Archiwa tagu: wyzysk

Kapitalizm zabija. Ciebie też może

Ponieważ nie miałem czasu w normalnych godzinach, zamiast zmienić opony w spółdzielni Gromada, pojechałem do całodobowego zakładu prywatnego. Skończyło się na drobnej przykrości, ale mogło znacznie gorzej.

W warsztacie kolejka, pracuje dwóch chłopaków. Wyraźnie zmęczeni. Jeden wręcz słania się na nogach, zatrzymuje się, zapomina co właśnie chciał zrobić.

? Przepraszam pana, pracuję czternastą godzinę. Głowa już nie działa.
? Rozumiem, znam to.

14 godzin. Ciężkiej fizycznej pracy w hałasie, brudzie, w zimnie jak w psiarni. Drugi trochę żwawszy. Pomaga mu doświadczenie, jedzie na autopilocie. To też znam.

Płacę, odjeżdżam. Na światłach dogania mnie inne auto: ? Kołpak pan zgubił.

Kołpak połamany, trudno. Dobrze, że nie koło.

Dobrze, że nie koło.

Kapitalizm zabija. Nie tylko pracowników, ale i konsumentów. I nie ma znaczenia, czy chłopak sam się zgłosił po te 14 godzin zamiast 8 czy 10. Bo 20-latkowie w sobotni wieczór z własnej woli robią inne rzeczy niż wymienianie opon w cudzych samochodach. I nie mówcie, że skoro nie czuł się na siłach to mógł odmówić. Bo wiecie doskonale, że nie mógł. I nie mówcie, że feler to osobista odpowiedzialność pracownika. To nie on zorganizował sobie pracę.

A kiedy będziecie sarkać na stary plakat z koktajlem Mołotowa, w którym mieszanka wybuchowa składa się z niskich płac i wysokich czynszów, pomyślcie o wszystkich wybuchach, pożarach, kraksach spowodowanych stosunkami kapitalistycznymi.

molotow

Arbeit macht frei

Praca czyni wolnym?

Pewnie wiesz, że hasło ?Praca czyni wolnym? umieszczano na bramach niemieckich obozów koncentracyjnych. Ponury żart faszystów niektórzy więźniowie brali serio. Ale naprawdę smutne jest to, że większość z nas teraz wciąż weń wierzy.

Arbeit macht frei

Arbeit macht frei, brama obozu Sachsenhausen, fot. Adriano Amalfi, lic. CC BY 2.0.

Oczywiście mówię tu o pracy zarobkowej. Dzień w dzień wstajesz rano by spędzić 8 lub więcej godzin przy maszynie, biurku, w biegu. Marzysz o chwili, w której nie będziesz musieć. Myślisz sobie może, że kiedyś do tego dojdziesz. Nie. W każdym razie nie wciąż pracując.

Dlaczego? To proste. W systemie kapitalistycznym albo pracujesz na kogoś, albo ktoś pracuje na ciebie. A więc żeby kiedyś nie musieć pracować, teraz musiał(a)byś ze swoich zarobków odłożyć na inwestycję, pozwalającą zatrudnić tyle osób, by nadwyżka przez nie wypracowana dała Ci utrzymanie. Jak może pamiętasz z poprzedniego wpisu, musiałoby to być 5?6 osób.

Wymagałoby to więc od Ciebie wieloletniej pracy po kilkanaście godzin dziennie. Biologia mówi, że się nie da. Ponoć bogaci mają sposoby na podniesienie wydolności organizmu i wydłużenie życia, ale rozmawiamy cały czas o tym, że nie jesteś bogaty/bogata.

Inna metoda ? mieć nieruchomość. Czynsz za mieszkanie równa się mniej więcej zarobkom jednej osoby pracującej w pełnym wymiarze godzin. W praktyce zakup mieszkania jest równie kosztowny co zorganizowanie kilku miejsc pracy. Tyle, że mniejsze ryzyko. I możesz dostać kredyt. Zakładając nawet, że kredyt dostaniesz, okaże się że jego spłata będzie mniej więcej równa zyskom z wynajmu. A więc jako ?landlord? będziesz gnębić biedaków, sam(a) pozostając równie biedna/biedny.

Ale jak to, przecież niektórym się udaje! Właśnie, tych ?niektórych? jest kilka procent z tych co próbowali. 1 rok na rynku przetrzymuje 15?20% nowo założonych przedsiębiorstw. Długo i szczęśliwie działa znacznie mniej. A o przejściach ludzi, którzy próbowali tanio kupić kredyt, żeby drogo wynajmować mieszkania, już chyba każdy słyszał. Na spekulacji dobrze wychodzą wcale nie spekulanci tylko banki i państwa.

A więc wolnym w kapitalizmie czyni cholerny fuks albo bycie bogatym z domu. Wolność i praca owszem, mogą iść w parze. I tak kiedyś będzie. Jednak pracowanie ciężej, żeby dać jeszcze więcej szefowi nie jest drogą do tego celu. 😉

Tekst ukazał się w 3 numerze A-Taku, wśród wielu bardzo wartościowych materiałów innych autorów.

Na kogo pracujesz?

Na kogo pracujesz?

Masz etat, śmieciówkę, czy samozatrudnienie? Piszę ten krótki tekst właśnie dla Ciebie. Żeby Cię wkurzyć. Już w XIX w. pisano, że dzięki maszynom możemy pracować 3?4 godziny dziennie. Dziś tym bardziej to prawda.

Jerzy Duda-Gracz, "Fucha"

Jerzy Duda-Gracz, „Fucha”, reprodukcja ze strony Nowohuckiego Centrum Kultury

Główny Urząd Statystyczny przedstawia co pół roku ?Wyniki finansowe podmiotów gospodarczych?. Weźmy jeden z ostatnich, za pierwsze półrocze 2015 r., ołówek i kalkulator. Według oficjalnych wyników wykazywanych przez firmy, koszty pracy, wraz ze składkami na ZUS, to 12,38% obrotów przedsiębiorstw. Jednocześnie rentowność, czyli to co zostaje w kasie naszych pryncypałów to 6,42%. Oznacza to, że cała załoga dostaje brutto dwa razy tyle, co jeden człowiek (albo fundusz inwestycyjny, czy bank), który jest posiadaczem przedsiębiorstwa. Oczywiście oficjalnie. Pracowałem w wielu miejscach i nie dziwi mnie nie tylko, że szefowie prócz zysków kapitałowych wypłacają sobie normalne (wysokie) wynagrodzenie, ale też ?wynajmują? firmie własne nieruchomości, a nawet wliczają w koszta firmy służbę domową.

Ale to nie jedyny kapitalista, który korzysta z owoców Twojej pracy. Prócz niego są to banki i instytucje finansowe (1,35%), oraz ? co oczywiste ? inni kapitaliści sprzedający firmie w której pracujesz towary i usługi, bez których Wasza praca nie byłaby możliwa, a także ich bankierzy (łącznie kolejne 5,72%). Jeśli kupowane przez firmę towary i usługi są wysoko przetworzone, należałoby doliczyć jeszcze ze 2?3%. W sumie, ludzie których jedyną zasługą jest to, że posiadają dużo więcej od innych, zgarniają więcej, niż wszyscy pracownicy łącznie (min. 13,49% obrotu przedsiębiorstw wobec 12,38%). Oznacza to, że połowa naszej pracy służy wyłącznie temu, by działał system wyzysku a nasi szefowie byli jeszcze bogatsi.

Czy tylko połowa? Skądże. 5,7% obrotu firm pochłaniają podatki i opłaty ? czyli pół godziny z ośmiogodzinnego dnia pracy poświęcasz państwu. Co więcej, Twoja płaca też jest oczywiście opodatkowana ? to kolejna godzinka. O ZUS-ie nie piszę, bo w jego ramach kupujesz (przepłacając rzecz jasna haniebnie) ubezpieczenie zdrowotne i emerytalno-rentowe.

Potworne. Wychodzisz z domu na 10 godzin. 4 oddajesz szefom swoim, cudzym i bankierom, 1,5 ? państwu. A teraz pomyśl, na co zwykle brakuje Ci czasu. Co można by zrobić z dodatkowymi 5 godzinami? Z energią, której nie oddasz byle komu za bezcen? Przeczytać zaległą książkę? Spotkać się z dawno nie widzianymi przyjaciółmi? Zrobić coś pożytecznego dla innych? Wziąć dziecko na wycieczkę? Uprawiać sztukę? Ogród? Seks?

Żyć. Zamiast tego codziennie pół dnia jesteś martwy.

% obrotu przedsiębiorstw

kto korzysta

renta kapitalisty

6,42%

kapitaliści

płace brutto i ZUS

12,39%

pracownicy, państwo

podatki i opłaty ogółem

5,70%

państwo

koszty finansowe

1,35%

kapitaliści

materiały, maszyny, wartości intelektualne, w tym:

marże dostawców

4,76%

kapitaliści

płace brutto i zusy kolegów z firm partnerskich

9,19%

pracownicy, państwo

podatki i opłaty ogółem

4,22%

państwo

koszty finansowe

1,00%

kapitaliści

materiały, maszyny, wartości intelektualne, amortyzacja

54,97%

Podział obrotów przedsiębiorstw. Opracowanie własne na podstawie ?Wyników finansowych podmiotów gospodarczych I?VI 2015?, GUS, 5.10.2015 r.

Tekst został opublikowany w 2 numerze A-Taku, zapraszam do lektury całości.

Co sędziowie mówią pracownikom

Dwa wyroki w sprawach sporów zbiorowych: w Aelii i Jastrzębskiej Spółce Węglowej, wskazują ? mam nadzieję ? ogólniejszy trend. Tępi, dyspozycyjni sędziowie mówią społeczeństwu: każdy protest może być nielegalny, a więc radykalizujcie się!

Pozwólcie, że przypomnę (szerzej pisze Inicjatywa Pracownicza): 22 października warszawski sąd na wniosek sieci sklepów Aelia, która nielegalnie zwolniła pracownicę, Anię Kucharzyk, za działalność związkową, oraz stosuje mniej lub bardziej rażące formy wyzysku a także utrudnia działalność związkową, zakazał Inicjatywie Pracowniczej m.in.:

  • publikowania w środkach masowego przekazu materiałów zawierających hasła dotyczące wyzysku oraz represjonowania za działalność związkową i zastraszania pracowników i pracownic Aelii za ich działalność związkową;
  • dystrybuowania 41 numeru biuletynu ?Inicjatywa Pracownicza? oraz ulotek ?Kupon etycznego konsumenta?;
  • organizowania pikiet związanych z wyzyskiwaniem oraz zastraszaniem i represjonowaniem pracowników i pracownic Aelii.

Jednym słowem, odmówiono praktykowania wolności słowa i rutynowych ? rzec można ? działań walki związkowej. Jak przystało na stary, PRL-owski styl sądownictwa na zamówienie, rozprawa odbyła się niejawnie, oczywiście bez udziału przedstawicieli związku.

12 lutego sąd uznał niezgodność z prawem strajku w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. Zgodnie z literą prawa, strajk rzeczywiście nie był legalny: w momencie ogłoszenia nie było już przedmiotu oficjalnego sporu zbiorowego. Nowe postulaty zgłosili już po wszczęciu strajku. Czyli zrobili to na szybko, wiedząc, że nie mają czasu na formalną procedurę. Oczywiście, istniał przedmiot sporu, istniały rozbieżności których nie usunęły negocjacje z zarządem, istniała niemal jednomyślna wola załogi co do strajku ? czyli wszystkie czynniki legalizujące strajk. Ale nie przeprowadzono procedury rokowań, mediacji i strajku ostrzegawczego. Kto się trochę na tym zna, wie, że może to trwać długie tygodnie, jeśli nie miesiące. W praktyce wymóg zachowania procedury wiąże ręce organizacjom zakładowym.

Ale choć strajk był nielegalny, okazał się skuteczny. Przynajmniej w warstwie symbolicznej ? odwołano prezesa.

Co komunikują obydwa wyroki pracownikom?

Jeśli chcemy skutecznie walczyć z pracodawcą, potrzebne są nowe, wymyślne środki umykające prawu napisanemu z myślą o supremacji kapitału nad pracą. Jeśli związek zawodowy nie może krytykować Aelii, to może stowarzyszenie, albo 15 stowarzyszeń będzie czekało po kolei na 15 wyroków, rotacyjnie prowadząc kampanię w obronie pracowników?

Niezależnie od tego, czy się staramy utrzymać legalne formy walki, czy nie, zawsze znajdzie się usłużny funkcjonariusz, który autorytetem państwa zabroni nam działać. Co ważne ? otworzy ?pracodawcy? drogę do roszczeń cywilnoprawnych. A wielu z nas wolałoby dostać wyrok karny niż spłacać realne lub urojone straty wyzyskiwaczy ? choćby dlatego, że nas nie stać.

Prawo jest zredagowane tak, by móc w każdej chwili ?przywołać do porządku? ludzi pracy. W jego obrębie nie są możliwe nie tylko zmiany społeczne, ale nawet rozwiązanie problemu w konkretnym zakładzie. Związek zawodowy chcący działać w obrębie obecnego prawa związkowego jest jedynie ?partią umiarkowanego postępu w granicach prawa?, wentylem bezpieczeństwa zakładu i systemu, niczym więcej.

A skoro ? jak mówią sądy ? niezależnie od naszych starań możemy dostać po głowach, to może nie warto się starać o legalność? Skoro nielegalny strajk okazuje się skuteczny? Skoro akcja bezpośrednia robotników doprowadza do zrealizowania zaległych wypłat? Okazuje się mniej ryzykowna, bo zwycięskich budowlańców nie ścigają prawnicy.

Łańcut – Rawenna, czyli kultura i akumulacja

Byłem jeszcze w podstawówce, gdy pierwszy raz zobaczyłem zamek łańcucki. Zrobił na mnie wrażenie (i robi dotąd), nie tylko przepychem, ale smakiem i pięknem. I jeszcze świadomością, że powstał z wyzysku moich przodków. Czy wielka kultura oparta na akumulacji kapitału jest rzeczywiście miarą naszej cywilizacji?

Wzór doskonałego ciała – z krwi i potu moich przodków

A. Canova, "H. Lubomirski jako Amor", fot. za: B. Trojnar, Łańcucki "Amor" Canovy w Possagno i Rzymie, "Spotkania z Zabytkami" 2008, nr 10, s. 13

A. Canova, „H. Lubomirski jako Amor”, fot. za: B. Trojnar, Łańcucki „Amor” Canovy w Possagno i Rzymie, „Spotkania z Zabytkami” 2008, nr 10, s. 13

Perełką łańcuckich zbiorów jest posąg Henryka Lubomirskiego jako Amora, dłuta samego Canovy. Portret chłopca zamówiła jego daleka ciotka, niezwykle rozmiłowana w urodzie dziecka, Izabela Czartoryska, w czasie ich wspólnej podróży do Włoch, Francji i Anglii. Propozycję złożyła artyście już światowej sławy i bynajmniej nie taniemu: 7 lat wcześniej Antonio Canova zaszczycony został 3-letnim stypendium Najjaśniejszej Rzeczypospolitej Wenecji (300 dukatów rocznie), a od tamtej pory jego akcje wzrosły niepomiernie po przenosinach do Rzymu i stworzeniu „Tezeusza zwyciężającego Minotaura”. Właśnie kończył pomnik nagrobny papieża Klemensa XIV i był w połowie drugiego – Klemensa XIII. Podbijał jeszcze cenę polskiej księżnej, wymawiając się że nigdy jeszcze nie rzeźbił portretu. Jedna z najbogatszych kobiet w Polsce miała jednak gest i portret jej ukochanego Henryka z idealnym ciałem powstał. I zachwyca do dziś.

Ile kosztowała rzeźba, zwłaszcza liczona w dniówkach przeciętnego chłopa z dóbr Potockich – nie wiem. Czy chłop ten byłby szczęśliwszy wiedząc, że jego trud poszedł na coś tak pięknego – najwyżej w minimalnym stopniu. Czy to, że teraz każdy może dać się ponieść zachwytowi nad doskonałością dzieła Canovy usprawiedliwia wyzysk, z jakiego to dzieło powstało? Niestety nie, ponieważ jego uspołecznienie nastąpiło wbrew intencjom księżnej i jej kolejnych spadkobierców, na drodze gwałtownej.

Wyzwoleniec-męczennik i 26 tys. solidów

Co tam jedna niewielka figura, choćby śliczna. Kościół św. Witalisa w Rawennie (znów Rawenna) – to dopiero coś. Zbudowany w VI wieku, za cesarza Justyniana, robi wrażenie gigantyczną kubaturą, fantastyczną organizacją przestrzeni i – przede wszystkim – mozaikami. Minie niedługo 1600 lat jak z niesłabnącym blaskiem olśniewają widza para cesarska wraz z dygnitarzami, święci, patriarchowie, i sam Jezus na tronie świata, łaskawie udzielający splendoru cesarzowi. I złoto. Mnóstwo złota.

Więcej niż widać. Budowa bazyliki kosztowała 26 tys. solidów, czyli blisko tonę złota (no, tonę złotych monet, w których mogło być nawet parędziesiąt proc. miedzi). Wyłożył je ponoć grecki bankier Juliusz Złotnik. Czy to było dużo? Solid to mniej-więcej roczne wynagrodzenie niewykwalifikowanego robotnika. To tak, jak by cała ówczesna Rawenna przez rok pracowała za darmo (zakładając, że co drugi mieszkaniec zdatny był do roboty). To tak jak teraz 800 mln zł. Jak dwa stadiony olimpijskie w 50-tysięcznym mieście. Juliusz Złotnik zarobił je na finansowaniu obrzydliwych zbytków i wojen cesarstwa, pomagając w psuciu monety i śrubowaniu ucisku podatkowego.

Wyżej cenię bazylikę San Vitale niż pomnik Henia Lubomirskiego. Może dlatego, że to nie moi ziomkowie sponsorowali ją swoją pracą. Może przez jej wymiar sakralny. Trudno powiedzieć, czy ludzie, którzy ją wznieśli, stali się przez to lepszymi chrześcijanami. Ostatecznie, bazylika powstała nie tyle na cześć wyzwoleńca – męczennika św. Witalisa, ile cesarza Justyniana i jego żony Teodory. Może wreszcie dlatego, że jest już teraz uniwersalnym symbolem naszej kultury?

Jeśli to ostatnie, to czy uniwersalny symbol wart jest ceny wyzysku i poniżenia, jaką płacili biedni członkowie późnorzymskiego społeczeństwa? Raczej nie. Ale – jeśli nie – to czy zgodzilibyśmy się na świat bez San Vitale, ale z nieco większą dozą wolności i równości? I wreszcie: czy taki świat byłby możliwy, czy rzeczywiście byłby lepszy? „Ubogich zawsze mieć będziecie”. Trudne pytanie, ale nie wolno nam od niego uciekać.

Kultura tworzona w pełnej wolności i równości z pewnością byłaby inna. Czy gorsza? Nie sądzę, bo mechanizmy hierarchiczne wcale nie są skuteczniejsze w odsiewaniu ziarna od plew, niż wolnościowe (vide losy konkursu na projekt kościoła Opatrzności Bożej w Warszawie). Na pewno skromniejsza, słabsza finansowo, bo nie hołdująca osobistym ambicjom cesarzy i księżnych – choć i tu crowdsourcingowy projekt Lichenia nie pozwala zbyt łatwo przyjąć tego założenia. Wkraczamy w czasy, gdy oba modele będą mogły funkcjonować na równych prawach. Będzie ciekawie.

Dziękuję p. Małgorzacie Przybyszewskiej ze „Spotkań z Zabytkami” za pomoc w zebraniu materiałów to wpisu.

Wyzysk w handlu czyli między kapitalizmem a wolnością gospodarczą

Pracownicy łódzkiego Tesco walczą z wyzyskiem różnymi metodami, w tym przez działalność publicystyczno-informacyjną w blogu i na Facebooku. Ale nie oni jedni padają ofiarą handlu wielkopowierzchniowego. Zarówno im, jak i innym poszkodowanym będzie jeszcze ciężej ? dzięki „zdrowej” konkurencji na rynku sklepów detalicznych.

Marusi?a._Reirrei._Vilarromarís_C

Biedronka to drapieżnik. Fot. Lmbuga, lic. Creative Commons Attribution-Share Alike

O wyzysku pracowników w tego typu sklepach wiadomo nie od wczoraj. Najniższe możliwe wynagrodzenia i najbardziej „śmieciowe” warunki zatrudnienia doprowadzają do sytuacji kuriozalnych: Np. w magazynach, przy ciężkiej fizycznej robocie w szkodliwych warunkach (chłodnia) pracują prawie wyłącznie kobiety ? mężczyźni na ogół nie biorą takiej „oferty”. Ale co gorsza, warunki te obdzierają pracę jednostki z walorów etycznych. Powszechny mobbing różnych kierowników, „nadszyszkowników” itd. ma te same źródła co niedbałość czy kradzieże ze strony szeregowych pracowników: słuszne poczucie, że praca nie jest doceniona, zastąpienie wartości ludzkich ? korporacyjnymi a uczciwości ? nadmierną kontrolą. Czy to powinno dziwić? Nie. Sytuacja pracowników Tesco (a pewnie i wielu innych sklepów wielkopowierzchniowych) jest tylko soczewką w której odbijają się z całą jaskrawością wszystkie znane problemy alienacji pracy i jej utowarowienia.

Wyzysk a dobro konsumenta

Powodem fizycznego i duchowego cierpienia pracowników hipermarketów i dyskontów jest dominacja sklepów tych klas na polskim rynku. Dominacja wynikająca m.in. z? wyzysku pracowników. Dzięki niskim kosztom oferują niskie ceny, na poziomie coraz trudniejszym do osiągnięcia przez małe sklepy. Skutkiem tego te ostatnie muszą stosować te same praktyki: Umowy-zlecenia zamiast nadgodzin, podnoszenie norm ilościowych pracy, itd. A i to nie starcza by utrzymać się na rynku. W latach 2010-2011 w woj. małopolskim ubywało ok. 5% sklepów rocznie. Oto co naprawdę znaczy ukuty już w latach 90. w branży slogan „Tesco ? tanio kurewsko„.

Na konsolidacji rynku tracą także dostawcy towarów, których zyski zjadane są przez opłaty półkowe, „faktury marketingowe”, czy darowizny dla fundacji prowadzonych przez sieci, nie mówiąc już o zwykłych rabatach handlowych. Np. efektywna marża dostawcy sprowadzającego artykuły przemysłowe z Chin to ok. 20%. Jeśli sprzedaje do hipermarketów ? mniej-więcej połowę mniej.

No dobrze ? powie konsument ? ale przecież gdyby nie konkurencja, miałbym o wiele drożej. Czyżby? Jeśli popatrzeć na raporty „Koszyk cen dlahandlu.pl”, zobaczymy, że poziomy cen w sklepach różnych klas są podobne. Rzekoma taniość hipermarketów i dyskontów to iluzja. Czasem nawet najtańsza w rankingu okazuje się Alma, pozycjonowana jako sklep dla bogatych (Obecnie ? grudzień/styczeń różnica cen między Almą a Tesco w Krakowie nie przekracza 1%).

Weźmy pod uwagę że – jak podaje „Gazeta Prawna”jedno nowopowstałe miejsce pracy w dyskoncie kosztuje pięć w doprowadzonych do bankructwa sklepach tradycyjnych (w tym kontekście wyjątkową hipokryzją jawią się szumne ogłoszenia podwyżek płac w Biedronce).

Weźmy też pod uwagę prosty fakt, że dzięki olbrzymiej skali zarówno ceny zakupu jak i koszty logistyki są dla sieci wielkopowerzchniowych kilkadziesiąt procent niższe niż dla małych graczy. Wniosek nasuwa się sam: Rentowność sieci wielkopowierzchniowych musi być wielokrotnie wyższa, niż handlu tradycyjnego. Widzisz to na paragonie? Nie? Zdzierstwo to też wyzysk.

A podnieść jeszcze trzeba kwestię obiektywnej wysokości renty i poziomu życia właścicieli sklepów. Znam niejednego z nich. Niektórzy mają na godne życie dla siebie, choć niekoniecznie dla rodziny. Niektórym udało się założyć po kilka placówek ? oni mogą sobie pozwolić na duże domy i drogie samochody (choć nie z najwyższej półki). Jednak najczęściej właściciel sklepu, naprawdę ciężko pracując, zarabia może 3 razy więcej niż jego pracownik. Jest w tym zarobku i premia za ryzyko, i jakieś zabezpieczenie na gorsze czasy ? nie myślę więc, by można nazwać sklepikarza wyzyskiwaczem. A właścicieli Jeronimo Martins, Tesco czy Carrefoura? To znów kwestia alienacji ? tym razem kapitału.

Konsument nie zyskuje na cenach, a traci sporo: Zamiast pójść do sklepu za rogiem (który splajtował, może zrobią tam teraz oddział banku?), musi czynić wyprawę do dużego sklepu ? to koszty i czas. Zamiast wybrać i zamówić towar ulubionego producenta, musi brać co akurat dają. Wreszcie traci jako członek społeczności, która ubożeje materialnie i kulturowo, i jako podatnik ? łożąc na łatanie dróg rozjeżdżonych przez tiry, i na zasiłki dla bezrobotnych.

Będzie gorzej

Wyzysk pracowników w wielkich sklepach wzrośnie. Dlaczego?

Od kilku lat można zaobserwować stale rosnącą tendencję do koncentracji handlu detalicznego i hurtowego. Oczywiście pod presją sieci wielkopowierzchniowych. Łączą się sieci, lokalni dystrybutorzy (hurtownicy) padają ofiarą wrogich przejęć. Jednym ze skutków jest wzrost bezrobocia w handlu, ale także ? drogi konsumencie ? obniżenie konkurencyjności rynku i summa summarum osłabienie pozycji klienta końcowego.

Z drugiej strony, także wielcy podlegają świętemu prawu konkurencji, które sami czczą. Najbardziej agresywny i największy gracz ? Biedronka ? narzuca warunki, przy których konkurenci ? zwłaszcza hipermarkety ? stają przed wyborem: Konsolidacja (tyleż dla zwiększenia skali ile dla obniżenia kosztów poprzez redukcję dublujących się etatów) czy samodzielne cięcie kosztów. Bo zmniejszenie skali wyzysku nie wchodzi w grę. W jednej z sieci po zwolnieniu kilkuset osób w ub. r. następna, podobno dużo głębsza redukcja zatrudnienia przewidziana jest na ostatni kwartał br. A plany sprzedaży oczywiście rosną, tak więc mniejsza liczba ?ludzików? (bo i tak ?menedżment? określa pracowników, zwłaszcza niskokwalifikowanych) będzie musiała wykonać większą pracę.

Rozwiązania?

Oczywiście jedynym w pełni satysfakcjonującym rozwiązaniem byłaby rewolucja moralna. Jednak dopóki więcej kujemy mieczy, niż lemieszy, potrzebujemy działań doraźnych.

Swoich zwolenników ma podatek od handlu wielkopowierzchniowego. Ja jestem sceptyczny. Z jednej strony taki podatek łagodzi nierówności między wielkimi a małymi graczami. Z drugiej jednak, zostanie on rozłożony po części na konsumentów, dostawców i oczywiście na pracowników sklepów. A rykoszetem uderzy także w małe sklepy (dostawcy, którzy nie będą sobie mogli pozwolić na ograniczenie sprzedaży w największym kanale dystrybucji, przerzucą koszt w cenach na rynek tradycyjny, który z kolei nie może sobie pozwolić na niehandlowanie pożądanymi przez konsumentów markami).

Przykład handlu detalicznego pokazuje jasno, że kapitalizm nie równa się wolność gospodarcza. Bo gdy sklepikarzowi postawi się dyskont, będzie on miał co najwyżej wolność zwinięcia interesu. Może więc warto, byśmy my sami stawiali tamę ekspansji sklepów wielkopowierzchniowych. W obowiązującym modelu prawnym, zgodę na budowę sklepu wydaje gmina. Naszą rolą jest naciskać na urzędników nie mniej energicznie, niż naciskają przedstawiciele sieci dyskontów. Oni mają pieniądze ? my rację.

Nie powinniśmy też zapominać o bojkocie. Czasem ? owszem ? liczyć trzeba każdy grosz. Ale bądźmy szczerzy ? nie zawsze. Że w dyskoncie są tanie wędliny? Wolę dobrą pasztetową niż złą szynkę. Od dobrej pasztetowej jeszcze nikt nie umarł. Z wyzysku ? już wielu.