niewygodne poglądy, narażeni nawet na akty przemocy. Całkiem niedawno liczna grupa chłopców we „flejersach” próbowała zakłócić spotkanie które prowadziłem – nb. nt. związków chrześcijaństwa i anarchizmu. Nas, „ludzi bez zasad” brzydzi akt tchórzostwa, jakim było uszkodzenie pomnika „Inki”.

Nie, ludzie bez zasad są inni. Ludzie bez zasad to tacy, którzy nie chcą przełamać klisz obciążających ich umysły, mimo że są ich świadomi. Ludzie bez zasad to tacy, którzy wykorzystują intelektualną wyższość, by politycznie manipulować nastolatkami. Ludzie bez zasad to tacy, którzy chlapią ozorem nie biorąc odpowiedzialności za słowa.

Ludzie bez zasad to tacy, którzy niszczą pomniki po to aby… No właśnie. Mam zasady, m.in. tę, że nie rzuca się niepotwierdzonych oskarżeń.

Byłem na „Jezusie”

Chodzi o „Jezusa Chrystusa Zbawiciela”, wystawionego przez Michała Zadarę w Łaźni Nowej na podstawie słynnego monodramu Klausa Kinsky’ego z 1971 r. Nad samym przedstawieniem nie będę się zbytnio rozwodził, ale zabiegi uczynione z tekstem dają do myślenia.

Mam szczęście rozumieć niemiecki – język oryginału (zresztą, mój germanista z liceum także mignął mi w szatni, pozdrawiam i dziękuję, profesorze S.!). Porównałem więc zapis występu Kinsky’ego w Berlinie w 1971 z tym, co usłyszałem w ostatnią sobotę.

Tekst polski jest nie tylko tłumaczeniem, ale skrótem i tuningiem oryginału. Co dziwne, z jednej strony jest bardziej politycznie poprawny, z drugiej – jak gdyby mniej. Z jednej strony ze swoistego refrenu mówiącego o tym, do kogo przychodzi Jezus (wykluczeni, prostytutki, bezrobotni itd.) zniknęli Cyganie; nie ma też w „liście gończym” za Jezusem przypuszczenia, że „być może jego matka była dziwką” (za ostre dla katolików, czy zbyt demaskujące „racjonalistów”?). Z drugiej – zamiast „prawdowaców”, których można interpretować dość szeroko uczyniono „posłów”, a bogacza zamiast „głupcem” nazywa się „debilem”. Takich zmian jest jeszcze kilka. Po co, czy raczej – dlaczego?

Myślę, że autorów polskiej wersji poniosła trochę mania aktualizacji i obowiązkowego obecnie w teatrze modyfikowania tekstów. Niech będzie, o ile taki zabieg idzie z duchem oryginału i nie przegina. Bo już przegięciem – choć nie powiem, bardzo dobrym – jest podmienienie źdźbła i belki w oku na kastet i czołg. I niech będzie konsekwentnie. Bo skoro „Wietnam” zamieniamy na „gdzieś w Azji”, to co robią „hipisi”, którzy są równie grubym anachronizmem? Bo chyba nie chodzi o Sipowicza i Legutkę? Ale zmiany w tekście wynikają też pewnie z koncepcji inscenizacyjnej.

Kinsky występował z wyżyn gwiazdorstwa i sztuki, w aurze szaleństwa i geniuszu. Jego występ mógł być surowy, takoż tekst, stanowiący delikatnie tylko uwspółcześnione wypisy z Ewangelii. Autorzy polskiej prapremiery zdecydowali się na formułę kontestacyjno-młodzieżową (zresztą muzyka wykonywana przez Leszka Lorenta i Bartka Tycińskiego w przedstawieniu gra dużą rolę i jest naprawdę świetna). Stąd i aktorka – Barbara Wysocka – (zresztą bardzo dobrze, że kobieta, uniknięto ryzyka zgrywania Jezusa, co się chyba samemu Kinsky’emu nie udało) upozowana na gwiazdę sceny, w hipsterskiej czapeczce i lakierkach z cholewami. Stąd też przerysowania w tekście. I stąd przemilczenia.

W przedstawieniu Zadary pominięto scenę agonii Jezusa. Może nie mieściła się w założonym czasie przedstawienia, a może w przestrzeni pojęciowej narzuconej formułą opowieści o Jezusie – społeczniku? Podobnie jak passus o rzucaniu kamieniem, oraz że „Godzien jest robotnik zapłaty swojej”? Ale u Kinsky’ego to wszystko się mieści i przekazu społecznego nie rozmywa. Możliwe też, że aktorka nie mogła sobie przypomnieć tekstu (nie do końca jarzę te wszystkie metazabiegi w teatrze).

Waloru spektaklu jako głosu w dyskursie chrześcijańskim nie da się przecenić: Przypomina o tym, że królestwo Jezusa nie jest z tego świata, że chrześcijaństwo to negacja wszystkiego innego („Nie wierz w nic poza moją nauką”). Dobrze, że podkreśla tę prawdę w aspekcie społecznym, „oskarżając” Jezusa o „anarchistyczne tendencje”, „spisek przeciw potędze państwa”, sprzeciw wobec „wszystkich stosunków, w których człowiek jest poniżany, kategoryzowany, instrumentalizowany czy wykorzystywany”. Dobrze że obnaża hipokryzję święcenia broni, sojuszu tronu i ołtarza. Mam jednak wrażenie że autorzy bardzo się starali na swoją modłę oswoić Jezusa. A może uznali, że w polskiego widza trzeba troszkę mocniej walić młotkiem? Byłbym wdzięczny, gdyby wytłumaczyli się ze swoich decyzji tekstowych.

Czy warto pójść do teatru? Nie wiem. Ale warto skonfrontować się z tekstem – choć to „tylko” wypisy. Nazajutrz po spektaklu, jak dobry mieszczanin, poszedłem z rodziną do kościoła. Czytania z Izajasza słuchałem ze łzami w oczach.